Awantura o "Fregatę"

    Klaudia TAJS

    Echo Dnia Podkarpackie

    Echo Dnia Podkarpackie

    - Byliśmy dla Klubu Sportowego Siarka dojną krową. Na zawołanie wpłacaliśmy przez rok pieniądze na wykup lokalu. Władze klubu przeznaczały je na pensje dla pracowników i utrzymanie zawodników. A kiedy przyszło do transakcji, usłyszeliśmy, że nic z tego, bo jest ktoś lepszy od nas - mówią Jacek i Danuta Kamyszowie, najemcy restauracji "Fregata" w Tarnobrzegu, należącej do Siarki. Małżonkowie twierdzą, że władze klubu dały im ustaną gwarancję wykupu lokalu, byleby tylko jak najszybciej wpłacali pieniądze. - Nigdy nie ustalaliśmy z państwem Kamyszami nic "na gębę", za to grozi kryminał - twierdzi Andrzej Borowy, dyrektor Klubu Sportowego Siarka.

    Państwo Kamyszowie wynajmują tarnobrzeską restaurację "Fregata" nad Wisłą od 2004 roku. Lokując w restauracji oszczędności, mieli nadzieję, że lokal będzie ich zabezpieczeniem na starość. - Rozczarowaliśmy się - mówią.



    Mamy prawo pierwokupu

    Pierwszą umowę ma wynajęcie lokalu, należącego do Klubu Sportowego Siarka, podpisali 27 stycznia 2004 roku. Miesięczny czynsz za 448 merów kwadratowych powierzchni użytkowej ustalono na cztery tysiące złotych. Co dwa miesiące płacili 3,5 tysiąca złotych za ciepło, elektryczność, wodę i gaz. Małżeństwo regulowało rachunki systematycznie, a do "Fregaty" zaglądali coraz to nowsi klienci, zadowoleni ze sposobu prowadzenia restauracji przez nowych właścicieli.

    W sierpniu 2004 roku, po zmianach w zarządzie klubu, Kamyszowie otrzymali nową umowę na wynajęcie lokalu.

    - Ludzie z nowego zarządu coraz częściej powtarzali, że klub jest w trudnej sytuacji finansowej - twierdzi pani Danuta. - Przebąkiwali o zamiarze sprzedaży lokalu. Wymusiłam na nich, aby zawarli w umowie zapis, że jako najemcom przysługuje nam prawo pierwokupu restauracji.



    Pieniądze na każde zawołanie

    Najemcy porozumieli się ze znajomym we Włoszech. Ten przekonał ich do kupna restauracji i obiecał pomoc finansową.

    - Zaczęliśmy z klubem powoli rozmawiać na temat transakcji - wspomina pani Danuta. - Z tym, że nikt z klubu nie chciał nam nic zagwarantować na piśmie. Lokal wyceniono na 240 tysięcy złotych. Do dzisiaj nie wiemy, kto przeprowadził wycenę.

    Kamyszowie opowiadają, że wstępne rozmowy pomiędzy nimi a władzami klubu zakończyły się pozytywnie i wiosną ubiegłego roku małżonkowie zaczęli wpłacać raty na poczet wykupu lokalu. Pieniądze dawali księgowej, do kasy klubu.

    - Pierwsza wpłata, 34 tysiące 500 złotych, nastąpiła 25 marca - pokazuje rachunek pani Danuta. - Była wtedy rozmowa, że klub może zejść z ceną za lokal. Ale wszystko odbywało się "na gębę". Mimo naszych próśb, nikt z klubu nadal nie chciał z nami podpisać żadnej wstępnej umowy.

    Kolejne raty Kamyszowie uiszczali co kilka tygodni. Jedną z większych kwot - 42 tysiące złotych - mąż pani Danuty wpłacił 16 maja.

    - W tym dniu dyrektor klubu Andrzej Borowy zasugerował mężowi, że musimy wykupić "Fregatę" do końca czerwca, bo zbliżało się walne zebranie członków klubu. Tłumaczono mężowi, że sytuacja finansowa klubu jest fatalna, dlatego potrzebne są pieniądze. Zresztą dyrektor Borowy wielokrotnie dzwonił do nas z prośbą o pieniądze. Tak było między innymi 27 kwietnia, poproszono nas, abyśmy natychmiast przynieśli gotówkę, bo nie ma na pensje czy autokar dla zawodników. Wpłacaliśmy na każde zawołanie władz klubu - opowiada pani Danuta.

    W połowie czerwca pan Jacek Kamysz podpisał zobowiązanie, że wykupi "Fregatę" do końca miesiąca.

    - Do dzisiaj nie mogę doprosić się kopii tego pisma - mówi pani Danuta. - Mąż podpisał zobowiązanie, ale klub nadal godził się, abyśmy wpłacali pieniądze w ratach. Ostatnią kwotę - osiem tysięcy złotych - zanieśliśmy czwartego grudnia.



    Klub mówi "Nie sprzedamy"

    Z dowodów wpłat, zgromadzonych przez państwo Kamyszów, wynika, że na konto klubu z tytułu wykupu lokalu wpłynęły 173 tysiące 800 złotych.

    Walne zebranie członków Klubu Sportowego Siarka, które początkowo miało się odbyć w lipcu, władze klubu zorganizowały na początku października.

    - Przed walnym straszono nas, że jeśli władze klubu się zmienią, stracimy pieniądze - twierdzi pani Danuta. - Jednak władze klubu zostały i jeszcze tam sobie kogoś dobrali, kogo my nie znamy. Po wyborach dyrektor Borowy zapowiedział, że mamy wykupić lokal do końca grudnia.

    Po tej sugestii Jacek Kamysz pożyczył od znajomego brakującą sumę. - Oczywiście, pamiętając zapowiedź pana Borowego, że może obniżyć cenę lokalu z 240 do 200 tysięcy złotych - wtrąca pani Danuta. - Poszliśmy z pieniędzmi do klubu i co usłyszeliśmy od dyrektora Borowego? - "Nie sprzedamy wam »Fregaty«"!"



    Najpierw wykup, potem opłaty

    Kamyszowie twierdzą, że Andrzej Borowy zapowiedział, że mimo wpłaconej sumy, lokalu wykupić nie mogą z powodu niezapłaconego czynszu i opłat za media za cały 2005 rok.

    - Z wyliczeń klubu wynika, że zaległość sięga 79 tysięcy 512 złotych i 20 groszy - mówi oburzona pani Danuta. - Klub chce pokryć zaległość z pieniędzy, które płaciliśmy na poczet wykupu. Mało tego. Wtedy też dowiedzieliśmy się, że cena "Fregaty" sięga już nie 200, ale 240 tysięcy złotych. I na koniec grudnia mieliśmy uregulować ponad 145 tysięcy złotych.

    Kamyszowie twierdzą, że nie płacili czynszu, ponieważ władze klubu zapewniały ich na początku ubiegłego roku, że będą mogli spłacać zaległości od stycznia do czerwca 2006 roku.

    - Klub chciał, żebyśmy w pierwszej kolejności wpłacili 200 tysięcy na poczet wykupu lokalu. O opłacie za media i czynsz nic nie mówiono. Zresztą w umowie najmu jest zapis, że w chwili niepłacenia za czynsz i media przez jeden miesiąc, właścicielowi przysługuje prawo wypowiedzenia umowy. Zatem skoro od stycznia zalegaliśmy z opłatami, dlaczego nas trzymali? Bo byliśmy dla nich dojną krową, która dawała pieniądze na każde ich zawołanie!



    Faktury są zawyżone

    Po wyjściu z gabinetu dyrektora Borowego małżonkowie długo nie mogli dojść do siebie. Pani Danuta natychmiast przyjrzała się zadłużeniu za 2005 rok, które wyliczył klub.

    - Od razu nie spodobało mi się, że koszty płatności za media były zawyżone - mówi kobieta. - Kiedy poszliśmy do klubu kilka dni temu, okazało się, że dwie faktury były zawyżone na sumę 10 tysięcy złotych! Była to płatność za ciepło. Ich księgowa pomyliła się w stawianiu przecinków. Moim zdaniem, faktury za ciepło powinny być niższe o kolejne 10 tysięcy złotych.

    Zdaniem Kamyszów, władze klubu chciały ich oszukać na fakturach za dostarczane ciepło. - Faktury z Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej przychodzą wspólnie na klub "Tapima" i "Fregatę", a płatności dzielone są procentowo - tłumaczy pani Danuta. - Kiedy na początku naszego urzędowania we "Fregacie" poszliśmy do dyrektora Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej w celu założenia licznika, poinformowano nas, że owszem, można to zrobić, ale trzeba dogadać się z klubem, a ten staje okoniem. Kiedy prezesem klubu był pan Jakimow, za ogrzewanie naliczano nam co dwa miesiące 2,5 tysiąca złotych w sezonie grzewczym. Za pana Borowego, co dwa miesiące mamy płacić siedem tysięcy złotych. Ciepło od dawna mamy odcięte, tymczasem do listopadowej faktury dołączono rachunek za grzanie na sumę siedmiu tysięcy złotych. Pytam się - kto jest tu głupi?



    Nie popuścimy

    Podczas ubiegłotygodniowej rozmowy z władzami klubu państwo Kamyszowie usłyszeli, że pojawił się nowy kupiec na lokal, dlatego powinni jak najszybciej opuścić restaurację.

    - Chcą nam odjąć sumę zaległą za media i czynsz z wpłat na poczet wykupu. Oddadzą nam resztę pieniędzy, ale najpierw musimy opuścić lokal. Drugi warunek wypłaty reszty naszych pieniędzy jest taki, że musi znaleźć się oficjalny kupiec i co najgorsze, będą nam "kapać" pieniądze tak, jak uważają za stosowne - denerwuje się pani Danuta. - Księgowa klubu poradziła nam, abyśmy znaleźli dobrego prawnika, bo możemy tych pieniędzy w ogóle nie odzyskać. My się z tym nie zgadzamy. Bo skoro ktoś nas zachęcił do niepłacenia za media, teraz nie będzie z nas robił durniów!



    To jakiś absurd

    - To wszystko to jakiś absurd - twierdzą Wacław Salamucha, prezes Klubu Sportowego Siarka, oraz Andrzej Borowy, dyrektor klubu.

    - Wszystkie umowy na temat sprzedaży lokalu są zawarte na pismach. To jest pismo z 15 czerwca, w którym pan Jacek Kamysz zobowiązuje się do końca czerwca wykupić lokal za sumę 240 tysięcy złotych oraz pokryć koszty aktu notarialnego, który powinien być spisany do 25 czerwca - pokazują szefowie klubu. - Wtedy też obiecaliśmy mu, że jeśli załatwi sobie w tym akcie notarialnym zapis, że przez sześć miesięcy spłaci zaległy czynsz, to zgodzimy się na sprzedaż.

    Zarówno Andrzej Borowy, jak i Wacław Salamucha twierdzą, że klub nigdy nie wycofał się z propozycji sprzedaży lokalu. Wręcz przeciwnie. Uważają, że to państwo Kamyszowie ociągali się z uregulowaniem wszystkich należności.

    - Pomimo trzykrotnego ponaglenia, do końca czerwca nie wpłacili wymaganej sumy - mówią władze Siarki. - Pan Jacek przyszedł w grudniu z kwotą brakującą do 200 tysięcy. Tymczasem my chcemy, aby doniósł około 70 tysięcy zaległości za niezapłacony czynsz i media. Zapytałem pana Jacka, czy jest w stanie przynieść wymaganą sumę, ale powiedział, że nie. Kto tu kręci?

    Władze klubu nie kryją, że początkowo chciały obniżyć wartość lokalu z 240 do 200 tysięcy złotych. Jednak obserwując opieszałość w regulowaniu wpłat, zrezygnowały.

    - Dlatego, kiedy państwo Kamyszowie przyszli pod koniec grudnia z sumą brakującą do 200 tysięcy, nie wyraziliśmy na to zgody - dodaje Wacław Salamucha. - Istnieje jeszcze szansa pozostania przy 200 tysiącach, ale pod warunkiem, że teraz zapłacą za roczny zaległy czynsz i media, według stawek wynikających z faktur. A na to się nie zapowiada.



    I tak poszliśmy im na rękę

    Dyrektor Borowy i prezes Salamucha zapewniają, że nigdy nie zachęcali państwa Kamyszów do niepłacenia czynszu i mediów.

    - Mimo braku wpłat z tego tytułu, nie wymówiliśmy im umowy na wynajęcie lokalu, bo wpłacali nam pieniądze, ale na inny cel - tłumaczy dyrektor Borowy. - Zaproponowaliśmy ostatnio, że przeksięgujemy kwoty z wykupu na poczet zaległych czynszów i mediów, ale nie zgodzili się. Mówimy im o tym od trzech miesięcy. I tak poszliśmy im na rękę, trzymając ich w lokalu.

    W sprawie faktur za dostarczane ciepło i energię elektryczną stanowisko władz klubu jest jasne. - Opłaty za ciepło nalicza Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej - tłumaczy Wacław Salamucha. - W umowie najmu jest zapis, że jeśli państwo Kamyszowie zainwestują 50 tysięcy złotych na modernizację rur, dostaną oddzielny licznik. Nigdy do tematu nie wrócili. Wszystkie faktury są do wglądu, a co do pomyłki na sumę 10 tysięcy złotych, rzeczywiście, miała miejsce.

    Andrzej Borowy twierdzi, że jest już zmęczony całą tą sytuacją. Zapowiada, że jeśli znajdzie się nowy inwestor, który zadeklaruje kupno "Fregaty", rozpocznie negocjacje.

    - Jeśli do końca stycznia państwo Kamyszowie nie wpłacą brakującej sumy, przystąpimy do rozmów do innym nabywcą - mówi Andrzej Borowy. - My kwoty zaległej za 2005 rok umorzyć nie możemy. Będą pieniądze, zgodzimy się na sprzedaż.



    Szukają prawnika

    Danuta i Jacek Kamyszowie nie zrezygnują z odzyskania pieniędzy wpłacanych do klubu na rzecz wykupu lokalu. Nie chcą zapłacić długu naliczonego przez Klub Sportowy Siarka za 2005 rok z tytułu czynszu i mediów. O swoich problemach powiadomili już Dariusza Kłeczka, posła Prawa i Sprawiedliwości, oraz Norberta Mastalerza, szefa podkarpackiej Socjaldemokracji. Szukają dobrego prawnika.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo