Dziewczynka w fartuszku

    Marcin RADZIMOWSKI

    Echo Dnia Podkarpackie

    Echo Dnia Podkarpackie

    Te same niebieskie oczy. Takie same usta. Nos i brwi także te same. Marysia Kawianka, mała dziewczynka z portretu namalowanego w 1927 roku przez Mariana Ruzamskiego, znakomitego artystę malarza z Tarnobrzega. Tak, to ta sama Marysia. - Pamiętam jakby to było wczoraj. Malował mnie w ogrodzie - wspomina Maria Insadowska z Tarnobrzega.

    W wielkim albumie poświęconym Marianowi Ruzamskiemu - reprodukcje jego prac.
    Kilkadziesiąt. Pejzaże starego Tarnobrzega, kwiaty, ale najwięcej portretów. Pośród nich szczególnie jeden przykuwa uwagę. Mała dziewczynka ze złotymi kosmykami włosów, w białej sukience z czerwonymi rękawkami...



    Pan Ruzamski

    Pukam do drzwi mieszkania w bloku przy ulicy Wyspiańskiego w Tarnobrzegu. - Dzień dobry! Przepraszam, czy pani... Marysia Kawianka? - pytam dla pewności.

    - Tak, to ja. Marysia Kawianka - starsza pani uśmiecha się szczerze. - Już bardzo dawno nikt się do mnie tak nie zwracał. To bardzo miłe.

    Na ścianie w pokoju portret. Akwarela. To ta mała dziewczynka z albumu. Właściwie nic się nie zmieniła, choć upłynęło przecież 78 lat od tamtej chwili. Te same niebieskie oczy. Takie same usta. Nos i brwi także te same.

    - Był 1927 rok, więc cztery latka miałam wtedy. Ale wszystko doskonale pamiętam. Strasznie się wierciłam, gdy mnie malował. To było w ogrodzie przy domu państwa Ruzamskich - mówi Maria Insadowska. - Bardzo lubiłam do tego ogrodu przychodzić.



    Buntowniczka z obrazka

    Zauważam, że pani Maria z ogromnym szacunkiem wspomina Mariana Ruzamskiego. Wciąż mówi o nim "pan Ruzamski". Zdejmuje ze ściany swój portret, portret małej Marysi. Na odwrocie jest napisany tytuł obrazu: "Dziewczynka w fartuszku".

    - U nich w ogrodzie były dwa wielkie świerki. I taki wysoki, drewniany płot - pamięta dokładnie każdy szczegół. - Z panem Marianem wyskakiwaliśmy przez okno z werandy prosto do ogrodu. To był bardzo miły człowiek. Bardzo lubiłam do państwa Ruzamskich chodzić, do jego rodziców.

    Pani Maria doskonale pamięta w której części pokoju w domu Ruzamskich stały meble, a gdzie łóżko, gdzie komoda. Pamięta ukwiecony różami ogród. Wspomina, jak Marian Ruzamski "przekupywał" ją smażonymi przez matkę truskawkami, żeby tylko to "niesforne dziecko" nie wierciło się, gdy malował jej portrety.

    - Mam też jeszcze dwa inne swoje portrety autorstwa pana Mariana. Na jednym z nich jestem już starsza, sześć albo siedem lat miałam wtedy - pani Maria Insadowska pokazuje obrazek wiszący na ścianie. - Tu już mam taką buntowniczą minę.



    Ruzamski i "Pawlasówka"

    Drugi portret powstał w czasie, gdy Marysia Kawianka (nazwisko rodowe pani Insadowskiej to Kawa) przyjaźniła się ze swoją rówieśniczką - Alusią Pawlasową, córką doktora Eugeniusza Pawlasa i Janiny Pawlas. Dzisiaj Alicja Onisk (ongiś Pawlas) mieszka na stałe w Łodzi. Ale kiedyś, przed wielu laty...

    - Pan Marian zaprzyjaźnił się w rodziną doktora Pawlasa, jego rodziną i całym domem doktora, zwanym "Pawlasówką". Po śmierci jego rodziców państwo Pawlasowie stali się dla niego drugą rodziną - wyjaśnia... Marysia Kawianka.

    Drewniany dom Ruzamskich przy ulicy Kościuszki 8 stoi do dziś. Teraz tam, gdzie był ogród, jest komis samochodowy. Ale po murowanej "Pawlasówce" nie ma ani śladu. Dom lekarza był w miejscu, gdzie obecnie znajduje się tarnobrzeska Szkoła Podstawowa numer 3, obok stadionu piłkarskiego.

    - A skąd tak w ogóle pan mnie odnalazł? Słyszałam, że ostatnio bardzo głośno się zrobiło o panu Marianie Ruzamskim - zmienia nagle temat pani Insadowska.



    Uczył się od najlepszych

    Ano zrobiło się głośno o Marianie Ruzamskim, artyście praktycznie w Tarnobrzegu nieznanym, choć bardzo mocno związanym z tym miastem. A wszystko za sprawą wystawy w berlińskim muzeum, zatytułowanej "Kunst in Auschwitz 1940-1945".

    Trzeba nadmienić, że życie Ruzamskiego - delikatnie mówiąc - nie było usłane różami. Artysta malarz, tworzący w okresie międzywojennym, zginął śmiercią głodową w hitlerowskim obozie koncentracyjnym w Bergen-Belsen. Wcześniej był w Auschwitz...

    - Ruzamskiego losy były bardzo tragiczne i pechowe - mówi Tadeusz Zych, historyk, prezes Tarnobrzeskiego Towarzystwa Historycznego. - Gdyby któryś reżyser zechciał sfilmować życie tego artysty, wielu widzów z pewnością nie uwierzyłoby, że życie może być tak skomplikowane.

    Ale od początku. Marian Ruzamski urodził się 1889 roku, w Lipniku koło Bielska-Białej. Z Tarnobrzega pochodził jego ojciec, dlatego młodość spędził właśnie w tym, trzytysięcznym wówczas mieście. Po ukończeniu Szkoły Powszechnej we Frysztaku i Gimnazjum w Krakowie Marian Ruzamski wstąpił w 1908 roku do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Studiował u Leona Wyczółkowskiego i Jacka Malczewskiego, jednych z najbardziej cenionych malarzy XX wieku. Nie sposób też zapomnieć o innym artyście uczącym Ruzamskiego malarstwa - Stanisławie Wyspiańskim.



    Z raju do obozu

    Marian Ruzamski był bardzo zdolny. Malował farbami olejnymi, z czasem upodobał sobie akwarele i stworzył nawet własny styl - "mgiełkę". Jeden z jego obrazów w 1914 roku zdobył pierwsze miejsce w konkursie Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. Nagrodą był wyjazd na dalsze studia do Paryża. To dla niego był raj, mógł obcować z "wielką kulturą", mógł kopiować obrazy mistrzów, tworzyć własne dzieła.

    - Gdyby wówczas nie wyjechał, być może jego życie potoczyłoby się inaczej - próbuje zgadywać Tadeusz Zych. - Tam zastał go wybuch pierwszej wojny światowej. Jako obywatelowi monarchii austro-węgierskiej groziło mu we Francji internowanie. Powrócił więc do Tarnobrzega, gdzie mieszkali jego rodzice. Miał pecha. Wycofujące się na wschód wojska rosyjskie, zabrały z sobą Ruzamskiego jako jeńca cywilnego i skierowały go do obozu w Charkowie.

    W Rosji malarz popadł w dużą biedę, głodował. Dla zdobycia pieniędzy zaczął malować portrety i kwiaty, ale największym powodzeniem cieszyły się tanie i barwne bohomazy. W tym czasie posługiwał się wyłącznie techniką olejną. Malował na kawałkach zdobytej tektury.



    Tworzył bohemę

    Wybuch rewolucji rosyjskiej zastał Ruzamskiego w Piotrogrodzie. Korzystając z ogólnego zamieszania i wycofania się Rosji z pierwszej wojny światowej, powrócił do kraju.

    Po wojnie losy rzucały Ruzamskiego to do Krakowa, to znów do Lwowa, wreszcie znów do Tarnobrzega. Z czasów krakowskich pozostało wiele przyjaźni. - Przyjaźnił się z przedstawicielami polskiej bohemy artystycznej, do której sam należał - między innymi z Julianem Tuwimem i Emilem Zegadłowiczem. Ten ostatni w swojej powieści "Motory" zawarł jeden rozdział napisany przez Ruzamskiego - kontynuuje Zych. - Przyjaźnił się też z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim.

    W Tarnobrzegu Marian Ruzamski malował pejzaże miejskie i wiejskie, liczne portrety, piękne obrazy kwiatów i martwej natury. Z tego okresu pochodzą portrety osób zaprzyjaźnionych z artystą. Między innymi właśnie portret Marysi Kawianki...



    Zemsta volksdeutscha

    - Tak się domyślałam, że to pan Tadeusz Zych pana do mnie skierował - uśmiecha się Maria Insadowska. - No bo dzwoniła do mnie z Łodzi Alusia Pawlasówna, znaczy Alicja Onisk i mówiła o tej wystawie w Berlinie...

    Tarnobrzeżanka wspomina, jak w 1943 roku Marian Ruzamski odmówił namalowania portretu volksdeutschowi Dziadoszowi, który w odwecie kłamliwie oskarżył go o to, że jest Żydem i homoseksualistą.

    - Gestapo zawiozło go do więzienia w Tarnowie, potem trafił do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu - wspomina pani Insadowska. - Nawet tam malował portrety. Pani Pawlasowa posyłała mu kredki, ołówki i farby do obozu.

    To właśnie tam Ruzamski poznał znakomitego malarza i rzeźbiarza Xawerego Dunikowskiego. Tarnobrzeżanin malował między innymi portrety strażników, co skutkowało pewnymi ulgami w życiu więziennym. Ale kiedyś odmówił i w odwecie przetransportowano go do obozu w Bergen-Belsen kilka dni przed tym, jak oswobodzono obóz w Oświęcimiu. W nowym obozie artysta zmarł z głodu kilka dni po przywiezieniu. Na dwa tygodnie przed wyzwoleniem. Stworzone w obozach obrazy przetrwały tylko dzięki zbiegowi okoliczności. Ruzamski przekazał obrazy znajomemu współwięźniowi, który po wojnie wyjechał do Paryża. Tam spotkał znajomego doktorowej Pawlasowej...



    Podbił Berlin, zachwycił świat

    Kilkanaście dni temu, z okazji 60 rocznicy wyzwolenia obozu w Oświęcimiu, w Berlinie zorganizowano pierwszą na świecie wystawę prac więźniów tego obozu. Największe gazety z całego świata obszernie pisały o pracach Ruzamskiego. - To niesamowite, jak ogromne zainteresowanie wzbudziła twórczość człowieka, który w Tarnobrzegu jest praktycznie nieznany - mówi Tadeusz Zych.

    Na wystawę "Kunst in Auschwitz", czyli "Sztuka w Oświęcimiu", którą otworzył kanclerz Niemiec Gerhard Schröder, składały się prace kilkudziesięciu artystów. Dlaczego zatem tylko prace tarnobrzeżanina wzbudziły tak ogromne zainteresowanie podczas berlińskiej wystawy? - Oprócz niego wszyscy inni artyści w swoich obozowych rysunkach i obrazach przedstawiali wiernie obozową rzeczywistość, więźniów w pasiakach, śmierć, tragedię - mówi Tadeusz Zych. - Ruzamski rysował ołówkiem i malował akwarelą portrety ludzi, "obdzierając" ich z tej tragicznej powłoki. Nawet siebie przedstawiał siedzącego przy sztaludze, której oczywiście w obozie nie było. Miał jakby drugi świat, świat artysty, który widział oczami wyobraźni.



    Bardzo dobry człowiek

    - Pan Ruzamski to był bardzo dobry człowiek - zapewnia pani Maria Insadowska. - Tragiczne losy wspaniałego artysty. Jestem dumna z tego, że go znałam, że mnie także namalował. Mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Widzę ten ukwiecony różami ogród Ruzamskich, widzę te dwa wielkie świerki...

    W Tarnobrzegu jest przynajmniej kilkanaście obrazów autorstwa Mariana Ruzamskiego. Dopiero teraz ich właściciele zaczynają dostrzegać ich ogromną wartość. Może nawet nie tyle finansowo wymierną, ile sentymentalną. - Niech zostanie dla potomnych. Kiedyś prawnuki będą mogły się pochwalić starym portretem swojej prababci - mówi pani Maria. - Portretem dziewczynki w fartuszku, Marysi Kawianki.



    Maria Insadowska - jej portret namalowany przez słynnego dziś malarza

    Te same niebieskie oczy. Takie same usta. Nos i brwi także te same. Marysia Kawianka, mała dziewczynka z portretu, wciąż mieszka w Tarnobrzegu. Dziś nazywa się Maria Insadowska i z wielką sympatią wspomina człowieka, który namalował jej portret - dziś malarza, o którym mówi cały świat.




    Dziękuję panu Tadeuszowi Zychowi za pomoc w zbieraniu materiałów do tego artykułu.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo