Stanisław Kalita - człowiek, który przechytrzył bezpiekę

    Stanisław Kalita - człowiek, który przechytrzył bezpiekę

    Anna Krężel

    Echo Dnia Podkarpackie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Podkarpackie

    Konspirator o pseudonimie "Robinson" chciał coś robić dla ojczyzny.
    Stanisław Kalita pokazuje dyplom polityczny - nadzwyczajny, który dostał w nagrodę za zdecydowaną i jawną postawę wobec władzy komunistycznej.

    Stanisław Kalita pokazuje dyplom polityczny - nadzwyczajny, który dostał w nagrodę za zdecydowaną i jawną postawę wobec władzy komunistycznej. ©A. Krężel

    Nauczył się drukować, wybudował bunkier i tam tworzył podziemną gazetkę. Za swoją działalność otrzymał od prezydenta Kaczyńskiego order.

    Ten order to dla Stanisława Kality bardzo duże wyróżnienie. Nareszcie doczekał się podziękowania za swoją działalność. Po upadku komunizmu nikt się Kalitą nie interesował. Solidarność o nim zapomniała, a przecież to on był głównym założycielem związków zawodowych w rejonie Trzciany, Otałęży i Czermina.

    - Było to rzeczywiście spóźnione, jednak chwała im za to, że dali mi odznaczenie. Mam wewnętrzne zadowolenie, że coś dla ojczyzny zrobiłem, a teraz jeszcze życie mi się odwdzięczyło za tamtą działalność - mówi Stanisław Kalita.

    JAK SIĘ ZACZĘŁO?

    Działalność Kality można podzielić na dwa okresy - pierwszy to okres do wprowadzenia stanu wojennego, natomiast drugi to lata od grudnia 1981 do 1989. W pierwszej fazie działalności związki zawodowe były całkowicie legalne. To właśnie w tym czasie Stanisław Kalita zakładał związki chłopskie, przekształcone później w Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Rolników Indywidualnych Solidarność w Czerminie. Władza znała go właśnie z tej działalności, nie był anonimowy.

    Powstanie książka

    Powstanie książka


    Stanisław Kalita postanowił napisać książkę. - Piszę wspomnienia o tamtych wydarzeniach. Napisałem już trzy rozdziały - "Zatrzymanie", "Internowanie w Załężu" oraz "Na wolności". Nie jest to jeszcze skończone, gdyż brakuje mi wiele materiałów, których Instytut Pamięci Narodowej nie chce odtajnić.



    W listopadzie 1981 roku zorganizował strajk okupacyjny w Urzędzie Gminy w Czerminie. Trwał on siedem dni, Kalita był jego przywódcą. - Chcieli mnie wywabić różnymi sposobami ze strajku. Raz przyszli i powiedzieli, że chcą tylko pogadać w samochodzie, żebym wsiadł. Innym razem przysłali po mnie policjanta z dokumentem bez numeru sprawy, że niby mnie aresztują. Pozbyliby się przywódcy i byłoby po strajku, ale ja się nie dałem przechytrzyć - opowiada Kalita.

    TRAFIŁ DO WIĘZIENIA

    Po zakończeniu strajku, jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego, zdążył usunąć z Urzędu Gminy ważne dokumenty, dotyczące związku. Był to szczęśliwy traf, gdyż 13 grudnia policja zabrała Kalitę. Zaproponowali mu podpisanie "lojalki", czego związkowiec nie zrobił. Tak trafił do więzienia w Załężu. - Spędziłem tam ponad trzy miesiące. Gdy wyszedłem, odchorowałem czas, który spędziłem w więzieniu. Dały o sobie znać kiepskie jedzenie, brak ruchu oraz świeżego powietrza, gdyż chyba tylko raz nas wypuścili na spacer. Wróciłem do domu całkowicie wyczerpany. Na nogi postawił mnie doktor Maj, który sam przygotowywał dla mnie lekarstwa - wspomina konspirator.

    DALSZA DZIAŁALNOŚĆ

    Gdy wyzdrowiał, nie mógł siedzieć bezczynnie, dlatego zaczął szukać kontaktów. Pojechał więc do Warszawy, u jednego z księży w parafii Trzech Krzyży zostawił pismo o powstaniu organizacji. Ksiądz skontaktował go z Józefem Teligą, pułkownikiem Armii Krajowej. - Zwerbował mnie do Ogólnopolskiego Komitetu Oporu Rolników. Stałem się działaczem podziemnym. Złożyłem przysięgę, następnie Teliga zostawił mi wytyczne, co robić - opowiada.

    ZBUDOWAŁ BUNKIER

    Zorganizował konspiracyjną poligrafię. Najpierw wydawał "Bory Tucholskie", ulotki, które powstały na okoliczność wyborów do rad narodowych. Początkowo tworzył metodą Gutenberga, matryce uzyskał dzięki pomocy grawera z WSK PZL Mielec. Tworzył w domu, na strychu, co było bardzo niebezpieczne. Zdecydował się więc na budowę bunkra pod ziemią.

    - Pracowałem w nocy. Nie mogłem tej ziemi tak rozrzucić, gdyż miała różne kolory i sąsiad mógłby się zorientować - wspomina.

    Zaczął drukować "Ziemię Mielecką", wpadł na pomysł drukowania na matrycach białkowych. Członkowie podziemia zauważyli, że dary przychodzące z Zachodu są owinięte w matryce. Był to papier białkowy, znacznie lepszy do tworzenia gazety niż wcześniej wykorzystywana metoda. Prasę konspiracyjną wydawał aż do 1989 roku.

    PRÓBOWALI GO PODEJŚĆ

    - Bezpieka wiedziała, że mam coś wspólnego z tą prasą, że mogę coś wiedzieć. Nie przypuszczała jednak, że ja to wszystko drukuję. Odnosiłem się do partyjnych z szacunkiem, nie rzucałem obelg pod ich adresem. Dlatego nie wiedzieli, jak mnie podejść - mówi Kalita.

    Jak sam mówi, czasami były sytuacje, kiedy się bał - potrafiłem się jednak zakonspirować, myślałem, że nawet gdyby mnie złapali, to raczej nie zdecydują się zabić. Dlatego nie przejmowałem się za bardzo i robiłem to, co do mnie należało. Ale zadziwia mnie fakt, że zdołałem uniknąć wpadki, w końcu to byli mądrzy ludzie.

    W KOŃCU DOCENILI

    Po upadku ustroju komunistycznego Solidarność zapomniała o Kalicie. Działacze nie pamiętali, kto drukował gazetki, były osoby, które zasługi przypisywały sobie. Został sam. Ale nie poddał się. Dopiero niedawno dostrzeżono człowieka, który ma tak wielkie zasługi dla kraju. Kalicie pomógł jeden z mieleckich posłów, postarał się o rentę dla niego. Dokument przyznający zasiłek premier Kaczyński podpisał w ostatni dzień urzędowania.

    Tegoroczne otrzymanie orderu było bardzo wzruszające dla tego starszego już człowieka - Wstydziłem się, ale ze wzruszenia, aż mi się łza zakręciła w oku.

    Komentarze (3)

    Wszystkie komentarze (3) forum.echodnia.eu

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo