Nie róbcie im krzywdy

    Ewa Bożek

    Echo Dnia Podkarpackie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Podkarpackie

    - Nikt nam nie chce pomóc - w ten sposób już od lat skarżą się Michałowiczowie na cały świat. Otoczenie przyzwyczaiło się już do ich utyskiwań.

    - Nikt nam nie chce pomóc - w ten sposób już od lat skarżą się Michałowiczowie na cały świat. Otoczenie przyzwyczaiło się już do ich utyskiwań. ©E. Bożek

    Ojciec z dwoma synami żyją w skrajnej nędzy. W gminie Pysznica zastanawiają się - ciągle pomagać czy siłą skierować do domu opieki. Ludzie są podzieleni.
    - Nikt nam nie chce pomóc - w ten sposób już od lat skarżą się Michałowiczowie na cały świat. Otoczenie przyzwyczaiło się już do ich utyskiwań.

    - Nikt nam nie chce pomóc - w ten sposób już od lat skarżą się Michałowiczowie na cały świat. Otoczenie przyzwyczaiło się już do ich utyskiwań. ©E. Bożek

    Rodzina Michałowiczów od lat mieszka w leśniczówce, oddalonej o kilkaset metrów od pierwszych zabudowań we wsi Zdziary. Mężczyźni żyją w skrajnej nędzy, w zrujnowanym domu i bez prądu. W zagrodzie mają ponad 20 psów. Chcą pomocy...
    Bezustannie domagają się pomocy gminy i Ośrodka Pomocy Społecznej w Pysznicy. Ludzie są podzieleni. - Muszą trafić do domu pomocy społecznej - mówi Małgorzata Maślach z pysznickiego ośrodka. Halina Jędrusik ze Stalowej Woli alarmuje: - Nie róbcie im krzywdy! Zostawcie ich w spokoju!

    Jerzy Michałowicz, rencista ze Studzieńca, z dwoma dorosłymi synami, Jerzym i Andrzejem, od 18 lat żyje w leśniczówce, w której zamieszkał po tym, jak dostał z Lasów Państwowych przydział na pracę w Nadleśnictwie Rozwadów. Jego żona zmarła 11 lat temu. Teraz mężczyźni żyją w skrajnej nędzy, mimo że po spłaceniu komornika na rękę dostają 1600 złotych, a w sklepie każdego miesiąca czekają na nich artykuły spożywcze warte 270 złotych. Pracownicy z Ośrodka Pomocy Społecznej w Pysznicy przypuszczają, że ci skarżą się na życie w skrajnym ubóstwie, bo pieniądze, zamiast na rodzinę, idą na wyżywienie ponad 20 psów, które żyją w gospodarstwie. Kiedy mówią, że muszą oddać psy, mężczyźni robią się agresywni i krzyczą, że zwierzęta u nich nie głodują.

    ŚWIAT O NICH ZAPOMNIAŁ?

    - Chcieliby, żebyśmy tu pomarli - mówi syn, Jerzy Michałowicz. - Nie mamy pieniędzy na jedzenie, leki i opał. Nie mamy prawie żadnej pomocy z opieki - żali się.
    Wszyscy Michałowiczowie co miesiąc dostają renty socjalne i dwa zasiłki pielęgnacyjne. Do tego dochodzi comiesięczna pomoc z Ośrodka Pomocy Społecznej w Pysznicy, w powiecie stalowowolskim. Ale... to dla tych trzech mężczyzn za mało na życie. Rodzina ma pretensje, że jej ciężko, a pomocy z zewnątrz zawsze za mało.
    POMOCY IM ZAWSZE ZA MAŁO

    - Syn Jerzy jest u nas kilka razy w tygodniu - przyznaje Małgorzata Maślach. - Ta rodzina otrzymuje od nas pomoc od samego początku, odkąd tu mieszka. Niestety, ma ona roszczeniowe podejście do świata i każda pomoc jest dla nich zbyt mała i niewystarczająca - mówi. - Panowie otrzymują pomoc w naturze. W sklepie spożywczym każdego miesiąca mają do wykorzystania rachunek na kwotę 270 złotych i do tego limitu mogą brać produkty spożywcze. Oprócz tego zapłaciliśmy ojcu za leki. To ponad 300 złotych. Teraz rodzinę przygotowujemy na przetrwanie zimy.

    Dzięki pomocy prywatnych przedsiębiorców udało się za darmo wprawić nowe okna w kuchni. Gmina dodatkowo sfinansowała budowę pieca w tym pomieszczeniu. Wydaliśmy na to 2 tysiące 500 złotych - wymienia. - Wiemy, że dużo pieniędzy idzie na utrzymanie wszystkich psów. Ale namowy, żeby oddali psy, nie skutkują, a wręcz spotykają się z agresją z ich strony.

    ZAWSZE RAZEM

    Dwaj synowie jeszcze w latach młodości mieli orzeczone inwalidztwo. Od zawsze mieszkali z rodzicami. Przyznają, że jeszcze nigdy nie pracowali. - Nie raz zgłaszałem się do pracy, ale jak w zakładzie, gdzie starałem się o przyjęcie, dowiedzieli się, że choruję, to odmawiali - mówi Jerzy Michałowicz.

    BRAT RATUJE RODZINĘ

    W ubiegłym roku Nadleśnictwo w Rozwadowie sprzedało leśniczówkę, z nakazem eksmisji Michałowiczów, prywatnemu przedsiębiorcy z Niska. Ten przez kilka miesięcy szukał dla rodziny mieszkania zastępczego. Żadne się nie spodobało. Zrezygnował. Tadeusz Michałowicz, brat Jerzego i Andrzeja, który na co dzień mieszka pod Warszawą, wie, że to jedyne miejsce dla jego rodziny, w którym czuje się ona najlepiej. Odkupił leśniczówkę z kawałkiem ogródka. Zobowiązał się, że pomoże braciom i ojcu. Regularnie wysyła im pieniądze, a teraz przed zimą remontuje kuchnię i pokój dla ojca.

    BĘDZIE SĄD

    Pisaliśmy już w "Echu Dnia", że ojciec i bracia nie zgadzają się na umieszczenie ich w domu pomocy społecznej.
    - Niestety, obawiamy się, że stanowią oni zagrożenie dla samych siebie, dlatego uważamy, że powinni znaleźć się pod opieką ośrodka. W ubiegłym roku Sąd Rejonowy uznał, że Michałowiczowie są zdolni do samodzielnej egzystencji. My wiemy, że nie, i dlatego w tym roku ponowiliśmy całe postępowanie administracyjne. Sprawa ponownie trafi do sądu - wyjaśnia Małgorzata Maślach.

    KTO CHCE MIEĆ ŚWIĘTY SPOKÓJ?

    Miejscowi mówią o nich - dziwaki, ale niegroźni. Nikomu nie przeszkadzają. Zwierzęta nie stanowią zagrożenia dla innych ludzi. W okolicy nie ma żadnych sąsiadów. Dowiedzieliśmy się, że psy biegają tylko w zagrodzie, a kiedy tylko przed domem pojawia się ktoś obcy, to bracia natychmiast zamykają je w jednym pomieszczeniu.

    - Oni po prostu nauczyli się już tak żyć - komentuje Halina Jędrusik, która po naszym artykule zainteresowała się losem rodziny. - Trzeba się przyzwyczaić do tego, że przychodzą do ośrodka co kilka dni i zawsze się skarżą. Pomóc, owszem, trzeba w miarę możliwości i tak już pozostawić sprawę, zignorować te stałe wizyty. Jeśli sąd zdecyduje, że wszyscy trzej trafią do dziennych domów opieki społecznej, to dopiero to złamie im życie. Pozwólcie im żyć z ich dziwactwami w miejscu, w którym chcą żyć i nikomu nie szkodzą - mówi Halina Jędrusik, która sama kiedyś przyjęła do swojego domu sąsiada. - Rodzina oddała go do domu opieki społecznej. Któregoś dnia postanowiłam go odwiedzić. Kiedy zobaczyłam jego cierpienie z powodu wyrwania go z rodzinnego miejsca, przyjęłam go do siebie. Mieszkał u mnie dwa lata - wspomina.

    - To nie sztuka załatwić problem, ale czy w ten sposób rozwiąże się problem ośrodka czy tej rodziny? - rzuca na koniec...

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo