Albania - kraj za górami

    Albania - kraj za górami

    Marzena Kądziela

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Fragment twierdzy w Szkodrze.

    Fragment twierdzy w Szkodrze. ©M. Kądziela

    Malownicze twierdze, górskie krajobrazy, zabytki sakralne, ale także przerwy w dostawie prądu czy nieco wyboiste drogi oferuje Albania.
    Fragment twierdzy w Szkodrze.

    Fragment twierdzy w Szkodrze. ©M. Kądziela

    23 zdjęcia
    Przejdź do galerii

    Galeria dostępna tylko dla abonentów Echa Dnia Podkarpackiego

    Albania - kraj za górami

    Albania - kraj za górami

    Link do głównego zdjęcia

    Albania - kraj za górami
    ©M. Kądziela


    To jeden z najmniej znanych europejskich krajów, przez wiele lat oddzielony od świata żelazną kurtyną.

    O Albanii wiedziałam tyle, że jest jednym z najbiedniejszych krajów Europy, w którym chmary dzieciaków żebrzą na ulicach, a drogi są bardzo kiepskie i trudno nimi gdziekolwiek dotrzeć. Mimo iż słyszałam o napadach z bronią w ręku, o kradzieżach i innych niebezpieczeństwach, postanowiłam wraz z grupą przyjaciół pojechać na Bałkany. Podróż dostarczyła mi nie tylko wspaniałych doznań estetycznych, ale także obaliła wiele mitów, jakie powtarzane są u nas na temat tego górzystego,
    bałkańskiego kraju.

    Śmieciowe dywany

    Z okna hotelu w okolicy Pogradecu Jezioro Ochrydzkie, zwane też Pogradeckim, wygląda bajecznie. Jego granatowa tafla doskonale kontrastuje z otaczającymi akwen jasnymi górami. Szeroka piaszczysta plaża, kolorowe łódki, zjeżdżalnie, małe kafejki jeszcze dodają temu wypoczynkowemu miejscu uroku. Pomyślałam, że warto by zostać tu dłużej i wybrałam się na spacer. Może niepotrzebnie, bo wakacyjny czar szybko prysł. Sterty śmieci na plaży, tysiące plastikowych butelek i toreb tworzyły nieprzyjemny dywan. Gdy dotarło do mnie, że do niby krystalicznie czystego jeziora docierają ścieki z miasta i nadbrzeżnych hoteli, odechciało mi się zanurzania stóp w chłodnej wodzie.

    W pobliżu trzeciego co do wielkości miasta Albanii - Durres znajdują się przepiękne plaże. Są piaszczyste, szerokie, z łatwym dostępem do wody. Gdy tylko wysiadłam z autobusu, natychmiast pobiegłam nad wodę. Już miałam ściągać sandały, by choć na chwile poczuć relaksujące muskanie morskich fal, gdy na piasku ujrzałam sterty śmieci, miliony resztek papierosów i wszelkich innych odpadków. Później dowiedziałam się, że tak jak do jeziora, tak i do morza trafiają wszelkie hotelowe nieczystości. No i jak się tu kąpać? Opinia o śmieciach okazała się prawdziwa.


    Zabytkowy zespół klasztorny w Apolonii.
    (fot. M. Kądziela)

    Trzeba mieć nadzieję

    Dionizy, starszy Albańczyk, który studiował w Polsce na przełomie lat 50. i 60. XX wieku, potwierdza moje nieprzyjemne odczucia. - Nasz rząd bardzo powoli wprowadza zasady ochrony środowiska, stąd bezkarnie można wprowadzać ścieki do rzek, jezior i morza - mówi ze smutkiem. - A o śmieciach nie trzeba nawet mówić. Widać je wszędzie.

    Podobno odpady przywożą tu także na promach Włosi. Podobno też wiele magazynów zalegają stare i bardzo niebezpieczne środki ochrony roślin. Cóż, trzeba mieć tylko nadzieję, że Albańczycy z pomocą Unii Europejskiej zaczną rozwiązywać swój wielki śmieciowy problem. Szkoda by było, by piękne plaże czy górskie polany znikły pod stertą niepotrzebnego plastiku.

    Nie takie drogi straszne...

    Zdaniem Dionizego, rząd kraju, który jeszcze 20 lat temu był odizolowany od innych państw, dopiero uczy się demokracji i inwestowania pieniędzy. Pieniędzy tych jest zresztą bardzo niewiele, bowiem gospodarka dopiero budzi się do życia, a eksport warzyw, owoców czy minerałów raczkuje. - Na pewno najwięcej pieniędzy przeznacza się obecnie na drogi - kontynuuje sympatyczny Albańczyk, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. - Jednak są one zbyt wąskie i za kilka lat, kiedy podwoi czy potroi się liczba samochodów, trzeba je będzie poszerzać.

    Fatalny stan dróg w Albanii, o czym można przeczytać w wielu relacjach z podróży, to już mit. Owszem, wąziutkie, kamieniste czy piaszczyste trakty spotyka się jeszcze wysoko w górach czy w pobliżu rzadko odwiedzanych miejscowości. Taką serpentynową "dróżką" jechaliśmy do Voskopoje, wioski położonej na wysokości około 1160 metrów, nad której zabytkami, między innymi klasztorem świętego Prokopa z pierwszej połowy XVII wieku, pieczę sprawują Francuzi. Do świątyń, których w czasach świetności w miejscowości było ponoć ponad 20, wchodzi się przez dziury w murach i płotach, a malowane także złotem freski zabezpieczone są jedynie drewnianymi rusztowaniami.

    Za kilka lat zapewne zabytki odzyskają swój blichtr, a rzadko odwiedzane Voskopoje stanie się obowiązkowym punktem wycieczek. Za kilka lat także sieć dobrych dróg może pokryć cały kraj. Zresztą zmiany następują bardzo szybko. A zauważył je kolega, który był w Albanii w maju tego roku. Twierdził on, że wielu dróg, którymi się poruszaliśmy, nie było jeszcze cztery miesiące temu.

    Domy z maskotkami

    Nie tylko drogi powstają w błyskawicznym tempie. Chyba jeszcze szybciej wznoszone są tu domy, często połączone z kafejkami, hotelikami czy małymi restauracjami. Chyba nigdzie dotąd nie widziałam tak wielu murowanych dosłownie co kilkaset metrów pięknych, obszernych, kolorowych budynków mieszkalnych. Budują je Albańczycy, którzy pracują we Włoszech, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych. - Albańczyk zarabia za granicą, ale inwestuje u siebie, stąd tak wiele nowych obiektów - tłumaczy towarzysz naszej podróży.

    Na wielu domach zauważam ni to maskotki, ni to strachy na wróble. Okazuje się, że tak jak u nas na zakończenie budowy na murze zatyka się wiechę, tak w Albanii przywiesza się pluszowego miśka czy kolorową kukłę. Ma to chronić domostwo przed nieszczęściem. Jeśli do miśka dołączy się jeszcze wianuszek z czosnku - wszelkie złe moce nie wtargną do wnętrza.

    Bez konserw i papieru

    Wielu Albańczyków przy swych domach otworzyło małe kafejki i restauracje. Wybierając się w podróż po kraju nieco mniejszym od województwa wielkopolskiego, nie potrzeba brać wałówki. Co krok spotkamy lokale z kawą, herbatą (owocową), piwem czy innymi napojami. Możemy zjeść pyszny chleb z mięsnymi pałeczkami, pizzę czy prosię pieczone na ruszcie. Ceny są porównywalne do naszych, a w wielu miejscach znacznie niższe. Tak więc konserwy mięsne i rybne zabrane przez niektórych kolegów okazały się zupełnie niepotrzebnym balastem.

    Niepotrzebny okazał się też papier toaletowy, który każdy z nas zabrał na wycieczkę. Produkt ten, według informacji, miał być niedostępny w hotelach i restauracjach. Owszem, w bardzo podłych toaletach przy targowiskach czy innych dużych ludzkich skupiskach papieru nie było, ale w innych tego towaru nie brakowało.

    Brakuje prądu

    Zupełnie niepotrzebne okazały się też latarki. Przed wyjazdem wielokrotnie czytałam o przerwach w dostawie prądu. Te przerwy okazały się prawdą, ale nie dla hoteli, które w większości mają własne agregaty prądotwórcze. - Brak energii to nasza zmora - przyznaje Dionizy. - Tegoroczne susze spowodowały, że rzeki nie były w stanie zasilać naszych hydroelektrowni. Prąd kupowaliśmy w Macedonii. A ponieważ linie są przestarzałe, łatwo ulegają awariom. Dlatego energia elektryczna jest limitowana. Czasami brakuje jej przez całą dobę. Musimy być przygotowani na to, że nie napijemy się swej małej czarnej w ulubionym barze, bo bar ten nie ma własnego prądu. Jednak większość hoteli i droższe restauracje agregaty posiadają.

    Zabytków nie brakuje

    Niektórzy, słysząc o moim urlopie w Albanii, stukali się w czoło, twierdząc, że kraj ten nie ma do zaoferowania niczego oprócz biedy. Jakże się mylili. Na wielu wzgórzach dostojnie rozłożyły się romantyczne twierdze, strzegące mieszkańców osad przed najazdem Turków i innych wrogów. Do najpiękniejszych zaliczam twierdzę w Berat. W jej świetnie zachowanych murach tętni życie - w starych domach nadal mieszkają ludzie, funkcjonują kafejki, sklepy, łaźnie i świątynie.

    Świątynie to odrębny albański temat. Komunistyczny dyktator Enver Hodża ogłosił w 1967 roku Albanię krajem ateistycznym. Zamknął ponad dwa tysiące świątyń prawosławnych, katolickich, muzułmańskich, żydowskich. Budowle zamienił na magazyny, hale targowe, kina, domy kultury, duchownych uwięził lub skierował do obozów pracy. Od 1990 roku znowu można wyznawać religię. Związki wyznaniowe odzyskały świątynie, z których większość już odbudowano i odrestaurowano. Można wchodzić i do synagog i do meczetów i do kościołów chrześcijańskich. Trzeba oczywiście pamiętać o odpowiednim stroju i w przypadku meczetów zdjęciu obuwia.

    Według przewodników turystycznych większość wyznaniową stanowią w Albanii muzułmanie. Nie zgadza się z tym nasz albański kolega, który twierdzi, że muzułmanie stanowią połowę ludności, drugą połowę zaś tworzą chrześcijanie, głównie prawosławni. Przekonuje również o tym, że albański islam jest tolerancyjny, a jego wyznawcy nie przestrzegają tak bardzo, jak wierni w innych krajach muzułmańskich, jego zasad. Można się o tym przekonać, patrząc na kobiety ubrane zupełnie po europejsku (często dość skąpo) czy mężczyzn popijających piwo lub raki w knajpkach.

    Jedno-, dwu-, pięcioosobowe...

    Nie wiem, czy jest na świecie kraj, w którym co krok można natknąć się na... bunkry. Gdy kolega mówił o czymś jedno-, dwu-, pięcioosobowym, sądziłam, że opowiada historyjkę o jakimś hotelu. Tymczasem nasz znawca Albanii zapowiadał, że na terenie całego kraju rozsiane są betonowe bunkry, które, zdaniem pomysłodawcy, czyli Envera Hodży, miały w latach 60. chronić Albańczyków przed imperialistami. Tych budowli wzniesiono ponoć blisko 800 tysięcy, a na ich budowę rząd przeznaczał 60 procent dochodu narodowego.

    Dziś bunkry stają się atrakcją turystyczną. Są wszędzie: na miejskich osiedlach, przy wiejskich zagrodach, na polach, plażach, w lesie i przy drogach szybkiego ruchu. Niektóre zamieniono na magazyny, budynki gospodarcze, inne próbuje się niszczyć, co wcale nie jest łatwe. Bunkry stały się też natchnieniem dla wytwórców pamiątek. Kamienne bunkrowe popielniczki różnej wielkości w cenie 2-5 euro to najchętniej kupowana przez obcokrajowców pamiątka.

    Niebezpiecznie?

    Trudno mi sobie wyobrazić napady na turystów, do których podobno dochodziło wielokrotnie. Słyszałam też o broni palnej, która znajduje się niemal w każdym domu. Nasz znajomy potwierdza, że po rozruchach, spowodowanych upadkiem piramidy finansowej, czyli utratą wszelkich finansów większości Albańczyków w 1997 roku, mężczyźni rozbroili armię i policję i sami próbowali walczyć o sprawiedliwość. Łupiono sklepy, firmy, urzędy. Sytuację opanowano, a w 2002 roku odbyło się ogólnonarodowe oddawanie broni. Wiadomo jednak, że część arsenału pozostała nadal w prywatnych rękach...

    Ja nie spotkałam się z żadnym przejawem agresji czy nawet niechęci. Wręcz przeciwnie, Albańczycy serdecznie się do mnie uśmiechali, służyli pomocą, częstowali smakołykami i swą winogronową raki. Nie spotkałam też żebrzących dzieciaków. Prezenty, które dla nich wiozłam - cukierki, czekoladki, batoniki - rozdałam moim dorosłym polskim przyjaciołom.

    Komentarze (4)

    Wszystkie komentarze (4) forum.echodnia.eu