Jubileusz profesora Rurawskiego

    Jubileusz profesora Rurawskiego

    Lidia Cichocka

    Echo Dnia Podkarpackie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Podkarpackie

    W Kielcach znalazłem swoją większą i lepsza połowę - Inkę, czyli Alinę Białą.

    W Kielcach znalazłem swoją większą i lepsza połowę - Inkę, czyli Alinę Białą. ©Ł. Zarzycki

    Profesor Józef Rurawski jest legendą wśród kieleckich studentów. O jego humorze i stylu bycia krąży wiele opowieści. Właśnie obchodzono jego jubileusz.
    W Kielcach znalazłem swoją większą i lepsza połowę - Inkę, czyli Alinę Białą.

    W Kielcach znalazłem swoją większą i lepsza połowę - Inkę, czyli Alinę Białą. ©Ł. Zarzycki

    W czasie powstania cudem uniknął śmierci, na egzaminie oblał Wojciecha Młynarskiego, a w jego wannie kilka dni spał Marek Hłasko. Profesor Józef Rurawski, warszawiak, do Kielc przyjechał 27 lat temu. - I nie żałuję, spotkałem tu swoją lepszą i większą połowę. Tylko niech pani napisze lepszą i większą - podkreśla.

    Profesor w tym roku skończył 77 lat. Mówi o sobie, że jest porządnym warszawiakiem. - Ludzie mojego pokolenia, którzy przeżyli wojnę, przeżyli ją przypadkiem. Każdy z nich może opowiedzieć o co najmniej jednym wyjątkowym przypadku, który uratował mu życie.

    Należał do Szarych Szeregów, ale żeby robić rzeczy, o których marzyli wtedy wszyscy chłopcy, trzeba było mieć pozwolenie rodziców i trzeba się było uczyć. - O tym dzisiaj się nie wspomina, ale jak ktoś załapał dwie dwóje, to Zawiszacy wykluczali go na jakiś czas - opowiada profesor. - A rodzice zgadzali się na harcerstwo nie bardzo wiedząc, jakie będą tego konsekwencje. Kiedy powstanie wybuchło i z pistoletami wybiegłem z domu prosto pod ostrzał, ojciec widział jak upadłem na ziemię. Ja chowałem się za krawężnik, on myślał, że mnie trafili. Gdy spotkaliśmy się po wojnie zobaczyłem, że ojciec jest siwy, to właśnie tego dnia, gdy zobaczył jak leżę bez ruchu na ulicy, te kilka sekund wystarczyło...

    Kot Benek dostał imię na cześć Benia Krzyka. Uwielbia rozmawiać ze swoim panem.
    (fot. Ł. Zarzycki )

    Z czasów powstania ma do dzisiaj widelec. - Byliśmy na jakimś obiedzie, gdy znów alarm, trzeba biec. Złapałem ten widelec i on jakimś cudem przewędrował ze mną całą drogę, do Niemiec i z powrotem. Jestem przesądny i wierzę, że gdyby ten widelec zginął albo się złamał, to ja zaraz potem umrę.

    Przez obóz przejściowy trafił na roboty. Najpierw do rolnika, potem do fabryki w Bystrzycy Śląskiej. Tam pracował przy karbidzie, przy piecu acetylenowym. Było strasznie ciężko, zapłacił za to gruźlicą, ale wrócił. Dom w Warszawie stał, chociaż połowa była zburzona, a reszta wypalona. Rodzice już wrócili, mieszkali u sąsiadów, bo wtedy ludzie sobie bardzo pomagali.

    OD RAZU ASYSTENT
    Po wojnie błyskawicznie nadrabiał zaległości w szkole, bo w czasie wojny zdążył zrobić na kompletach 1,5 roku gimnazjum. Wiedział, że chce być nauczycielem, więc poszedł na Uniwersytet Warszawski na polonistykę.

    Był doskonałym studentem. - Musiałem mieć piątki, bo od tego zależało moje zostanie na uczelni. Już po pierwszym roku profesor Doroszewski chciał, bym został młodszym asystentem, ale odmówiłem, bo dialektologia mnie nie interesowała. Dwa lata profesor się do mnie nie odzywał. A na trzecim roku dostałem propozycję młodszego asystenta z literaturoznawstwa u profesora Żółkiewskiego i od 1951 roku zacząłem pracować. Długi czas mi nie płacili, ale i stypendium nie dawali, bo przecież pracowałem. Ale jak dostałem wreszcie pieniądze i miałem kupić sobie garnitur, to kupiłem - cały komplet dzieł Prusa.

    To wtedy działając w kole młodych poznał Juliana Tuwima. To po przeczytaniu jego "Kwiatów Polskich" drukowanych w "Przekroju" dostał gorączki, a gdy po dwóch dniach ustąpiła, okazało się, że większość "Kwiatów" umie na pamięć.
    Zaprosił też Słonimskiego. - To był rok 1952, powszechnie używano formy towarzysz, więc i ja powiedziałem towarzyszu Słonimski, a on wziął mnie za ramię i powiedział: "Niech pan mówi do mnie panie Antoni. Ja nie jestem taki towarzyski".

    Poznał bardzo wielu poetów, literatów, przyjaźnił się z Grzesiukiem, Marek Hłasko, gdy nie miał się gdzie podziać kilka dni spał u niego w wannie. Bardzo cenił Zygmunta Kałużyńskiego, wybitnego erudytę o ogromnej wiedzy, ale i blagiera, który potrafił wydać książkę o wyprawie do Francji nie będąc w niej. - Ile ja tych ludzi znałem, bo oni już mnie nie znają, niestety - mówi profesor.
    PSEUDONIMY PROFESORA
    Profesor Rurawski ma kilka pseudonimów. W czasach powstania był Guzikiem. Kolegom rymowało się Józik Guzik. Po wojnie, kiedy grał w piłkę i strzelał gole przeciwnicy mieli pretensje do jednego z kolegów. Zatrzymaj go! - krzyczeli. - Sami zatrzymajcie, jak na on ma motorek w d... - odpowiedział i tak przyszły profesor został Motorkiem, a potem awansował i został Motorem. Nawet na uczelni ze względu na jego ruchliwość mówiono: Motorek, Motor.

    W Kielcach studenci ochrzcili go po prostu Rura. - Ale tego Motorka to mi żal - przyznaje profesor. - Do dzisiaj, gdy dzwonię do starych przyjaciół, muszę pomyśleć czy jestem dla nich Guzik, czy Motor.

    KIELCE, BO LUDZIE ŻYCZLIWI
    Doktorat zrobił 13 grudnia 1960 roku. Szybko, ale potem wstrzymano mu habilitację. - Powinienem mieć ją w 1967 roku, a zrobiłem ją dopiero w 1977 roku. Dlaczego? Zawsze byłem pyskaty i zawsze mówiłem swoim tekstem. A to się nie podobało.
    Musiał odejść z uczelni i przez rok nie mógł znaleźć pracy. Jeździł nocami jako taksówkarz, ale nie mógł się z tego utrzymać. - To było jak grzęźnięcie w mule. A ponieważ w grę wchodziły polityczne względy, to niektórzy moi koledzy przechodzili na drugą stronę ulicy na mój widok. I to było gorsze niż bieda, ta samotność wśród ludzi, dziesiątki obietnic i nic.

    Prawie nie widział wyjścia z tej sytuacji i myślał o najgorszym, jednak wreszcie z pomocą znajomego z partii pracę dostał. W Instytucie Kształcenia Nauczycieli. Odszedł z niego po 9 latach. - Atmosfera stawała się tam nie do zniesienia. Wtedy dostałem propozycję przejścia do Kielc, gdzie powstawała szkoła wyższa. Nigdy nie byłem w Kielcach, ale zdecydowałem się. To był 1980 rok, sesja dla zaocznych, pamiętam. Wszedłem do sali, zobaczyłem tych wystraszonych ludzi i zapytałem: "Wy z łapanki czy dobrowolnie?". Roześmiali się i poszło. A teraz mija 27 lat.

    Wcześniej dwa lata dojeżdżał na zajęcia w Białymstoku, ale mówi, że tam by nie chciał żyć. - W Kielcach ludzie serdeczni, jak samochód się zepsuł - znany wszystkim zaporożec Wania Princ, to tutaj zatrzymywali się z pytaniem czy pomóc. W Białymstoku nie. No i tutaj spotkałem swoją lepszą i większą połowę: Inkę, która dawno temu była moją studentką.
    WIELCY OBLANI
    Z sympatią wyrażają się o nim wszyscy studenci, nawet ci których oblał. Wśród ciekawszych "uwalonych" był Wojtek Młynarski, jeden z najlepszych studentów na Uniwersytecie Warszawskim. - Wtedy ciągle zmieniano programy i Wojtek poległ na kobylastym egzaminie z pozytywizmu i romantyzmu. Wiele lat później w telewizji odtwarzaliśmy to, o co go pytałem. O ośrodki wielkiej emigracji, nie powiedział wtedy ani słowa, bo myślał, że będzie wielka dyskusja, ale to nie zmienia faktu, że bardzo się lubimy.

    Oblał także Małgorzatę Dipont-Kawalerowicz, a w Kielcach Ryszarda Kozieja, dziennikarza radiowego. - Pamiętam, zapytałem go o czasopisma pozytywistyczne. Ale na poprawce miał piątkę, a potem był moim asystentem. Dawałem dwóje, ale nigdy nie zrobiłem egzaminu komisyjnego, bo nie wierzyłem, że ktoś, kto dwa razy oblał nauczy się w ciągu tygodnia. Dawałem tróję i mówiłem, żeby się nauczyli i przyszli. I muszę przyznać, że mało mnie oszukiwali.

    EPITAFIUM PRAWIE GOTOWE
    I warszawscy, i kieleccy studenci mówi o profesorze jak o przyjacielu, ojcu czy dziadku. Zawsze interesował się ich sprawami, służył pomocą w trudnych sytuacjach. - To jest harcerstwo. To się po prostu ma - wyjaśnia. - Walczyliśmy z wrogiem, ale nas wychowywano. Żadna dzisiejsza organizacja nie ma takich szans i możliwości oddziaływania na młodzież jak miały Szare Szeregi. Kazano nam uczyć się i służyć ludziom. A we mnie siedzi wieczny harcerzyk. Byłem instytucją: o godzinie 2 w nocy telefon: "Śpi pan?". - Już nie. "Bo myśmy się pokłócili i stoimy przed pana klatką. Zejdzie pan?". Przychodzili z najróżniejszymi sprawami: dziewczyny nawet z pytaniem czy ulec chłopakowi, bo on tego chce.

    Profesor już nie ma zajęć na uczelni. - Zdrowie już nie to - przyznaje. - Wykłady są dla mnie coraz bardziej męczące i chodzę z większym trudem.

    To dlatego w domu zamiast psa jest kot Benek. Wcześniej były chomiki, tak oswojone, że sypiały w kieszeni koszuli. Kot wychował i podporządkował sobie wszystkich. Domaga się rozmawiania, zabawy.

    Z powodu zdrowia profesor coraz rzadziej gra na gitarze i śpiewa ulubione warszawskie piosenki. Rzadziej gra też na organkach, bo przecież gra na nich od piątego, a może szóstego roku życia i nic mu nie przeszkadza fakt, że w ogóle nie zna nut.

    A o jubileuszu ma swoje zdanie. - To jest próba generalna przed pogrzebem - stwierdza z uśmiechem. - Będę wiedział, co kto będzie na mnie mówił.
    I dodaje, że ma już zarys własnego epitafium. - Mniej więcej tak: "Łyknął, krzyknął. Przewrócił oczyma. Już go ni ma".

    Kiedyś robiłem koleżance ze studiów epitafium, ona miała podwójne nazwisko, a potem jeszcze dwukrotnie wyszła za mąż więc napisałem: "Nad tym nagrobkiem rzeźbiarzowi troska, tu leży Krystyna Mazur-Wróblewska-Walicka-Dąbrowska".
    Czy profesor zamierza spisać wspomnienia? - Nie, dostałem inną propozycję do pisania "Półki z dedykacjami", bo rzeczywiście mam dwie półki książek z dedykacjami autorów, każda z nich to jakaś historia. I to chyba zrobię.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo