- Mam łatwiejszy dostęp do informacji o wydajności i stanie zdrowia krów - mówi o nowoczesnych rozwiązaniach Arend Jan Hendriks, hodowca z Pomorza.

Ponad dziesięć litrów mleka wydojonych w ciągu pięciu minut. Robi wrażenie? To rekord, który padł w 2014 roku podczas Konkursu Ręcznego Dojenia Krów w podlaskim Korycinie. Hodowcom nie wystarczą jednak wiadro i stołek do dojenia. Do obór wkroczyły roboty udojowe.

W ciągu doby, liczba dojów w stadzie obsługiwanym przez roboty, wynosi na jedno zwierzę od 2,5 do 3. Do spotkania z robotem krowy zachęca pasza treściwa.

W prochach XXI wiek

Na systemy ułatwiające zarządzanie stadem bydła mlecznego, postawiła rodzina Matuszyków z miejscowości Prochy (gmina Zakrzewo, powiat złotowski, woj. wielkopolskie). Hodowcy zmodernizowali oborę - nowy obiekt zawiera w sobie część starej. Jak oceniają, gdyby chcieli stworzyć taką oborę od podstaw, cała inwestycja kosztowałaby około 28 milionów złotych.

- Na początku mieliśmy osiemdziesiąt krów na głębokiej ściółce - wspomina Karol Matuszyk. - Inwestycja ruszyła w listopadzie 2013 roku. Decyzja nie była łatwa, zawsze są jakieś obawy, wątpliwości. Ale, jeśli chce się inwestować w produkcję mleka, trzeba podejmować śmiałe decyzje. Przetrzymaliśmy krach na rynku, kiedy płacono za litr 92 grosze, a nawet i mniej. Interes był wówczas poniżej opłacalności. Teraz można się rozwijać.

Przeczytaj też: Kalinowski: - Połowa wnioskujących o dopłaty nie sieje i nie orze

Gospodarstwo Matuszyków wyposażone jest w trzy roboty. Na tym nie koniec, trwa montaż czwartej i piątej jednostki udojowej. - Wolny czas? Faktycznie, trochę go nam przybyło - mówi pan Karol. - Co istotne, mleko naszych krów jest teraz lepsze jakościowo. Podskoczyła również wydajność. W starej, małej oborze - średnia roczna od stada wynosiła 6,5 tysiąca litrów. Teraz - 9,4 tys. litrów. Średnia na dobę, to obecnie 31 litrów.

W oborze w Prochach zwierzęta wypoczywają na legowiskach, na których znajdują się gumowe maty. Przygotowaną paszę zgarnia - na stole paszowym - robot. Także system wygarniania odchodów jest zautomatyzowany. Mleko przechowuje się w zbiorniku o pojemności 12 tysięcy litrów. Obora ma system wstępnego schładzania surowca.

- Krowy podchodzą kolejno do robota udojowego, nie jest potrzebna ingerencja człowieka - dodaje hodowca. - Zwierzęta różnie się przyzwyczajają. Jedno potrzebuje dwóch tygodni, inne podchodzi do udoju następnego dnia.

Wśród plusów ...

... robotów, jest lepsza zdrowotność wymion. Każda ćwiartka dojona jest osobno, hodowca nie musi obawiać się o pustodój (ten może być przyczyną urazów tkanki gruczołowej, pękania naczyń krwionośnych). - Roboty podchodzą do krów indywidualnie, każda ćwiartka jest oddzielnie sprawdzana - opisuje Radosław Kubiak, który prowadzi z żoną Delfiną gospodarstwo w łódzkim Emilianowie (powiat łowicki).

Rodzina korzysta z czterech robotów udojowych oraz robotów do podgarniania paszy i usuwania obornika z rusztu. - Jeśli pojawi się sztuka z pierwszymi objawami mastitis, komputer o tym informuje. Wiadomo, że trzeba działać - opowiada pan Radosław. Jak wskazuje, koszty utrzymania hali 2 x 12 z 24 aparatami udojowymi są podobne, jak w przypadku utrzymania czterech robotów udojowych.

LT

Tego nie dostrzegłbym gołym okiem

Właściciele robotów podkreślają, że opieka nad stadem jest znacznie łatwiejsza. Jednak, niezbędne jest wyciąganie wniosków i analizowanie informacji, które przekazuje komputer.

- Znam rolników, którzy byli święcie przekonani, że kupią roboty, cały dzień spędzą w domu, a obora będzie sama funkcjonować. Tak to nie wygląda - uczula pan Radosław. I dodaje: - Mamy dwieście sztuk dojnych (z młodzieżą stado liczy pięćset sztuk). Biuro mieści się w oborze, mogę w nim sprawdzić informacje dotyczące rui, zdrowotności, wymienia. Dajmy na to, że mamy trzydziestodniowe sztuki - robot pokazuje mniejsze przeżuwanie, można natychmiast zareagować. W dużym stadzie nie zauważyłbym, że dana krowa ma mniejszy apetyt, że choruje. Robot powiadamia mnie na bieżąco o tym, czego nie dostrzegłbym gołym okiem w przypadku funkcjonującej krowy. System pokazuje jakość mleka, informacje o zawartość tłuszczu, białka i laktozy. W razie czego, ostrzega przed nagłym wzrostem liczby komórek somatycznych albo o spadku produkcji surowca.

Chodzi mi o długowieczność

Jak wspomina pan Radosław, pierwsze trzy roboty udojowe pojawiły się w Emilianowie 4 listopada 2014 roku. - Akurat zaczęliśmy produkcję mleka w nowym budynku, kiedy przyszedł dwuletni, potężny kryzys - opowiada. - Dostawaliśmy 95 groszy za litr, nawet nie mieliśmy gdzie uciec, bo nikt nie chciał nawet rozmawiać o mleku. Dużym ciosem była też kara za nadprodukcję. I to w momencie, kiedy właśnie zakupiliśmy bydło i postawiliśmy nowoczesny budynek. Cóż, przetrwaliśmy, chcemy się skupić na dalszym rozwoju hodowli, bo i jest dla kogo się starać. Mamy dwójkę cudownych dzieci: Stefcię i Jurka. Może w przyszłości pójdą w nasze ślady?

Jak mówi pan Radosław, wydajność, od pojawienia się robotów udojowych, jest na jednym poziomie. - Chodzi nam o długowieczność - wskazuje. - Mamy krowy dające i po 12 tysięcy kg, ale staramy się utrzymać stado na rocznym poziomie 8-8,3 tys. kg mleka. Nie chcemy dobić do więcej niż 9 tys. kg. Na dwieście dojnych mamy sto krów powyżej trzeciej laktacji, to połowa stada. Co istotne, 90 procent krów - powyżej trzeciej laktacji - ma ojców pochodzących z Holandii. Zresztą, na przykładzie własnej obory mogę stwierdzić, że wyniki dotyczące długowieczności holenderskich krów, są autentyczne.

Holenderskie standardy na Pomorzu

Jeśli mowa o kraju tulipanów i oborach naszpikowanych nowoczesną technologią, nie możemy pominąć Arenda Jana Hendriksa. Holender, który zamieszkał na Pomorzu, może się poszczycić jedną z najnowocześniejszych obór. Mowa mianowicie o obiekcie w Bramce (gmina Bukowiec, powiat świecki, woj. kujawsko-pomorskie), który stanął w 2013 roku. Są w nim roboty udojowe, do sprzątania, do podgarniania pasz.

Dodajmy, że w sąsiednim Kawęcinie mieści się pierwsza hodowla pana Arenda. Tyle, że nie zrobotyzowana.

- Jeśli chodzi o Bramkę, cztery roboty doją tutaj 260 krów. Roczna średnia wydajność to około 12 tysięcy litrów - opowiada hodowca. - Średnia produkcja mleka, w starszej oborze w Kawęcinie, jest niższa o 2 tysiące litrów (mam tutaj 155 sztuk). Codziennie, siedem dni w tygodniu, doją je trzy osoby. Czasem któryś z pracowników weźmie wolne, albo zachoruje - musi być ktoś na zmianę. W Bramce zatrudnieni są natomiast zootechnik i pomocnik. Koszty tutejszej inwestycji? W przeliczeniu na krowę, to około 15-20 tysięcy złotych. Zalet robotów udojowych jest sporo. Na przykład, łatwiejszy dostęp do bieżących informacji o wydajności i stanie zdrowia krów. Dzięki nim, zdrowotność stada jest lepsza.

Przeczytaj też: Młodzi rolnicy. Pracują po swojemu, ziemię kochają po staremu

- Zaczęliśmy prowadzić gospodarstwo w latach 70. Mieliśmy świnie, drób. Hodowaliśmy także krowy. Dzień w dzień, punkt szósta - szło się do obory doić. Obowiązków było bardzo dużo - wspomina Eugeniusz Walkusz, emerytowany rolnik z Dobrzewina (gmina Szemud, powiat wejherowski, woj. pomorskie). - Podejrzewałem, że praca w gospodarstwie będzie kiedyś znacznie łatwiejsza, ale nie sądziłem, że tak wiele się zmieni. Produkcja rolna zaliczyła ogromny skok technologiczny.

To właśnie w latach 70. naukowcy rozpoczęli prace nad zautomatyzowaniem procesu udoju. Roboty udojowe pojawiły się w światowych oborach w 1992 roku - pierwszy zainstalowano w Holandii. Szesnaście lat później wkroczyły natomiast do naszego kraju. Liczba chętnych do inwestowania nad Wisłą rośnie, jednak - dla większości gospodarzy - barierą nadal są wysokie ceny.