Front szedł przez Chmielów

    Front szedł przez Chmielów

    Wysłuchała Wioletta Wojtkowiak

    Echo Dnia Podkarpackie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Podkarpackie

    - Od wschodu nacierali żołnierze radzieccy, a Niemcy stawiali opór na Wiśle. W Chmielowie ciężko było przeżyć - opowiada Józef Rzepecki.

    - Od wschodu nacierali żołnierze radzieccy, a Niemcy stawiali opór na Wiśle. W Chmielowie ciężko było przeżyć - opowiada Józef Rzepecki. ©W. Wojtkowiak

    64 lata temu w Chmielowie. Ludzie jeszcze nie zdążyli ochłonąć po jednej nawałnicy, a już nadchodziła druga.
    - Od wschodu nacierali żołnierze radzieccy, a Niemcy stawiali opór na Wiśle. W Chmielowie ciężko było przeżyć - opowiada Józef Rzepecki.

    - Od wschodu nacierali żołnierze radzieccy, a Niemcy stawiali opór na Wiśle. W Chmielowie ciężko było przeżyć - opowiada Józef Rzepecki. ©W. Wojtkowiak

    Lato 1944 roku było pogodne i ciepłe. Ale ludzie w Chmielowie byli przygnębieni, smętni, a ich serca pełne obaw - co to będzie? Józef Rzepecki miał wtedy niespełna piętnaście lat. To, czego doświadczył on i mieszkańcy, chce ocalić od zapomnienia.
    Dla chmielowskiej społeczności był to czas grozy. 2 września 1939 roku zbombardowana z nie do końca jasnych przyczyn wieś została zrównana z ziemią. Ledwo się podźwignęła z ruiny a już zbliżała się kolejna nawałnica.

    W sierpniu 1944 roku w okolicach Baranowa Sandomierskiego oddziały radzieckie I Frontu Ukraińskiego stoczyły walki z Niemcami o przechwycenie przyczółka baranowskiego na lewym brzegu Wisły. Hulanka pocisków rozpoczęła się na dobre w ostatnich dniach lipca. Armia radziecka czekała na zbudowanie mostu w rejonie Machowa. Palisady przygotowywano w Chmielowie i przewożono nad rzekę.
    TRUDNO BYŁO PRZEŻYĆ

    - Niemcy, broniąc się, walili na oślep tak, że pociski sięgały nie tylko przyczółka, ale i Chmielowa. Kanonada nie ustawała w dzień i w nocy - wspomina Józef Rzepecki. - Mój ojciec Adam, jego bratanek Józek i ja z bratem Stachem byliśmy w pobliżu piwnicy, która spełniała rolę schronu. Mimo nieprzespanych nocy, podziwialiśmy oślepiające światła rakiet. Matka z córkami Marią i Zofią przycupnęła w kącie, odmawiając "zdrowaśki".

    O świcie ojciec polecił mnie i bratu wyprowadzić konie na pastwisko, gdzie byłyby bezpieczniejsze. Wracając, usłyszeliśmy falisty jęk bombowca. Leciał od Stalów w kierunku przyczółka i Nagnajowa. Za nim drugi, wokół którego balansował sowiecki myśliwiec.

    Uciekający bombowiec zrzucił kilka bomb. Jedna z nich spadła na nasze podwórko. Biegliśmy co tchu, by się ukryć w piwnicy. Ale na miejscu zobaczyliśmy tylko stertę gruzu. Obok był potężny lej, głęboki na pięć metrów. Oniemieliśmy z wrażenia, rozumiejąc, że zostaliśmy na świecie sami. Zaczęliśmy płakać.
    Zbiegli się sąsiedzi, pytając, gdzie rodzice. Ludzie pospiesznie odrzucali cegły. Przybyło również kilku krasnoarmiejców do pomocy. Z głębi dało się słyszeć jęki. Kowal Władek Buczek sięgnął w szczelinę i namacał główkę dziecka. Uspokajał, że już niebawem wszystkich wydostaniemy. Nie była to główka dziecka, ale pięta Józka, mojego stryjecznego brata, którego ułożyło do góry nogami.

    CUDOWNIE OCALONA RODZINA

    Po godzinie pracy wydobyto wszystkich z piwnicy. Żołnierze szybko zorganizowali dwóch lekarzy, którzy zabezpieczyli rany. Byli jeszcze dwa razy, by zmienić opatrunek, ale w tym czasie most był gotów i lawina wojska ruszyła na lewy brzeg Wisły.
    - Poszkodowani wracali do zdrowia i po miesiącu cała piątka zaczęła chodzić o własnych siłach - mówi Rzepecki. - Kiedy po wielu latach zapytałem Józka o to wydarzenie, odparł, że będzie je pamiętał do grobowej deski.

    Kiedy nadlatywały dwa samoloty, wskoczył ze stryjem do piwnicy. Jednak ciekawość go paliła. Stojąc na progu, wychylił się, usłyszał przeraźliwy gwizd i w tym czasie jakby cug wepchnął go do piwnicy. Kiedy wróciła świadomość, nie mógł oddychać ani się poruszać.

    Józek po wielu latach oglądał swoje dłonie i zastanawiał się, jak to się mogło stać, że palców u rąk, chociaż dłuższe, mu nie połamało, a jeden palec u nogi został złamany i zrósł się krzywo. Chociaż chodził w gumiakach dwa razy większych, i tak uwierał.

    - Gdybyś był w butach, to by ci palca nie połamało - pouczyłem go. Spojrzał na mnie z oburzeniem i odparł: - Nie pamiętasz, że ludzie na wsi chodzili wówczas boso od wiosny do późnej jesieni?
    - Każdy, kto widział i słyszał o tym wydarzeniu, stwierdza, że nasza rodzina została cudem ocalona. Ojciec obiecywał sobie, że ten fakt i miejsce przy domu należy upamiętnić - kończy Józef Rzepecki.

    Komentarze (1)

    Wszystkie komentarze (1) forum.echodnia.eu

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo