Dwa razy wyśliznął się śmierci

    Dwa razy wyśliznął się śmierci

    Piotr SZPAK <a href="mailto:szpak@echodnia.eu" target="_blank" class=menu>szpak@echodnia.eu</a>

    Echo Dnia Podkarpackie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Podkarpackie

    Zdjęcie reprezentacji Polski, która zagrała w 1978 roku w Argentynie, zdobi ścianę jego pokoju.

    Zdjęcie reprezentacji Polski, która zagrała w 1978 roku w Argentynie, zdobi ścianę jego pokoju. ©M. Radzimowski

    Zdjęcie reprezentacji Polski, która zagrała w 1978 roku w Argentynie, zdobi ścianę jego pokoju.

    Zdjęcie reprezentacji Polski, która zagrała w 1978 roku w Argentynie, zdobi ścianę jego pokoju. ©M. Radzimowski

    Nagroda dla najlepszego bramkarza, którą otrzymał od prezesa klubu z kanadyjskiego Toronto. M. Radzimowski

    Nagroda dla najlepszego bramkarza, którą otrzymał od prezesa klubu z kanadyjskiego Toronto.
    (fot. M. Radzimowski)

    Były piłkarz mieleckiej Stali Zygmunt Kukla był wspaniałym bramkarzem, wygrywał wiele meczów, ale najważniejsze zwycięstwa przyszły po zakończeniu kariery sportowej. Dwa razy wygrał ze śmiercią!

    Kukla był przed laty na ustach nie tylko kibiców piłkarskich z Mielca, ale całego kraju. Ze Stalą zdobywał mistrzostwo Polski, grał w europejskich pucharach.



    TRAFILI NA "POŁUDNIOWCÓW"

    W 1978 roku wyjechał z reprezentacją kraju na finały mistrzostw świata do Argentyny. Z Republiką Federalną Niemiec "biało-czerwoni" zremisowali 0:0, Meksyk pokonali 3:1, a z Tunezją wygrali 1:0.

    - Wyszliśmy z grupy na pierwszym miejscu, ale mieliśmy pecha, bo trafiliśmy na "południowców". Może, gdyby Kaziu Deyna w meczu z Argentyną wykorzystał karnego, wszystko potoczyłoby się inaczej - wspomina mielczanin.

    Deyna karnego nie strzelił, Polacy ulegli Argentyńczykom 0:2 (Kuklę pokonał słynny Cempes), później przegrali z Brazylią 1:3, a na koniec wygrali z Peru 1:0. Trzeba było pakować się do domu. Ta impreza była najważniejsza w piłkarskiej karierze mielczanina. Rozegrał on w "biało-czerwonych" barwach 20 spotkań.



    "SIATKA", "RĘKA" I "NOGA"...

    Nim Kukla został bramkarzem piłki nożnej był bramkarzem w drużynie piłki ręcznej, grywał także w siatkówkę.

    - Zygmunt był dobry, mógłby u nas zrobić karierę, ale działacze piłki nożnej nam go podebrali - wspomina obecny trener szczypiornistów mieleckiej Stali Edward Strząbała, który przed ćwierć wiekiem pracował w mieleckiej Stali.

    O panu Zygmuncie wiele dobrego mógłby powiedzieć też obecny szkoleniowiec reprezentacji Polski siatkarek Andrzej Niemczyk, który w czasach młodości Kukli grał w siatkarskiej drużynie mieleckiego klubu.

    - Widywaliśmy się nieraz, mieszkaliśmy w hotelu z wieloma piłkarzami. Przez ścianę był Heniek Kasperczak, także inni fajni kumple. Spotykaliśmy się we własnym gronie, sporo było wśród nas siatkarzy i piłkarzy, wśród nich także Zygmunt - mówił podczas pobytu w Mielcu Niemczyk.

    Ale lata sportowej sławy, splendoru i wielkiej kasy szybko minęły. Pan Zygmnut podjął decyzję o zakończeniu kariery. Poszedł do pracy w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego w Mielcu.



    ZMIAŻDŻONA NOGA

    Tam przydarzyło mu się nieszczęście. 25 kwietnia 1986 roku wjechał na niego wózek widłowy. Krzyk, krew, pogotowie i szpital. Wszystko wyglądało fatalnie. Po zakładzie poszła nawet plotka, że Kuklę zabił wózek widłowy. Ale mielczanin żył. Rozpoczęła się żmudna walka lekarzy o to, by przeżył.

    - Ze zmiażdżonej prawej nogi wycięli mi spory kawał piszczela. Nie mogę na niej stanąć i już nigdy nie spróbuję, bo połamałaby się cała. Zakładam specjalne ochronne obuwie, but ważny ponad trzy kilogramy. W szpitalach tułałem się dwa lata. Nie byłem w wojsku, to musiałem to odleżeć w szpitalu - śmieje się mielczanin.

    Na wiele lat życie tak sprawnego człowieka, wspaniałego sportowca, zamknęło się w czterech ścianach. Byli jednak przy nim: żona, córka oraz syn. Nie był więc sam. Na najbliższych zawsze mógł liczyć. Powoli zaczął wychodzić z domu, podpierając się laską chodził na stadion, na którym przez tyle lat grał. Przed kilkoma laty pojechał w odwiedziny do córki, która zamieszkała w Chicago. Tam wsiadł na... rower!

    - To było zbawienne. Na początku bałem się pedałować, a teraz wystawiam rowerek przed blok i jeżdżę sobie w ulubione miejsca, mogę przejechać cały Mielec - mówi, uśmiechając się.



    "WYŚLIZNĄŁ" SIĘ ŚMIERCI

    Ale wypadek w zakładzie to nie jedyne życiowe nieszczęście, jakie dotknęło mielczanina. Przed ośmioma laty w jamie ustnej, a konkretnie w trzonie języka, zbudował się guz. Na szczęście nie był to rak złośliwy, czego się obawiano. Ale bez skomplikowanych operacji się nie odeszło. Guz został wycięty, ale problem szybko nie znikł. Mielczanin przez pięć tygodni przebywał na specjalnym naświetlaniu w szpitalu w Kielcach.

    - Dostałem potężną dawkę promieni. Moja twarz była czarna, a ja od tamtej pory się nie golę, bo zarost na brodzie mi nie rośnie. Wszystko zostało "wypalone".

    Pozostałością po operacji wycięcia guza jest blizna na twarzy i gardle mielczanina, ale gładka i lśniąca skóra sprawia wrażenie jakby właśnie przed chwilą została dokładnie ogolona. Ale od ośmiu lat golona nie jest...

    - Podobny problem miał Andrzej Niemczyk, on wygrał i ja wygrałem, "prześlizgnęło" nam się obu. Mam jednak wielkie kłopoty z jedzeniem. Nawet jak jem bułkę, to muszę mieć coś do popicia. Czasami bywa tak, że jak mam coś zjeść, to bym wolał wagon cementu przeładować - mówi.



    ŻAŁOSNA BUFONADA

    Pan Zygmunt siłą rzeczy większość czasu spędza w domu przy telewizorze. W tym roku ekscytował się finałami mistrzostw świata. Rozczarował się tak jak wszyscy Polacy, ale nie obwiniał jednak trenera Pawła Janasa, tylko piłkarzy.

    - Przed finałami w Korei oraz w Niemczech w naszych zawodników wstępowała jakaś żałosna "bufonada". Taki piłkarz powinien najpierw coś pokazać, czymś się wyróżnić, a dopiero później pozować do zdjęć i udzielać wywiadów. Tak za Jurka Engela, tak i za Pawła Janasa było za dużo gwiazdorstwa, ktoś to powinien stępić. Janas dużo gadał, a mało robił. Ale ja go rozgrzeszam z jego zachowania. Może dlatego, że grałem z nim w reprezentacji i wiem, że on ma taki, a nie inny charakter. Janas w tym słabym występie na mistrzostwach miał najmniejszy udział, największy sami piłkarze i każdy z nich powinien uderzyć się w pierś.



    WSPANIAŁY MECZ

    Przed siedmioma laty, w 1999 roku, "Echo Dnia" przy współudziale obecnego trenera piłkarzy mieleckiej Stali Włodzimierza Gąsiora, zorganizowało pożegnalny mecz Zygmunta Kukli. Trybuny mieleckiego stadionu zapełniły się jak przed laty. Siadano nawet na górne sektory, które teraz są już wyłączone z użytku. Przyszło 15 tysięcy ludzi. Ludzi, którzy patrzyli na Zygmunta Kuklę. Bili mu brawo i wspominali jego najlepsze lata.

    - To była fajna przygoda, wiele osób się wzruszyło, ja też. Ten mecz będę wspominał bardzo długo, pewnie do końca życia. Drugi raz nie da się go już rozegrać, bo mój rocznik to już "wapniaki", a zresztą niektórzy powoli odchodzą z tego świata. Została mi jednak wspaniała pamiątka z tamtego spotkania, zdjęcie grających w nim kolegów z autografami wszystkich z nich - pokazuje nam pan Zygmunt, na twarzy, którego widać nie tylko wzruszenie, ale i uśmiech.

    Po chwili żartujemy. Już wiemy, że Kukla to silny facet, facet z charakterem! Kiedy wychodzimy z klatki schodowej jego bloku, ten staje w oknie na pierwszym piętrze i jeszcze z nami rozmawia. I znów żartujemy. Odchodzimy w przeświadczeniu, że pan Zygmunt zaskoczy jeszcze nieraz, a jakby co, to "wapniaki" i nasza redakcja czekamy tylko na jego sygnał



    Zygmunt Kukla

    Ma 58 lat, wychowanek Stali Mielec, bramkarz reprezentacji Polski na mistrzostwach świata w Argentynie - zagrał tam po 90 minut w meczach z Peru oraz Brazylią. Bronił barw między innymi Czarnych Połaniec i Stali Mielec. Grał także w greckim Apollonie Ateny. Rozegrał tam 65 spotkań.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo