Rodzice z Białogardu wbrew opinii lekarzy i decyzji sądu zabrali ze szpitala noworodka, by m.in. nie dopuścić do zaszczepienia go. Czy brak zaufania rodziców w stosunku do lekarzy pediatrów staje się już poważnym problemem? Z prof. dr hab. med. Barbarą Kamińską, wojewódzkim konsultantem ds. pediatrii, rozmawia Dorota Abramowicz.

Problem na pewno jest, choć nie dramatyzowałabym jego skali. Przez większość rodziców pediatrzy są postrzegani dobrze. Oczywiście, najlepiej byłoby, gdyby sto procent rodziców obdarzało nas zaufaniem. Niestety, tak nie jest.

Dlaczego?

Przyczyn należy szukać po jednej i drugiej stronie. Zacznę od nas, lekarzy. Oprócz wiedzy na temat diagnozy, leczenia, dawek leków, trzeba mieć także dodatkowe, specyficzne umiejętności. Pediatra powinien nie tylko umieć nawiązać kontakt z noworodkiem, przedszkolakiem, zbuntowanym nastolatkiem, ale także z rodzicami. Jeśli zabraknie takich zdolności, będzie nam trudno pracować. Do każdego człowieka trzeba inaczej podejść, czasem łagodniej wytłumaczyć, czasem powiedzieć ostrzej.

Najważniejsze, by nawiązać porozumienie, bo chodzi tu nie tylko o leczenie, ale także o całość opieki nad dzieckiem. Jako dydaktyk staram się tłumaczyć studentom, że pediatra powinien mieć dwa razy więcej czasu niż koledzy innych specjalności na nawiązanie relacji z małym pacjentem i jego opiekunami. To przynosi efekty.

A co z rodzicami?

Rodzice, wybierając lekarza dla swojego dziecka, oczekują od niego pomocy. Nie mogą więc od razu wszystkiego negować. Rodziców można podzielić na trzy grupy, przy czym wyznacznikiem nie jest poziom wykształcenia. W pierwszej są kulturalne osoby, które wiedzą, po co przyszły do lekarza, zadają konkretne pytania, z zaufaniem oczekują odpowiedzi. Z nimi najlepiej się współpracuje. Druga grupa to dorośli, którzy wchodzą z nami w dyskusję, gdyż coś wyczytali w internecie. Ostatecznie jednak dadzą się przekonać. Trzecia grupa, najmniejsza, ale sprawiająca największy kłopot - nie nam, lecz swoim dzieciom - to ci, którzy z gruntu wszystko negują.

Wszystko, czyli co?

Konieczność szczepień, diety, leczenie antybiotykami. Opierają się o opinie wynalezione na forach dyskusyjnych. Często po takich spotkaniach wchodzę na te fora i gdy czytam objawione na nich „prawdy”, to włosy mi dęba stają.
Zdarza się, że owe „prawdy” formułowane są także przez lekarzy.
Niestety, jako konsultant - aczkolwiek bardzo rzadko - muszę pouczyć niektórych lekarzy. Od tego mamy także nasze organa kontrolne, sporadycznie zdarzają się przypadki zawieszenia prawa wykonywania zawodu.

Jak trafić do rodziców negujących aktualną wiedzę medyczną?

Zauważyłam, że gdy ich pytam, czy dziecko było szczepione, zmieniają się na twarzy. Nie należy natychmiast wchodzić w gwałtowne starcie, trzeba umieć na jakiś czas odpuścić, ale potem, niezależnie od wszystkiego, wrócić do tematu. W takiej sytuacji mówię, że mam zupełnie inne zdanie i warto byłoby przedyskutować kwestię szczepień z doświadczonym lekarzem. Podaję wizytówkę, dodając, że jestem w każdej chwili do ich dyspozycji.

Tak spokojnie?

Możemy burzyć się w środku, ale trzeba zrobić wszystko, by dotrzeć do drugiego człowieka. Jako pediatra z 47-letnim stażem pracy widzę, że dziś jest o wiele trudniej niż nawet przed dekadą. I nie chodzi tu tylko o rodziców, ale także o ukochane babcie, przychodzące z tłustym wnukiem i tłumaczące, że to niejadek. Z drugiej jednak strony jesteśmy, jako lekarze, narażeni na bezpodstawne oskarżenia. Po godzinnej audycji w Radiu Gdańsk poświęconej szczepieniom spotkałam się z zarzutami, że namawiam do nich, bo jestem opłacana przez koncerny farmaceutyczne. To oczywista bzdura, w dodatku do natychmiastowego zweryfikowania. Znam firmy szczepionkowe, złotówki od nich nigdy nie brałam. Nie muszę się tłumaczyć, chociaż to przykre... Mimo wszystko nie można jednak obrażać się - trzeba rozmawiać.

Co, jeśli nie uda się porozumieć?

Zdarza się, nawet często, że takie sprawy kończą się skargami u rzecznika praw dziecka albo nawet w sądzie, zwłaszcza gdy dochodzi do najbardziej dramatycznej sytuacji - śmierci dziecka. Kiedy przeglądam tego typu dokumentację, zawsze zastanawiam się, w jakim momencie rozeszły się drogi rodziców i lekarzy. I widzę, że mamy stanowczo za mało czasu na rozmowy z ludźmi. Z drugiej strony my, jako lekarze, widząc krzywdę robioną dziecku, też zgłaszamy sprawy do sądów. Widziałam wiele drastycznych przypadków. Nie chodzi tu wyłącznie o krzywdę fizyczną, ale też zaniedbanie, porzucenie. Mam na oddziale ciężko chore dzieci, które, odbiegając od wcześniejszych wyobrażeń, nie odpowiadają rodzicom. I nie można ich ukarać, bo to ich decyzja... To nasza zmora.

A jak rozwiązywany jest problem unikania szczepień?

W krajach europejskich wprowadzono różne restrykcje wobec rodziców nieszczepiących dzieci, a same dzieci są izolowane od rówieśników w przedszkolach i szkołach. W Polsce takie sprawy także mogą znaleźć się w sądzie, ale działania administracyjne tak naprawdę niewiele dają.

Dlaczego prawo jest bezradne?

Rodzice zmieniają adresy, przynoszą zaświadczenia, że dziecko było chore... Ściągalność kar finansowych jest niewielka. Dlatego trzeba szukać innych sposobów dotarcia do tych rodzin. Sprawić, by znalazły motywację do zaszczepienia dziecka. Inny problem to brak poradni szczepieniowych, likwidowanych w wielu miejscach w kraju. W Gdańsku, który ze względu na liczbę nieszczepionych dzieci do niedawna był liderem w Polsce, brakuje miejsca, gdzie może przyjść zaniepokojona matka, by porozmawiać ze specjalistą, który doradzi najlepsze dla dziecka rozwiązanie.

Oczywiście, może zrobić to pediatra, ale czy ma na to czas, gdy w poczekalni czeka tłum chorych dzieci? Ponad 400 specjalistów z całej Polski będzie dyskutować m.in. na ten temat w listopadzie w Gdańsku. Nie spotykamy się po to, by stwierdzić, że jest źle. Wiemy, że jest, ale w ślad za diagnozą musi iść leczenie. Polskie Towarzystwo Wakcynolo-gii powierzyło mi organizację wielkiej konferencji na temat szczepień, która odbędzie się w Europejskim Centrum Solidarności pod hasłem „Solidarni ze zdrowiem przez szczepienia”. To symboliczne hasło, w tej kwestii akurat potrzebujemy wsparcia wszystkich - nie tylko lekarzy, ale także żłobków, szkół, autorytetów, polityków.

No właśnie, polityków... Wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki, komentując sprawę niedopuszczenia do szczepień dziecka z Białogardu, stwierdził: „Intuicja mi podpowiada, że ci rodzice mogą mieć wiele racji”. Może zaprosić na konferencję w Gdańsku pana wiceministra?

Gotowa jestem zaprosić wszystkich decydentów, którzy mogą nam pomóc w procesie oświatowym dla rodziców. Włącznie z panem Patrykiem Jakim, który nie powinien wypowiadać takich słów na forum publicznym.


Czytaj także:

"Coraz częściej rodzice bardziej wierzą w internet"

Źródło: TVN 24