Stu na bruk?

    /AD/

    Echo Dnia Podkarpackie

    Echo Dnia Podkarpackie

    Ludzie nie mogą się pogodzić z myślą, że tartak trzeba będzie zamknąć.

    Ludzie nie mogą się pogodzić z myślą, że tartak trzeba będzie zamknąć. ©A. Dziekan

    Ludzie nie mogą się pogodzić z myślą, że tartak trzeba będzie zamknąć.

    Ludzie nie mogą się pogodzić z myślą, że tartak trzeba będzie zamknąć. ©A. Dziekan

    Leszek Bryk, kierownik tartaku "Polsiena": - Hiszpanie dużo inwestowali w firmę. Powstało 14 nowych suszarni, ogromne hale. Gdyby nie te problemy, w tartaku mogłoby pracować 150 osób, bo takie były plany. A. Dziekan

    Leszek Bryk, kierownik tartaku "Polsiena": - Hiszpanie dużo inwestowali w firmę. Powstało 14 nowych suszarni, ogromne hale. Gdyby nie te problemy, w tartaku mogłoby pracować 150 osób, bo takie były plany.
    (fot. A. Dziekan)

    - Weźmie ziemię. Zamknie zakład. Prawie sto rodzin zostanie bez środków do życia! - przeklinają los robotnicy z tartaku "Polsiena" w Czajkowej koło Mielca.
    Firma zatrudniająca 96 ludzi należy do Hiszpanów. Ale ziemia, na której stoi, ma innego właściciela, Polaka. Polak nie chce firmy na swoim terenie. Żąda eksmisji. Ma już w ręku nawet wyrok sądowy, który nakazuje usunięcie tartaku. - To nie jest kwestia być albo nie być dla tartaku. Firma może przenieść się gdzie indziej - twierdzi prawnik właściciela Andrzej Maciąg.

    Robotnicy są rozwścieczeni. Firmie dobrze szło. Rozwijała się: nowe hale, suszarnie, coraz więcej zatrudnionych. - Wszystko pójdzie na marne - pomstują.

    Hiszpanów do Czajkowej sprowadził właśnie ten człowiek, który teraz domaga się ziemi. Wtedy jeszcze żył z nimi w dobrej komitywie. Został dyrektorem powstającego tartaku. Andrzej Rup, pracownik "Polsieny", który jest w niej od początku, opowiada, że do 2000 roku wszystko szło dobrze. Ale w lipcu właśnie tego roku dyrektor wziął dwutygodniowy urlop, z którego już nie wrócił. Odnalazł się w Stanach Zjednoczonych. - Jak przyjechał hiszpański księgowy, wyszło, że firma miała chyba kilkaset tysięcy strat. Dwa lata dyrektor nie płacił pracownikom składek na ZUS - dopowiada Andrzej Rup.

    Hiszpanie zawiadomili organa ścigania. Podejrzewali, że były dyrektor świadomie naraził firmę na ogromne straty. Sprawa związana z jego nadużyciami toczy się obecnie w Prokuraturze Okręgowej w Tarnobrzegu.

    Wtedy, jak relacjonują robotnicy, właściciel podał tartak do sądu za to, że nie oddaje mu ziemi, na której stoi, a która przecież prawnie należy do niego. - Firma dzierżawiła teren, ale nie płaciła za niego. Właściciel wypowiedział umowę dzierżawy - tłumaczy Andrzej Maciąg.

    Kierownik tartaku Leszek Bryk twierdzi jednak, że sprawa z prawem do ziemi pod tartakiem nie jest do końca jasna. Hiszpanie zakładali tartak, kiedy jeszcze cudzoziemcy nie mogli nabywać ziemi w Polsce. Pożyczyli więc swojemu polskiemu wspólnikowi pieniądze na zakupienie terenu. Ziemia, zgodnie z ustaleniami, miała "stać" na firmę. On jednak, jak wyjaśnia kierownik, tak pokierował transakcją, że ziemia jest na niego.

    - Mój klient zaprzecza, jakoby dostał pieniądze na nieruchomość. Ta sprawa z pieniędzmi pojawiła się bardzo późno. Wtedy, gdy został wydany wyrok o eksmisję - oponuje Andrzej Maciąg.

    Były dyrektor oddał sprawę swojej własności do Sądu Rejonowego w Mielcu. Na początku 2003 roku sąd przychylił się do skargi właściciela. Postanowił, że wydanie nieruchomości ma nastąpić w ciągu sześciu miesięcy od dnia uprawomocnienia się wyroku. - Ten termin minął w listopadzie 2003 roku. Ale wykonanie wyroku zostało przedłużone, żeby dać czas firmie na przeniesienie się - dopowiada prawnik byłego dyrektora. Przekonuje, że jego klient wcale nie chce działać przeciw zakładowi. Twierdzi, że proponował on nawet firmie wykup terenu.

    Robotnicy z przerażeniem czekają na kolejną wizytę komornika. Był już w maju. Kazał się wynosić firmie z biurowca i dwóch pomieszczeń. Teraz biura są w dawnej zakładowej szatni. Mówią, że ma przyjść znowu 13 lipca. Wtedy pewnie zakład zostanie zamknięty.

    Adwokat "Polsieny" Bogdan Matłok zaprzecza, jakoby eksmisja została wyznaczona na ten dzień. - Termin działań komorniczych zależy od właściciela ziemi. Może przyjść w każdej chwili. A komornik wykonał do tej pory tylko część postępowania egzekucyjnego, bo za tyle zapłacił mu wierzyciel - mówi.

    Bogdan Matłok zapewnia, że jest szansa na przeciwstawienie się całkowitej eksmisji. Swoje nadzieje wiąże z faktem, iż postępowanie w tarnobrzeskiej prokuraturze nabiera tempa i być może wkrótce organa ścigania wyślą za właścicielem ziemi list gończy do Ameryki. Jest podejrzany o nadużycia w firmie. I to może zatrzymać procedurę egzekucyjną.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo