Moje serce zostało w Korr

    Moje serce zostało w Korr

    Wioletta WOJTKOWIAK <a href="mailto:wojtkowiak@echodnia.eu" target="_blank" class=menu>wojtkowiak@echodnia.eu</a>

    Echo Dnia Podkarpackie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Podkarpackie

    Katarzyna Tadla z Tarnobrzega, wolontariuszka, spędziła rok na misji w Kenii

    Katarzyna Tadla z Tarnobrzega, wolontariuszka, spędziła rok na misji w Kenii ©archiwum prywatne Katarzyny Tadli

    Msza święta wzbogacona śpiewami i tańcami trwa dłużej niż w Polsce - około 2,5 godziny archiwum prywatne Katarzyny Tadli

    Msza święta wzbogacona śpiewami i tańcami trwa dłużej niż w Polsce - około 2,5 godziny
    (fot. archiwum prywatne Katarzyny Tadli)

    Dopiero wróciła, a gdyby mogła, natychmiast wsiadłaby w samolot do Afryki. Tam czuła się tak bardzo potrzebna.
    Już małe dziewczynki przyzwyczajane są do pracy w domu archiwum prywatne Katarzyny Tadli

    Już małe dziewczynki przyzwyczajane są do pracy w domu
    (fot. archiwum prywatne Katarzyny Tadli)




    Widziała ubóstwo, cierpienie, głód. Czuła radość z efektów swojej pracy. O przeżyciach mogłaby mówić bez końca. Tarnobrzeżanka Katarzyna Tadla przez rok pracowała w salezjańskim ośrodku misyjnym w Korr. Wśród plemion Rendille i Samburu. W 2000 roku, podczas studiów podyplomowych, pojechała na 16 dni do Kenii i Tanzanii.
    Wróciła zakochana w Afryce z postanowieniem powrotu. Już nie, jako turystka. Czuła powołanie do bezinteresownej pracy. Pragnęła wyjechać na misję. Marzenie spełniła dopiero po kilku latach kontaktując się z Salezjańskim Ośrodkiem Misyjnym, który wysyłał świeckich na misje.



    Zanim wyjechała, jako wolontariuszka Międzynarodowego Wolontariatu Don Bosco przez rok przygotowywała się do tej roli. Na spotkaniach w ośrodku misyjnym, duchowo i na warsztatach artystycznych. Kraju, do którego się pojedzie nie wybiera się samemu. A że Katarzyna dobrze znała angielski, jej przeznaczeniem była Afryka.

    Zebrała 3 tysiące na bilet w obydwie strony i wyjechała na wymarzony kontynent. Nieść duchową i edukacyjną pomoc biedniejszym. Razem z koleżanką Katarzyną Wnuk z Gdyni były pierwszymi wolontariuszkami w historii akcji humanitarnych, które w Kenii spędziły cały rok. Były prawą ręką pierwszego polskiego misjonarza w tym terenie księdza Henryka Juszczyka.



    TRUDNE ŻYCIE W KORR



    Miejsce niezaznaczone na żadnej mapie świata. Nawet przed wyjazdem Katarzyna nie bardzo wiedziała, gdzie dokładnie jedzie. Gdzie jest ten Korr? Wylądowała na pustyni Kaisut w północnej Kenii, na wschód od jeziora Turkana, 600 kilometrów od stolicy Nairobi, gdzie temperatura zimą dochodzi do 30 stopni, a latem do 50.

    W warunkach, które przeciętnemu europejczykowi wyobrazić sobie trudno, żyją ludzie. Mają bogatą tradycję, zwyczaje, język kiswahili, wartości, ale podejmują wiele wysiłku, żeby przetrwać.



    - Brakuje wody, studnie są nieliczne. Nie ma dróg, elektryczności, telefonów, szpitala, panują choroby. Najbliższa poczta jest w Isiolo, około 300 kilometrów od Korr. Dlatego wokół naszej misji skupia się życie - wyjaśnia tarnobrzeżanka. Tutaj można uzyskać jedzenie, pomoc materialną, medyczną, wsparcie duchowe od wysłanników kościoła katolickiego, którzy ewangelizują te tereny. Szczególną troską salezjanie otaczają dzieci, młode pokolenie katolików.



    Rodziny, wielopokoleniowe, mieszkają w manyattach, skupiskach domów, zwanych huts. Taki domek zbudowany jest z patyków powiązanych ze sobą, pokrytych skórami, kartonami, workami, właściwie wszystkim co jest pod ręką. W domu jest palenisko, gdzie kobiety przygotowują posiłki, na patykach porozwieszane garnki, kosze i rzeczy codziennego użytku.



    Tutejsze ludy Rendille i Tamburu żyją z pasterstwa. Zwierzęta są ważne, ale nie dla mięsa, którego praktycznie nie jedzą. W ich diecie jest ugali, to mąka kukurydziana z wodą, albo kukurydza z fasolą (gideri), duże liście sukuma. Kozy, krowy, wielbłądy dają mleko, codzienne podstawowe pożywienie. Poza tym są zabezpieczeniem majątkowym rodziny. Mogą je sprzedać zyskując gotówkę, na przykład na opłacenie nauki dziecka.



    MOŻESZ SIĘ UCZYĆ, JEŚLI MASZ PIENIĄDZE



    - Ta prawda jest brutalna - mówi Katarzyna Tadla. Sytuacja dzieci chwyta za serce. Wiele się nie uczy, bo rodziców na to nie stać. Często cała rodzina zrzuca się, by móc zapłacić za jednego chłopca lub dziewczynę i wysłać je do odległego o 100 kilometrów miasta ze szkołą średnią.



    - Szkoła podstawowa jest bezpłatna, teoretycznie, ale za średnią trzeba płacić czesne. Kosztuje dojazd i internat z wyżywieniem, książki. Dzięki datkom, jakie gromadzi misja można pokryć te wydatki, dać im szansę na lepsze życie. Bez pomocy misji, niewielu udałoby się z wioski wyjechać.



    Dlatego tak ważny jest program "Adopcja na odległość", jaki w Korr wolontariuszki rozpoczęły. Wysyłały do Polski nazwiska dzieci. Szukały ludzi, którzy zgodziliby się płacić kwoty na konkretne dziecko.



    Katarzyna przed wyjazdem na misję zaadoptowała dziewczynkę z Ugandy. Przez rok płaciła 40 złotych miesięcznie. Dla niej dwa bilety do kina, dla dziecka cały rok nauki.

    Dzieci w Korr z miejsca podbiły ich serca. Wyciągające rączki po cukierka, rzucające się na szyję. To z nimi miały spędzać najwięcej czasu. Przyjacielskie, uczyły swoje Kasie słówek i wymawiania swoich imion. Nadały im imiona. Katarzyna była Mirewu, co znaczy wysoka.



    Pomagały w zajęciach w przedszkolu i szkole podstawowej. Proponowały zabawy i sposób prowadzenia lekcji. - Na początku malowałyśmy ściany, żeby były kolorowe, pogodne, robiłyśmy dekoracje. W ósmej klasie uczyłyśmy religii i plastyki, bo nasze talenty plastyczne doceniono - śmieje się Kasia.



    Od końca marca Katarzyna Tadla została odpowiedzialna za nowo utworzoną szkołę FORA. - Szkoły średniej nie udało się uruchomić, jak planowaliśmy. To jest szkoła przejściowa dla uczniów, którzy słabo zdali egzamin państwowy, tu powtarzali ósmą klasę, żeby dostać szansę dalszej nauki.



    Popołudniami wolontariuszki organizowały gry, zabawy, rysowanie. Miały pod opieką siedemdziesiąt maluchów z przedszkola i przeszło 50 starszych, nie tylko ze szkoły. Brały się nawet za mycie murzyniątek i pranie ich ubranek. Nawet nie czuły, kiedy mijał dzień. Wieczorami, kiedy generator umożliwiał pracę komputera chciały jeszcze jak najwięcej napisać i wydrukować pomocy edukacyjnych. Co trzy miesiące, z odległej stolicy Nairobi mogły skontaktować się z bliskimi przez Internet.



    Na pustyni czuły się szczęśliwe. Cieszyły się, że mogły uczyć innych, poznawać nową kulturę, zwyczaje i dostąpić zaszczytu oglądania najważniejszych obrzędów, niedostępnych dla kobiet.



    CIĘŻKIE JEST ŻYCIE KOBIETY



    Katarzyna je podziwia. Na niektóre czynności trudno jej było patrzeć. - Codziennie dźwigają po 20 litrów wody, pokonując kilometry do domów. Pamiętam, jak chciałam pomóc małej dziewczynce. Chłopiec chwycił mnie za rękę, przekonywał, zostaw, ona sobie poradzi, jest do tego przyzwyczajona.



    Dziewczynki, od małego pomagają swoim matkom. Głównie w opiece nad rodzeństwem. Kobiety znoszą też drewno na opał, a że drzew jest mało, muszą daleko odchodzić od wioski. Budują domy, opiekują się dobytkiem, mają najcięższe prace. Są przy tym zadbane. Przyciągają wzrok ich kolorowe, przepiękne stroje, ozdoby z drobnych koralików na głowach, rękach, uszach. Nikogo nie dziwią wpół obnażone piersi, ale długa chusta zakrywająca nogi jest obowiązkowa.



    Do mężczyzn należy zajmowanie się zwierzętami. Już mali chłopcy odpowiedzialni są za stadko kóz. Dorastający pędzą je daleko, w poszukiwaniu pastwisk, nawet kilkadziesiąt kilometrów. Starsi mężczyźni, którzy mają dorosłych synów, tak naprawdę nie muszą robić nic. Rozmawiają, dyskutują. Decydują o życiu wioski, plemienia.

    Młodzi się nie buntują. To jest życie, które znają od dziecka, ale są bardzo ciekawi współczesnego świata. Pytają.



    NARZECZONY PŁACI ZA ŻONĘ



    - Na początku o zamążpójście. Tamtejszym chłopakom bardzo się podobało, że w Polsce nie trzeba płacić za przyszłą żonę jej rodzicom. W Kenii opłatą są zwierzęta, jedzenie, ubrania lub inne dobra. Jeśli pan młody nie jest w stanie zapłacić, zrzuca się cała rodzina. Nierzadko połowę spłaca po ślubie.



    Dziwią się, kiedy słyszą od Polek, że wychodzą za mąż z miłości, a wybranek nie musi za nie płacić rodzicom. - Tam małżeństwa aranżowane są przez rodziców, często młodzi nie mają nic do powiedzenia. Ja sama widziałam dziewczynę, która została poślubiona. Miała około 15 lat, a jej mąż około siedemdziesięciu... Była jego trzecią żoną. Poligamia jest nierzadka, ale pod wpływem ewangelizacji coraz więcej miejscowych odchodzi od tego. Po tradycyjnym biorą katolicki ślub.



    Intensywne jest życie religijne salezjańskiej misji. Poranne eucharystie w języku kiswahili były wyzwaniem dla polskich dziewczyn. Niedzielna, bardzo uroczysta msza święta różni się od polskiej. Miłość do Boga trzeba tu wytańczyć, wyśpiewać, przez co nabożeństwo trwa około 2,5 godziny. - Jest wesoło, kolorowo, tyle tu muzyki i ruchu - pokazuje zdjęcia wolontariuszka.



    W Kenii uderzające były nie tylko różnice, ale podobieństwa. Kenia jest krajem demokratycznym. Ma swój parlament, zasiadają w nim przedstawiciele różnych plemion. - Na wyborczych wiecach obiecują, czasami płacą pieniądze za głos. Czy to nas dziwi? Potem wyjeżdżają, często nie spełniając nadziei. Ale ostatnio kobieta, która wybory wygrała rzeczywiście w tym regionie utworzyła nową studnię. Na pustyni, gdzie ludzie nawet w porze deszczowej modlą się o deszcz, studnia to wybawienie.



    KIEDY SPADA GWIAZDA



    Rok pracy minął Katarzynie szybko, za szybko. Bardzo chciałaby tam wrócić i wierzy, że to nie był ostatni raz w Korr. Już nie może się doczekać, kiedy wróci tam znowu. - Życie bardzo trudne, pełne uroku i fantastyczni ludzie, dzieci, z którymi się zaprzyjaźniłam. O niczym innym nie mogę jeszcze myśleć. Dla mnie to drugi dom.

    - Nigdzie na świecie zachody słońca nie były tak piękne. - Najpierw oniemiałam, potem pobiegłam po aparat. Na niebie dzieją się cuda. Usiadłam na środku boiska, robiłam zdjęcia i patrzyłam. Dzieci obsiadały nas zdziwione, czy u siebie nie mamy zachodów słońca?



    Gwiazdy. Nigdy nie widziałam tak blisko, tak dużych i spadających, co chwilę, więc marzeń można mieć tysiące. Moje na pewno się spełnią. Tak, jak udało mi się wrócić do Kenii, do pracy, tak uda mi się po raz kolejny. Może nie od razu, ale znów kupię bilet…



    Katarzyna Tadla

    Pochodzi z Tarnobrzega. Ma 32 lata, ukończyła historię na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie i Podyplomowe Studium Wiedzy o Krajach Rozwijających Się na Uniwersytecie Warszawskim. Na swoją pierwszą misję wyjechała 15 listopada 2005 roku do Korr w Kenii razem z koleżanką Katarzyną Wnuk z Gdyni. Zajmowały się edukacją i katechizacją dzieci i młodzieży. Wraz z misjonarzem Henrykiem Juszczykiem szukały duchowych rodziców dla dzieci w ramach programu "Adopcja na odległość".




    Międzynarodowy Wolontariat Don Bosco

    Powstał w 2002 roku z inicjatywy Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie. Skupia młodych ludzi, którzy pragną nieść pomoc, poświęcić czas na służbę biednym i potrzebującym na całym świecie. Aby zostać wolontariuszem należy przesłać na adres mailowy bądź pocztowy swoje cv z uwzględnieniem wszystkich doświadczeń naukowych i zawodowych (wszelkie doświadczenie pracy z młodzieżą i dziećmi) oraz list motywacyjny. Opisać swoje dotychczasowe życie duchowe i skąd się wziął pomysł o wyjeździe na misje. Zaproszenie na rozmowę to dopiero początek przygotowywania i sprawdzania adepta. Szczegóły na www.wolontariat.salezjanie.pl

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo