Luang Prabang - miasto mnichów i świątyń

    Luang Prabang - miasto mnichów i świątyń

    Marzena Kądziela

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Miasto położone jest w dolinie otoczonej górami.

    Miasto położone jest w dolinie otoczonej górami. ©M. Kądziela

    Trzeba wstać o godzinie 5, by zobaczyć procesję mnichów buddyjskich zbierających pożywienie.
    Miasto położone jest w dolinie otoczonej górami.

    Miasto położone jest w dolinie otoczonej górami. ©M. Kądziela

    Nie żałujemy snu, bo Luang Prabang, dawna stolica Laosu, i jej okolice czekają na nasze odkrywanie.

    Mały laotański samolot z kolorowym kwiatem wymalowanym na ogonie zgrabnie ląduje na niewielkim lotnisku. Od razu podoba mi się to miejsce, bo na horyzoncie widoczne są góry pokryte gęstą, bujną zielenią, a niebo ma kolor soczystego błękitu. Podoba mi się także spokój panujący na drodze. Przyleciałam do Laosu ze stolicy Wietnamu - Hanoi, niezwykle zatłoczonego, hałaśliwego, pełnego spalin miasta.
    Nic więc dziwnego, że prawie pusta droga z lotniska do hotelu nastraja mnie bardzo pozytywnie. Laos jest jednym z najbiedniejszych państw w tej części Azji, stąd głównymi pojazdami spotykanymi na drogach są rowery, skutery, riksze, a nie ziejące spalinami auta.

    Mnisi w pomarańczowych szatach

    Jestem w Luang Prabang, dawnej stolicy Laosu, mieście wpisanym w 1995 roku na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego UNESCO. Nie ma tu żadnych wieżowców, jedynie niewysokie kamienice z okresu kolonialnego, tradycyjne laotańskie drewniane domy i mnóstwo buddyjskich świątyń. Obecnie w tym dwudziestokilkutysięcznym mieście funkcjonuje ponad 30 świątyń. W każdej z nich mieszkają mnisi, których można natychmiast zauważyć dzięki ich pomarańczowym szatom. Jak opowiada przewodnik, w Laosie każdy mężczyzna wchodzący w dorosłość trafia do klasztoru, w którym przebywa od kilku miesięcy do kilku lat. Niektórym stan mnisi tak się podoba, że pozostają w nim do końca życia.

    Większości młodych mężczyzn wystarcza jednak kilkumiesięczna kontemplacja, praca na rzecz buddyjskich świątyń, modlitwa. Wielu z nich czas spędzony w klasztorze przeznacza także na naukę języka angielskiego, by po zrzuceniu mnisich szat rozpocząć pracę w turystycznym biznesie.

    Wielką atrakcją turystyczną Luang Prabang stało się poranne obdarowywanie mnichów jadłem. O świcie mężczyźni w pomarańczowych szatach wychodzą z klasztorów i idą gęsiego przez główną ulicę niosąc ze sobą koszyczki lub płócienne torby. Do nich trafia ryż i inne jadło przygotowywane codziennie przez mieszkańców Luang Prabang. Kobiety klęczą wzdłuż chodników, zgodnie bowiem z tradycją nie mogą stać wyżej od mnichów.

    Wspinaczka z pięknym widokiem

    Po południu udajemy się na wzgórze Phu Si. Wspinamy się po 360 stopniach, co przy upale i ogromnej wilgotności powietrza staje się prawdziwym wyczynem. Po drodze natykamy się na wiele posągów Buddy - Budda Proszący o Deszcz, Błogosławiący, Kontemplujący, Nauczający. Można je odróżnić po sposobie siedzenia postaci i złożenia rąk.

    Z ogromną zadyszką trafiamy wreszcie na szczyt. Teraz wiem, że warto było dreptać po schodach. Widok, jaki mamy z każdej strony, jest oszałamiający. Dopiero on uzmysławia nam, jak pięknie położone jest Luang Prabang. Miasto leży na półwyspie stworzonym przez łączące się tu rzeki Mekong i Nam Khan, w dolinie otoczonej górami. Z puszystego dywanu zieleni wyłaniają się spadziste dachy świątyń, stupy - budowle sakralne w kształcie dzwonów ze strzelistymi iglicami. Przewodnik wskazuje także w oddali jedyny żeński klasztor w Luang Prabang ze złotą kopułą. Zachód słońca obserwowany ze wzgórza należy do najpiękniejszych, jakie widziałam.

    Szklanka piwa po zakupach

    Po naturalnym spektaklu schodzimy ze wzgórza na ulicę, która w czasie naszej wędrówki została zamknięta dla ruchu kołowego i na wieczór przemieniona w ogromne targowisko. Można tu kupić tkane ręcznie gobeliny, jedwabne szale, płócienne szaty, torby, drewniane instrumenty, biżuterię. Ceny są bardzo przystępne, co powoduje, że niektóre koleżanki wychodzą z targowej uliczki obładowane pękatymi torbami.

    Po takich wrażeniach czas na kolację, podczas której kosztujemy laotańskich przysmaków: gęstej potrawki z warzyw z dodatkiem chilli i suszonej bawolej skóry, zupy o gorzkosłodkim smaku z kurczakiem, ryb z miejscowych rzek z suszonymi wodorostami i mnóstwem aromatycznych przypraw.

    Grzechem byłoby nie napić się słynnego na całym świecie lao beer. Piwo laotańskie cieszy się powodzeniem zupełnie słusznie, jest bowiem łagodne i doskonałe w smaku. Chętnie kupowanymi przez turystów pamiątkami są koszulki z piwnym logo.

    Targowy szlak do pałacu

    Rankiem wędrujemy przez spożywczy targ. To dopiero uczta dla oczu! Bajecznie kolorowe owoce i warzywa przyprawiają o zawrót głowy. Zapachy upieczonych na ruszcie ryb i kurczaków rozłożonych na bananowych liściach rozchodzą się wszędzie. W wielkich misach sprzedawcy oferują ryż i różne rodzaje makaronów, dalej surowe ryby i mięso.

    Przeciskamy się przez tłum zakupowiczów, by trafić do Pałacu Królewskiego, w którym obecnie znajduje się muzeum historyczne. Pałac zbudowano na początku XX wieku dla króla Sisavangvonga. Po śmierci króla na tronie zasiadł jego syn Savang Vattana, którego komuniści podczas rewolucji w 1975 roku skierowali wraz z rodziną do obozu "reedukacyjnego". Potem nikt już o królewskiej rodzinie nie słyszał. Najprawdopodobniej wszyscy jej członkowie zginęli w niewoli.

    Obecnie w pałacu można oglądać nie tylko pokoje i ich wyposażenie, ale także różne przedmioty kultu religijnego, unikatowe posągi Buddy, ze złotym posągiem stojącego Buddy Pha Bang. Jest też sala bardziej współczesna, w której zgromadzono dary dla komunistycznego rządu od bratnich narodów, między innymi Polski. W gablocie znajduje się niewielka figurka warszawskiej Syrenki oraz replika szczerbca. Przed wejściem do Pałacu Królewskiego trzeba zdjąć buty. Należy też pamiętać o stroju zasłaniającym kolana i ramiona. Skromny ubiór oraz zdejmowanie obuwia obowiązują także w buddyjskich świątyniach.

    Wat Xieng Hong to najwspanialsza świątynia w mieście, zbudowana w połowie XVI wieku, z przepiękną mozaiką przedstawiającą drzewo życia. W świątynnym kompleksie znajduje się także kaplica pogrzebowa z 12-metrowej wielkości karawanem wraz z urnami, w których są umieszczone prochy królewskiej rodziny.
    Stupa Lotosu to kamienna budowla znajdująca się przy innej świątyni - Wat Wisunalat. Tu zgromadzono zbiór drewnianych posągów Buddy modlącego się o deszcz. Tu rośnie też drzewo rodzące ogromne owoce - duriany. Owoce uważane są w tej części świata za ogromny przysmak. I faktycznie są bardzo dobre, mają jednak ogromny feler: zapach, który dla nas, Europejczyków, jest nie do zniesienia. Zresztą o tym, że woń owocu jest przykra, świadczą tabliczki umieszczane w wielu hotelach i na azjatyckich lotniskach, zakazujące wnoszenia do obiektów durianów.

    Rejs po Mekongu

    Płyniemy długą, wąską łodzią na rejs po Mekongu. Wzdłuż rzeki ulokowały się wioski z domami na palach. W porze deszczowej poziom rzeki podnosi się o 10-12 metrów, zrozumiała jest więc konstrukcja budowlana. W jeden z wiosek, Ban Xangtlai, znanej bardziej jako "Wioska Whisky" podpatrujemy, jak miejscowi pędzą ryżowy bimber zwany lao-lao. W innej mieszkańcy oferują słomiane kapelusze, tkane ręcznie tkaniny i biżuterię wykonaną z tego, co rodzi dżungla.

    Naszym celem są jaskinie Pak Ou. Wysiadamy na brzegu i wspinamy się po schodach do naturalnej groty, w której zgromadzono kilka tysięcy posągów Buddy. Dlaczego aż tyle? W czasach głębokiego komunizmu tu przynoszono posągi, by uchronić je przed zniszczeniem. Teraz jaskinie są bardziej magazynem figur, które nie mieszczą się już w świątyniach Luang Prabang i innych miejscowości.

    Orzeźwiająca kąpiel

    Okolice dawnej stolicy Laosu mają wiele naturalnych skarbów. Jednym z nich są wodospady Kouang Si. Już sama wędrówka drogą w dżungli pełnej kwitnących drzew i krzewów jest ogromną przyjemnością. Gdy w pewnym momencie zza drzew ukazuje się strumień wody spadający z góry, przyjemność jest jeszcze większa.

    Wodospady opadają kaskadowo do turkusowo-błękitnych jeziorek zachęcających do kąpieli. Tej kąpieli jednak mogą zażywać tylko osoby, które dobrze pływają. Okazuje się bowiem, że dno jest pełne niespodzianek - zapadlin, głębin i wystających skał. Temperatura wody jest dość niska, co może nieco dziwić, zważywszy na fakt bardzo gorącego powietrza.

    Komentarze (3)

    Wszystkie komentarze (3) forum.echodnia.eu

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Ocena prezydentów, burmistrzów, wójtów. GŁOSOWANIE ZAKOŃCZONE

    Ocena prezydentów, burmistrzów, wójtów. GŁOSOWANIE ZAKOŃCZONE

    Szukasz taniego mieszkania na Podkarpaciu? Sprawdź najlepsze oferty

    Szukasz taniego mieszkania na Podkarpaciu? Sprawdź najlepsze oferty

    Oceń swojego radnego. Zagłosuj

    Oceń swojego radnego. Zagłosuj

    Nie przegap szansy wygrania pieniędzy i mieszkania z Echem Dnia!

    Nie przegap szansy wygrania pieniędzy i mieszkania z Echem Dnia!