Jak Janusz szablą Amerykę zawojował

    Jak Janusz szablą Amerykę zawojował

    Agata DZIEKAN

    Echo Dnia Podkarpackie

    Echo Dnia Podkarpackie

    Co zrobić, żeby być zadowolonym z siebie i czuć się potrzebnym? - Cierpliwie, konsekwentnie zajmować się tym, co się lubi. I nie spieszyć się - Janusz Młynek, mielczanin z pochodzenia, a od dwóch lat obywatel amerykański, wie, co mówi. Jest jednym z najlepszych trenerów szermierki juniorów w Stanach Zjednoczonych. A zaczynał jako nauczyciel wychowania fizycznego w podmieleckim Rydzowie.

    Zna Grzegorza Lato.
    Grał z nim w trampkarzach Stali Mielec, kiedy obaj mieli po kilkanaście lat. Ale to nie z futbolem związał swoje życie. Skąd wzięła się szermierka? Z przypadku. - Chodziłem do Technikum Mechanicznego. I raz zobaczyłem w szkole ogłoszenie. Klub sportowy "Gryf" poszukiwał szermierzy. I to szybko. Bo za dwa tygodnie miała być spartakiada młodzieży - opowiada.

    "Gryf" miał zawodników w różnych dyscyplinach sportu, ale właśnie brakowało mu reprezentantów szermierki. Koniecznie chciał ich jednak wystawić na młodzieżowych zawodach. Zgłosiło się wtedy około 30 osób. Zaczęli ćwiczyć. - Ale z tej grupy nadal związane z szermierka są cztery osoby: Zbigniew Żola, Lesław Lechociński, Feliks Drożdżowski, no i ja - Janusz Młynek doskonale pamięta swoich kolegów. Ma z nimi kontakt do dzisiaj.

    Śmieje się, że to jego 14-dniowe zgłębianie tajników szermierki już zakończyło się sukcesem. Na zawody w Krośnie przyjechało dziewięć drużyn szermierczych i mielecka ukończyła je na ósmym miejscu. - Tylko dwa tygodnie ćwiczeń i ósme miejsce! Wyprzedziliśmy Dębicę. Jaka była radość - wspomina szermierz.

    Został w sekcji szermierczej, bo pociągały go wyjazdy. Trampkarzy w sekcji piłki nożnej było wielu, trudno się było wybić i pojechać na zawody, a szermierka zaczęła mu dobrze iść. Mógł podróżować po Polsce.

    Po wizę dla kaprysu

    Gdy dostał wezwanie do wojska, trafił najlepiej jak mógł, do Warszawy. - Legia Warszawa to był wtedy najlepszy, jeśli chodzi o szermierkę klub sportowy w Europie - przekonuje.

    Szermierkę ćwiczył pięć godzin dziennie. - Razem z Lechocińskim. Był ze mną w wojsku. Patrzyli na nas jak na wariatów. Bo inni półtorej godziny i koniec, a my ile się dało. Mieliśmy motywację. Bo z takiego biednego mieleckiego klubu, gdzie w zimie do sali nawiewało śniegu przez szpary, trafiliśmy do miejsca, w którym było tyle możliwości. Chłonęliśmy to. No i były błyskawiczne sukcesy - srebrny medal na Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży w 1972 roku, później wicemistrzostwo Polski drużynowe juniorów.

    Po wojsku Janusz Młynek wrócił do Mielca. Zaczął pracować jako instruktor szermierki w "Gryfie", miał też etat w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego i zdecydował, że zostanie inżynierem. Rozpoczął studia na Politechnice Rzeszowskiej. - Byłem już na piątym roku, kiedy zrezygnowałem. Bo cały czas mnie coś gryzło. W końcu pomyślałem "nie mogę być inżynierem".

    Przeniósł się na Akademię Wychowania Fizycznego do Krakowa, kierunek nauczycielski. Wreszcie poczuł, że to jest to. Zwolnił się z WSK i poszedł do Rydzowa uczyć dzieci wychowania fizycznego. - Bo ja widziałem, że mam dobry kontakt z dziećmi. Zauważyłem to, jeszcze jak sam trenowałem szermierkę. W "Gryfie" pomagaliśmy młodszym kolegom.

    Po amerykańską wizę poszedł ot tak, dla kaprysu. Był początek lat dziewięćdziesiątych. - Myślałem, że jej nie dostanę. Ale się udało. Gdybym jej wtedy nie dostał, pewnie teraz nadal siedziałbym w Mielcu - mówi.

    30 złotych medali w sześć lat

    Ale do Stanów jednak od razu nie dotarł. Jeszcze w Polsce spotkał znajomego, który mieszkał na stałe w Kanadzie. Poradził mu, żeby najpierw udał się do jego kraju, to pomoże mu znaleźć pracę. Zgodził się. Kiedy jednak przybył na miejsce, kolega oznajmił, że nie ma czasu, ale odeśle go do Stanów Zjednoczonych, do swojej znajomej, która na pewno mu pomoże. Janusz Młynek miał zatem do przekroczenia tylko granicę kanadyjsko-amerykańską. I jej nie przekroczył, chociaż wydawało się, że najgorsze, czyli przebrnięcie przez amerykański konsulat i zdobycie wizy, ma za sobą.

    - Celniczka stwierdziła, że ja na pewno chcę zostać w Stanach i nielegalnie pracować. Zapytała mnie, jak długo znam tę osobę, do której jadę. Powiedziałem, że dwa lata. Zadzwonili do niej. Kobieta się wystraszyła, bo usłyszała, że to służby celne i całkowicie się mnie wyparła. Byłem w trudniej sytuacji. Okłamałem celników. Groziła mi deportacja. Ale celnicy oznajmili, że jeśli wyrzeknę się wizy amerykańskiej, to będę mógł wrócić do Kanady. I tak zrobiłem.

    Janusz Młynek w Stanach był jednak już rok później. Wygrał zieloną kartę w loterii wizowej. Zaczynał, jak każdy Polak. Szukał zarobku na budowach i w fabrykach. Ale cały czas myślał o szermierce. I udało się. Jego pomysłem powołania Polsko-Amerykańskiej Szkoły Szermierczej zainteresowała się Polsko-Amerykańska Fundacja w New Jersey. Pomogła mu. Szkoła otworzyła podwoje w 1994 roku. - Najpierw były zwycięstwa w New Jersey. Moi uczniowie świetnie dawali sobie radę. Amerykanie nie mogli wyjść z podziwu. Co się dzieje, kto ich pokonuje.

    Janusz Młynek uczy w swojej szkole tylko dzieci polonijne w wieku od ośmiu do 16 lat. Sześć lat temu jego wychowankowie sięgnęli po najwyższe trofea. Po raz pierwszy zdobyli medale w mistrzostwach Stanów Zjednoczonych. - Od tego czasu takich medali było 120, w tym 30 złotych - wylicza mielczanin.

    Zwycięzcy z polskimi nazwiskami

    Jest dumny z osiągnięć. Bo są to polskie sukcesy. Jego zawodnicy występują w biało-czerwonych dresach, a gdy stają na podium, w hali sportowej rozbrzmiewają ich polskie nazwiska. Ich zwycięstwa ponadto to nie tylko satysfakcja. To przede wszystkim inwestycja na przyszłość. Bo w Ameryce, żeby studiować, trzeba mieć dużo pieniędzy. Kto nie ma, stara się o stypendium, ale do tego potrzebne są osiągnięcia nie tylko w nauce, ale i w sporcie. Koszykarzy, baseballistów jest dużo. Więc w tych dziedzinach o stypendia trudno. Szermierka to sport elitarny, uniwersytety nie mają zbyt wielu dobrych zawodników, więc szermierzy przyjmują chętnie.

    - Od nauczyciela w Rydzowie do szefa trenerów szermierki w New Jersey Institute of Technology - mówi o sobie. Od trzech lat bowiem jest jeszcze głównym trenerem na politechnice w New Jersey. - Było pięciu kandydatów. Ja i czterech Amerykanów. Poszedłem na przesłuchanie, pokazałem dotychczasowe sukcesy i mnie przyjęli.

    W ciągu dwóch lat, od kiedy się pojawił na politechnice, dwa razy uczelnia miała swojego zawodnika w finałach uniwersyteckich zawodach szermierczych. - A to ogromny sukces. Nasz zawodnik znalazł się w gronie 24 najlepszych szermierzy Ameryki. Od kiedy istnieje szermierka na tej uczelni, czyli od 1935 roku, nie było takiego osiągnięcia - Janusz Młynek nie ukrywa, że to dzięki jego sposobom trenowania.

    Im wolniej, tym szybciej

    - Nigdy nie robię czegoś szybko. Moja dewiza to im wolniej, tym szybciej. Jestem dokładny. Wolę zrobić mniej, ale dokładniej. Moi zawodnicy umieją czasem o połowę mniej niż ich rywale, ale znają to perfekcyjnie. I zwyciężają. Opowiada, że dla niego ważne jest nawet, jak zawodnik trzyma szpadę. Musi ją trzymać dokładnie tak, jak trener zaleca, co do milimetra. Bo wtedy jest dobrze. - Trenerzy się denerwują, krzyczą. Ja spokojnie, konsekwentnie, cierpliwie.

    We wrześniu i październiku w Koninie i Sosnowcu odbędą się zawody Pucharu Świata Juniorów w szabli. Amerykański Związek Szermierczy wybrał Janusza Młynka na trenera amerykańskiej reprezentacji na tym turnieju. - Bo mam w tej reprezentacji czterech swoich wychowanków - tłumaczy.

    Od niedawna Janusz Młynek zaczął jeszcze prowadzić sekcje szermiercze przy organizacjach polonijnych - Centrum Polsko-Słowiańskiego w Nowym Jorku i Polskiej Fundacji Kulturalnej w Clark. Dzieci ćwiczą w niej nie dla zawodów, ale rekreacyjnie. - Zamiast siedzenia przed telewizorem albo narkotyków - mówi mielczanin.

    Uczniów ma kilkudziesięciu. Ich rodzice są zachwyceni. - Bo zajęcia prowadzę tylko w języku polskim. Nawet, jak któreś dziecko próbuje po angielsku, to przypominam, że to polski klub.

    Janusz Młynek odkrył w Stanach Zjednoczonych sposób na życie. - Nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że będę w Ameryce bez większego wysiłku robił to, co lubię, i to z tak świetnym efektem. Ale od razu widać, że Ameryka, to inny kraj. Tam docenia się fachowców. Daje się im możliwości rozwoju. A w Polsce? Słyszałem właśnie, że trener Jakub Giża, który niedawno zdobył wicemistrzostwo świata w pchnięciu kulą, ma być zwolniony...

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo