Lipa przy kościele

    Zdzisław SUROWANIEC

    Echo Dnia Podkarpackie

    Echo Dnia Podkarpackie

    Rzadko gdzie kościół rzymskokatolicki stoi na uboczu tak jak w Lipie. Zazwyczaj świątynię mija się, jadąc główną drogą. W Lipie, przy głównej drodze ciągnącej się przez kilka kilometrów, stoi za to kaplica kościoła polsko-katolickiego, narodowa, obsługiwana przez lubelskiego księdza. Ale ostatnio przy rzymskokatolickiej świątyni zrobiło się gorąco. - Ludzie chcieli ukrzyżować proboszcza, tak jak Pana Jezusa ukrzyżowali - ocenia wydarzenia starszy mężczyzna.

    "Echo" jako pierwsze napisało o konflikcie, jaki eksplodował w Lipie 24 czerwca. Na głowę siedemdziesięcioletniego proboszcza ks. Władysława Kozaka zwaliła się w brutalny sposób niechęć ludzi. - Garstki ludzi. Tak to ocenił ksiądz biskup - poprawia proboszcz.

    Kroplą, która przepełniła kielich goryczy czy iskrą, która wywołała wybuch dynamitu, była decyzja biskupa o przeniesieniu z Lipy młodego wikarego ks. Rafała. Miał trafić nie byle gdzie, tylko do bazyliki konkatedralnej w Stalowej Woli. - To jest przecież jak awans - ocenia proboszcz lipiańskiej parafii. I gotów jest przysiąc, że z przenosinami wikarego nie miał nic wspólnego, bo to nie było w gestii jego urzędu.



    Pierwszy wikariusz

    Gwałtownie zareagowali ci, którzy nie wyobrażali sobie wsi bez ks. Rafała, pierwszego wikariusza od kilkudziesięciu lat. A że - jak ludzie widzieli - współpraca obu księży nie układała się idealnie, nabrali pewności, że to "stary wykosił młodego". W grupie zbuntowanych znaleźli się tacy, którym młody ksiądz spodobał się za to, że ożywił parafialne życie, jak i ci, którzy mieli różne zadry do starego księdza. Jedna ze zbuntowanych kobiet przypomniała sobie nawet, że proboszcz nie dał jej zbudować pomnika na grobie i dołączyła do rokoszu.

    Starcie było gwałtowne, jeden z mężczyzn wyrwał nawet proboszczowi klucze od kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej. W powietrzu zapachniało linczem. Najświętsza Panienka z cudownego obrazu czuwała i ludzie się opamiętali. W ostudzeniu nastrojów pomogła także szybka decyzja biskupa ordynariusza. Zazwyczaj hierarchowie stawiają na swoim i niechętnie oceniają wszelkie próby zatrzymania przez wiernych przenoszonych księży. Bp Andrzej Dzięga ustąpił i zostawił ludziom młodego kapłana. Mało tego, wkrótce po wybuchu konfliktu zjawił się osobiście w parafii i ostatecznie uciszył burzę.

    Mimo wyciszenia, ludzie obstają przy swoim. Wieś jest pęknięta. - Jak nie chciał sam odejść, to mu trzeba było pomóc - mówi hardo o proboszczu młody mężczyzna. Stojący przy nim starszy dogaduje: - Jak ci proboszcz przez dwadzieścia pięć lat dawał komunię, to jadłeś!

    - Proboszcz powinien pójść już na emeryturę i ryby łowić. Młody jest w porządku. Przyszedł i ciach, ciach, z głową wszystko robi - ocenia kolejny mężczyzna. Wikariusz ujmuje ludzi tym, że łapie za łopatę i kopie z innymi, nie boi się pobrudzić, jest jednym z nich.



    Deszcz na głowę

    - Jak proboszcz umiał, tak służył, ale ostatnio nie był dbały o to, co się działo w parafii - opowiada starsza kobieta, która odeszła od pielenia ogródka. - Jako gospodarz był byle jaki, w kościele na głowę się ludziom lało. Ja do niego nic nie mam, ale młodszy nam się bardziej podobał. Proboszcz czasami przedłużał mszę do półtorej godziny. Młody ma krótkie, zgrabne kazania i w pięćdziesiąt minut się uwija. Teraz to nawet proboszcz się dopasował i ma krótsze kazania - wspomina kobieta z wyraźną satysfakcją.

    Z okna jej domu w środku wsi widać biały dom, gdzie wikary chodzi na obiady. Bo na plebanii jest gospodyni, ale gotuje tylko dla starszego. Bo starszy - przekonuje rozmówczyni - ma specjalne wymagania kulinarne. Jest wegetarianinem, je soczewicę, kiełki, ryby, które pasjami sam łowi.

    Kobieta wypomina proboszczowi, że jest uparty, nerwowy i niezgodny. W kościele nie ma organisty. Wszystkie kościoły naokoło mają organistów, a Lipie nie ma. - A wikary jest dobrym duszpasterzem, chór zorganizował, dzieci nawet zdobyły nagrodę na festiwalu pielgrzymkowym w tym roku - wylicza zalety młodego kapłana. To wikaremu przypisuje się, że ruszyły prace przy budowie nowego kościoła. - Ludzie byli cierpliwi, znosili to, co proboszcz robił. Niektórzy ze złości do niego obrazili się i przestali chodzić do kościoła - powiedziała kobieta.



    Krzyżem przekreślić notatki...

    Piętrowa drewniana plebania, gdzie mieszka proboszcz, przypomina styl zakopiański. Kiedy zapukałem do drzwi, otworzył szczupły, starszy mężczyzna, w cywilnym ubraniu. Zapytałem o proboszcza. A to on właśnie nim był. Zostałem zaproszony do kancelarii. Ksiądz wskazał krzesło, na którym siedząc byłem oświetlony przez zachodzące słońce. Gospodarz niechętnie mówił o wydarzeniu, zaproponował nawet, że jeżeli jestem katolikiem, to powinienem krzyżykiem przekreślić notatki i dać sobie spokój z pisaniem o tym. Zapytał nawet, czy bardziej jestem katolikiem czy dziennikarzem i sam sobie odpowiedział, że chyba tym drugim.

    Po tych wstępach proboszcz rozkręcił się i opowiedział o wydarzeniach feralnego dnia. Po buncie parafian do Lipy zjechał osobiście nie zapowiedziany biskup ordynariusz Andrzej Dzięga. - Wracałem do domu i zobaczyłem go na podwórku - wspomina proboszcz, z łagodnym uśmiechem, który po raz pierwszy pojawił się na jego twarzy. Od biskupa proboszcz usłyszał, że jest szanowanym kapłanem, ludzie chcą, żeby został, a krzykaczy jest tylko garstka.

    Biskup odjechał, a proboszcz otrzymał kolejne dowody wsparcia. - Jestem za księdzem - usłyszał przez telefon od młodego mężczyzny. Ktoś inny poprosił go, żeby to on odprawił zamówioną mszę, żeby to on ochrzcił dziecko... Ktoś powiedział mu: - Nie będę wiecował, ale jestem za księdzem.



    Wysłannicy biskupa

    Niebawem w Lipie zjawiło się dwóch kapłanów, wysłanników biskupa. Zapytali ks. Rafała, czy chce zostać. Odpowiedział, że chce. Podpisał odpowiedni dokument. Wtedy wysłannicy poprosili na rozmowę delegację "zbuntowanych". I ogłosili im, że młody ksiądz zostaje. Zapanowała radość, cieszył się także młody kapłan.

    5 lipca biskup ponownie zjawił się w Lipie, na mszy, po której pobłogosławił rozpoczęcie prac przy budowie kościoła i nowe wylewki. Fundamenty pod nowy kościół otaczają starą drewnianą świątynię. Kiedy nowa świątynia zostanie wzniesiona, będzie mieścić w sobie starą. Wtedy stara zostanie rozebrana.

    - W krzyku nic nie powstanie - przypomina proboszcz, co mówił biskup podczas kazania. Jedna z kobiet we wsi zapamiętała, że biskup powiedział o tym, że zawsze są ciężkie czasy do budowy kościołów. Kiedyś były materiały, ale nie było zezwoleń na budowy, teraz jest duże bezrobocie i brakuje pieniędzy. Przypomina sobie także, że biskup zapowiedział zwolnienie proboszcza ze wszystkich obowiązków. - Tak jakoś powiedział, że będzie nowy administrator - była niepewna, czy dobrze zrozumiała kazanie.

    Zagadnięty o to kanclerz kurii ks. Zygmunt Gil bardzo niechętnie, ale potwierdził, że w Lipie zjawi się 15 lipca administrator i będzie trzecim księdzem w parafii.



    Porządzi administrator

    Kim jest administrator? Upraszczając - księdzem, który decyduje o finansach. A kto ma kasę, ten ma władzę. Czyli faktycznie to on będzie kierował parafią, mimo tego że oficjalnie będzie podlegał proboszczowi. Od jednego ze stalowowolskich księży dowiedzieliśmy się, że ustanowienie administratora oznacza, że proboszcz Kozak zostanie księdzem-rezydentem do spraw liturgicznych, a za budowę kościoła, gospodarowanie pieniędzmi i organizowanie życia parafii odpowiadać będzie administrator. Kto nim będzie? Za tydzień się wyjaśni.

    - Nigdy nie byłem przeciwny budowie kościoła - zapewnia proboszcz. Ale, jego zdaniem, przeciwko rozbudowie przemawiały spadek urodzin, kryzys i bezrobocie. Kiedy Lipa należała do województwa lubelskiego, zjechała tu komisja do spraw budowy kościołów. Kiedy usłyszeli, że ludzie wystają podczas mszy na zewnątrz, ocenili, że nawet gdyby się powiększyło kościół, to i tak pewna grupa będzie wystawać przed kościołem.

    O tym, że teraz ruszyła budowa kościoła, zadecydowała grupa inicjatywna. Proboszcz dał warunek - większość parafian musi powiedzieć "tak". Zrobiono ankietę, na 700 rozesłanych pytań, wróciło 450 z deklaracjami poparcia. - I wtedy powiedziałem tak - tłumaczy ksiądz. Przypomina nawet, jak jeździł po różnych miejscach i podpatrywał kościoły. W końcu o wyborze zdecydowała niższa cena i zlecenie na projekt otrzymał architekt ze Stalowej Woli. Teraz projekt wisi przy wejściu do świątyni.



    Cicho, bez spalin

    Proboszcz jest zadowolony z tego, że kościół w Lipie znajduje się na uboczu. - Tu jest cisza, pokój, czyste powietrze, tu jest ogród z warzywami - rozmarza się.

    - Ale ludzie polubili wikariusza. Jest jak nowa miotła, a ksiądz chyba wpadł w rutynę - próbuję atakować. - Wikariusz jest pracowity, energiczny - przyznał proboszcz. - Ale łysy jak i ja - dopowiedział.

    Ks. Rafał nie chciał ze mną rozmawiać. Był uprzejmy, uśmiechnięty, ale dał do zrozumienia, że dziennikarz żadnego słowa z niego nie wydusi. Z dobrze poinformowanego źródła dowiedzieliśmy się, że od samego biskupa otrzymał zakaz wypowiedzi dla prasy. Biskup uciszył burzę i chce mieć spokój. Lipa ma pozostać przy kościele.



    Fragment listu do redakcji

    Od kilku dni mieszkańcy Lipy żyją aferą rodem ze średniowiecza, jaką sami sobie stworzyli. Wydaje się, że głównymi sprawczyniami całej sprawy są właśnie mieszkanki wsi. Każdego roku tysiące księży zostaje przeniesionych w inne miejsce i jakoś nikt nie robi z tego powodu afery!

    Chciałam stanąć w obronie pokrzywdzonego przez swoje owce proboszcza Władysława Kozaka. Moje życie było mocno związane z życiem parafii. Kilka lat byłam członkinią zespołu parafialnego tzw. scholi, działającej pod patronatem proboszcza. To on stworzył najpierw jeden zespół, potem drugi i wreszcie trzeci, który działa do dziś. Chciałabym wspomnieć o wspaniałej wycieczce na spływ Dunajcem, zorganizowanej przez księdza proboszcza, o cudownych lekcjach katechezy, które odbywały się jeszcze w sali katechetycznej, o Stowarzyszeniach Kółek Różańcowych, o Radzie Parafialnej, o Stowarzyszeniu Przyjaciół Radia "Maryja". Dlaczego nikt nie mówi o pomocy dla rodzin ubogich w czasie świąt wielkanocnych? A sławne wigilie dla ubogich? To wszystko zasługi księdza proboszcza! Wszyscy wiedzą, jakim obciążeniem dla wsi jest budowa kościoła. Stary kościół wcale nie jest w takim złym stanie, a ci, którzy stoją na dworze w czasie mszy świętej robią to tylko z własnej chęci, a nie z braku miejsca w świątyni. Ale może Komitet Budowy Kościoła ma jakiś interes w tym, aby proboszcz odszedł. Zwracam się do wszystkich sprawców afery słowami Chrystusa: "jeśli ktoś z Was jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień". Wiem, że wiele osób popiera moje stanowisko w tej sprawie. Księże proboszczu - jesteśmy z księdzem!



    Parafianka Kasia

    Nazwisko autorki do wiadomości redakcji

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo