Wietnam: Podróż po Delcie Mekongu (zdjęcia)

    Wietnam: Podróż po Delcie Mekongu (zdjęcia)

    Marzena Kądziela

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Delta Mekongu to kraina niepokojąco wręcz piękna.

    Delta Mekongu to kraina niepokojąco wręcz piękna. ©M. Kądziela

    Wnosimy bagaże na długą łódź, którą opuszczamy stolicę Kambodży - Phnom Penh. Naszym celem jest Wietnam, a właściwie jego część w delcie rzeki Mekong.
    Delta Mekongu to kraina niepokojąco wręcz piękna.

    Delta Mekongu to kraina niepokojąco wręcz piękna. ©M. Kądziela

    19 zdjęć
    Przejdź do galerii

    Galeria dostępna tylko dla abonentów Echa Dnia Podkarpackiego

    Podróz po Delcie Mekongu

    Podróż po Delcie Mekongu

    Link do głównego zdjęcia

    Podróz po Delcie Mekongu
    ©M. Kądziela


    Przed nami długa podróż w upale i wilgotnym do granic możliwości powietrzu.
    Po kilku godzinach docieramy do granicy Kambodży i Wietnamu w Sambor - Vinh Xuong, musimy więc zejść z łódki, by na brzegu dopełnić formalności. Czekając na zwrot paszportów kosztujemy pysznej i pożywnej wietnamskiej zupy podobnej do naszego rosołu, jednak o wiele bardziej aromatycznej. Po godzinie znów płyniemy po najdłuższej rzece Półwyspu Indochińskiego.

    Bogactwa Mekongu

    Mekong to czwarta pod względem długości rzeka Azji, dziewiąta na świecie.
    Jej długość to 4500 kilometrów. Źródła Mekongu znajdują się w Chinach w górach Tanga, z Chin płynie on przez Laos, Kambodżę do Wietnamu, gdzie dziewięcioma rozgałęzieniami trafia do Morza Południowochińskiego.
    Woda niesie niezwykle żyzny muł, który sprawia, iż w Delcie Megonu rolnicy zbierają ryż trzy razy w ciągu roku. Sama rzeka to także ogromne bogactwo, bowiem żyje w niej około 1200 gatunków ryb.

    Niektóre z nich, a także krewetki hoduje się na dużą skalę. W Mekongu spotyka się między innymi dorastającą na ponad dwa metry długości rybę pangaz. Trzy lata temu złowiono jej rekordowy okaz ważący 290 kilogramów. Rzeka to także dokonały szlak komunikacyjny dla podróżnych i transportu towarów.

    Pływające targowiska

    Mijamy wsie i miasteczka, w których życie toczy się przy rzece. Tu w domach na palach lub po prostu w łódkach mieszkają Wietnamczycy, tu handlują owocami, warzywami, pieczywem, prowadzą garkuchnie gotując na kuchence gazowej ustawionej w łodzi.

    Dostrzegam także rzeczne pływające stacje benzynowe. Domy mają własne mini ogródki, kwiaty w oknach. Ich konstrukcja dopasowania jest do zmieniającego się w zależności od pory roku poziomu wody. W porze deszczowej rzeka podnosi się nawet o kilkanaście metrów zakrywając wierzchołki drzew.

    Z wizytą u wietnamskiej rodziny

    Wieczorem, gdy zapada już ciemność, docieramy do wioski, w której mamy spędzić noc. Wędrujemy z bagażami przez gęstwinę roślin, po gliniastym, mokrym podłożu. Szczęśliwcy, którzy mają latarki, oświetlają sobie drogę, inni posiłkują się światłem z telefonów komórkowych. Wilgotność jest tak duża, że pot zalewa mi oczy, a włosy wyglądają tak, jakbym właśnie wyszła spod prysznica.

    Wreszcie zasiadamy na niewielkim podwórku gospodarzy. Z wdzięcznością przyjmuję butelkę wody mineralnej, którą wypijam błyskawicznie do dna. Odpoczywamy chwilę, po czym gospodarze prowadzą nas na miejsce noclegowe. Obejrzawszy je, śmiejemy się głośno. Wraz z mężem otrzymujemy coś w rodzaju drewnianego szerokiego stołu, na którym położono materac.
    Koło nas stoją podobne "łoża" oddzielone od siebie jedynie siatkami przeciwkomarowymi. Wielka sypialnia znajduje się na podwórku, a jedynym zabezpieczeniem od ewentualnego deszczu jest foliowy dach.

    Kolacja z wężową wódką

    Zostawiamy plecaki i udajemy się na kolację. Czeka na nas cała rodzina z dziadkami, rodzicami i pokaźną gromadką dzieci. Dzieciaki przymilają się do nas oczekując upominków. Dostają od nas kolorowe długopisy, cukierki, breloczki i inne drobnostki, które z radością pokazują sobie. Nie zapomnieliśmy też o dorosłych gospodarzach, którzy z uśmiechem przyjmują latarki, koszulki, czapeczki.

    Zapraszają nas na maty rozciągnięte na kamiennej posadzce podwórka. Podają pyszną zupę kurczakową i znakomitą rybę, częstują winem ryżowym i wódką wężową. Sam widok węża zatopionego w butelce napawa mnie wstrętem, ale niegrzecznie byłoby nie spróbować choćby łyka ognistego napoju. Smakuje tak samo obrzydliwie jak wygląda. Gospodarz śmieje się z mojej skwaszonej miny i nie namawia więcej do picia.

    Noc jak w głośnej saunie

    Pomału dzieciaki opuszczają nas, jutro muszą iść przecież do szkoły. My siedzimy z dorosłymi jeszcze długo śpiewając polskie i wietnamskie piosenki, opowiadając sobie, posługując się głównie gestami i mimiką, kawały.
    Wielogodzinna podróż łódką oraz perspektywa jutrzejszego rejsu sprawiają, że oczy kleją się do snu. Układamy się więc na naszych stołach i próbujemy zasnąć. W moim przypadku okazuje się to jednak niemożliwe. Gospodynie tłuką się naczyniami, które myją w wiaderkach ustawionych kilka metrów od naszej "sypialni" głośno przy tym rozmawiając i co chwilę wybuchając śmiechem.

    Psy szczekają, znad rzeki dochodzą głosy łódkowych silników. Nie to jest jednak najgorsze lecz wilgotność powietrza, która sprawia, że nasze ubrania są mokre jak po deszczu. Lepimy się do materacy, po których, mam wrażenie, chodzą jakieś drobne stworki. Swędzi mnie całe ciało, marzę o chłodnym prysznicu i klimatyzowanym pokoju. Do rana nie mogę zmrużyć oka.

    Gospodynie z werwą

    Z ulga przyjmuję widok pierwszych promieni słonecznych. Wstaję i udaje się do szopki, w której gospodarze urządzili prowizoryczny prysznic. Letnia woda przynosi chwilową ulgę mojemu ciału pokąsanemu przez mieszkańców materaca.
    Nie wiem, skąd u gospodyni tyle werwy. Myła przecież naczynia niemal do rana, sprzątała, a teraz już jest na nogach i wyprawia dzieciaki do szkoły.

    Ubrane w białe koszule i czerwone chusty na szyi wyglądają jak bohaterowie znanych mi radzieckich książek sprzed lat. Żegnają się z nami, wsiadają na łódkę i odpływają. Na podwórku pozostaje gromadka młodszych dzieciaków, pojawiają się także nestorzy rodu. Zasiadamy na matach i pijemy herbatę, kawę, jemy omlety i ryżową zupę.

    Wieczory bez prądu

    Po śniadaniu zaglądam do kuchni, która, tak ja sypialnia, znajduje się na podwórku. Jej ściany tworzą bananowce i inne drzewa i krzewy, a dach niebieska folia. Paleniska to kamienne donice, na których ustawiono żeliwne garczki i czajnik. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to niezbyt przyjemne pomieszczenie, gdy zaczynam przyglądać się szczegółom, dochodzą do wniosku, że panuje tu porządek. Naczynia umieszczone są w koszach, durszlaki i sita wiszą na hakach, sztućce i pałeczki poukładane są w pudełkach.

    Oglądam inne pomieszczenia domostwa. Sypialnia rodziców to niewielki pokój, gdzie materace leżą na podłodze. Na dzień zwija się je i ustawia pod ścianą ozdobioną mnóstwem fotosów wyciętych z gazet. To zapewne gwiazdy telewizji czy sportu. W kącie stoi stary telewizor, który chyba nie jest zbyt często oglądany. Gospodarze są bowiem niezwykle zajęci swymi codziennymi obowiązkami: połowem ryb, uprawą niewielkiego poletek, opieką nad gromadką dzieci. Poza tym prąd jest tworzony z agregatu zasilanego paliwem.

    Jak mówi gospodarz, często brakuje pieniędzy na ropę, więc rodzina układa się do snu zaraz po zapadnięciu zmroku.

    Żegnamy wietnamskich przyjaciół i ponownie wsiadamy do łodzi. Lekki przewiew, kołysanie i nieprzespana noc powodują, że szybko zapadam w drzemkę. Regeneruję swe siły przed kolejnym etapem azjatyckiej podróży.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.