Rekonstrukcja bitwy pod Grunwaldem to jedno z największych...

    Rekonstrukcja bitwy pod Grunwaldem to jedno z największych tego typu przedsięwzięć w Europie.

    Jarosław PANEK

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Grunwald. 17 lipca. Już od rana z nieba leje się żar. Naprzeciw siebie wojska dwóch państw. Król Jagiełło zwleka z rozpoczęciem bitwy. Krzyżacy naciskają, bo stoją w słońcu i jest im coraz bardziej gorąco. Wreszcie wysyłają posłańców z dwoma mieczami. Już nie ma nadziei na pokój. Rozpoczyna się jedna z największych bitew średniowiecza. Tyle że rozpoczyna się w... 2004 roku. To rekonstrukcja wydarzeń sprzed 594 lat i dwóch dni. Rekonstrukcja imponująca, z dwoma tysiącami rycerzy w roli głównej!

    Już od sobotniego poranka pod Grunwald niedaleko Olsztyna sunie "rzeka" samochodów. Dwie drogi dojazdowe kompletnie zakorkowane. Mnóstwo Polaków, ale też turystów z zagranicy chce obejrzeć jedną z największych w Europie rekonstrukcji średniowiecznej bitwy. Bitwy dla Polaków niezwykle ważnej, choć historycy do dziś toczą spór, czy aby na pewno Władysław Jagiełło zdołał "przekuć" sukces na polu walki w późniejszy sukces dyplomatyczny. Ale w sobotę, 17 lipca 2004 roku widzów zgromadzonych na polach Grunwaldu, ten spór nie interesuje. Przyjechali zobaczyć bitwę. Przyjechali zobaczyć, jak król Polski przegrupowywał swoje chorągwie, jakich używał sztuczek, aby zaskoczyć wroga, jak bardzo blisko zwycięstwa byli Krzyżacy, którzy dopiero niemal w ostatniej chwili zaczęli przegrywać. To się ogląda, jak prawdziwy thriller i ci, którzy odwiedzają Grunwald, dobrze o tym wiedzą.

    Ostatnie przygotowania

    Dokładnie 594 lata i dwa dni po historycznym zwycięstwie Polaków i Litwinów jest tak samo gorąco, jak wtedy, gdy prawdziwe wojska krzyżackie starły się z prawdziwymi wojskami polsko-litewskimi. Tylko że wtedy nie było widzów, a teraz na stokach zbocza zasiadało ich około... 60 tysięcy. Średniej wielkości miasto. "Morze" głów. Niezmierzony tłum. Słychać chrzęst zbroi. Publiczność jeszcze na dobre się nie posadowiła. Z głośników dochodzą polskie i niemieckie pieśni średniowieczne, zagrzewające rycerzy do walki. "Mamo, mamo, patrz jaki Krzyżak!" - woła zachwycony kilkulatek, podziwiając dwóch rycerzy przygotowanych już do walki. I rzeczywiście. W tłumie pełno jest polskich oraz niemieckich rycerzy. Od czasu do czasu przemknie gdzieś giermek. Z daleka widać już czerwony namiot króla Władysława Jagiełły. "Morze" ludzi powoli "płynie" w kierunku ogrodzonego pola, na którym już wkrótce rozegra się wielka bitwa. Trwają ostatnie przygotowania. Rycerze obu stron poprawiają na sobie zbroje. Muszą dobrze leżeć, żeby wygodnie było walczyć. Upał coraz bardziej doskwiera, a do samej bitwy jeszcze co najmniej pół godziny. Ci, którzy biorą udział w rekonstrukcji doskonale wiedzą, co musieli czuć prawdziwi rycerze niemal 600 lat temu, gdy w pełnym, ciężkim i gorącym rynsztunku czekali na bój o śmierć i życie.

    - Podajcie te cebrzyki tutaj, tutaj - dyryguje dama ubrana w średniowieczny strój. Kilku giermków dźwiga drewniane cebrzyki z czystą wodą pod samą barierkę pola, na którym zaraz rozegra się bitwa. Gdy pytamy, po co te cebrzyki, jejmościna wyjaśnia, że to dla rycerzy, gdy zechce się im pić. Wszak bitwa potrwa prawie godzinę. O wiele krócej niż w rzeczywistości, ale i tak będzie wyczerpująca.

    Dwa miecze

    Wreszcie na pole wpuszczani są rycerze. Najpierw chorągwie króla polskiego. Tłum wiwatuje. Wkracza chorągiew mazowiecka, ale zaraz potem podolska i krakowska. To ta ostatnia ma na swojej fladze białego orła na czerwonym tle. Daleko na przeciwległym krańcu pola ustawiają się Krzyżacy. Polacy intonują "Bogurodzicę". Daleko pod namiotem królewskim widać polskiego władcę, który na przystrojonym koniu próbuje ogarnąć wzrokiem miejsce, w jakim zaraz rozegra się bitwa. To tylko rekonstrukcja i każdy przecież wie, jak się skończy, a jednak wśród publiczności czuć wyraźne napięcie. Wszyscy obserwują rycerzy w skupieniu. Coraz głośniej słychać "Bogurodzicę". Czas cofnął się o 600 lat. Dwa tysiące rycerzy. Dwa tysiące błyszczących zbroi i białych płaszczów z czarnymi krzyżami. Gdzieś z boku, bliżej publiczności, do boju szykują się bombardierzy, którzy obsługują bombardy. Będą z nich strzelać do Krzyżaków. To "nasi", czyli Polacy, ale też "nasi", bo ze Staszowa i Radomia. Przyjechali, jak co roku, wziąć udział w widowisku.

    Ale zbyt wiele czasu na rozmowę z nimi nie ma. Oto posłowie Ulricha von Jungingena jadą do króla Jagiełły przyspieszyć rozpoczęcie bitwy, wiozą dwa słynne miecze. Polscy rycerze śpiewają pieśni. "Oto dziś rozetrą się narody, a ziemia zamoknie od krwi" - grzmi głos z głośników.

    Król Władysław przyjmuje miecze, choć odpowiada, że broni u niego dosyć. Krzyżaccy posłańcy wracają do swojego obozu. Polscy rycerze zaczynają bębnić mieczami o tarcze. Wznoszą dziki okrzyk wojenny. Niemcy ruszają z natarciem. Jagiełło czeka. Krzyżacy coraz bliżej. Jagiełło czeka. Krzyżacy jeszcze bliżej. W tym momencie spada na nich grad strzał łuczników. Odpowiadają tym samym. W powietrzu słychać przeciągły świst. Część strzał niemal dolatuje do publiczności!

    "Bić Krzyżaka!" - wołają co bardziej krewcy widzowie, a inni biją im brawo. Ale Krzyżacy nie są w ciemię bici. Próbują zaskoczyć wojska Jagiełły specjalnym manewrem. Ich szyk rozdziera się na dwa skrzydła, po to żeby do środka wpuścić Polaków. Liczą na to, że rozochoceni pierwszym sukcesem rycerze Władysława i Witolda wpadną do pułapki. Wbiegną w rozerwany szyk, gdzie natrze na nich znienacka nowa krzyżacka chorągiew. Do boju wchodzą bombardierzy. Huki bombard ogłuszają publiczność. Pierwsze rzędy nie wiedzą, czy zatykać uszy, czy zasłaniać głowy i twarze, bo bombardy rozrywają ziemię, niczym granaty podczas II wojny światowej. Na widzów spadają kawałki darni, ziemi, piachu i żwiru.

    Piekło na ziemi

    "K..., jak na wojnie!" - krzyczy ktoś z pierwszych rzędów, wytrzepując ziemię z włosów. "Będzie jeszcze gorzej, dopiero zaczynamy" - informuje go bombardier z Radomia. Bo to właśnie rycerze z Radomskiego Szyku Rycerskiego, pod dowództwem namiestnika Jacka herbu Działosza Pieczonki wraz z rycerzami Chorągwi Staszowskiej, pod dowództwem kasztelana Pawła Ciepieli zgotowali wszystkim tę kanonadę.

    Ale bombardy nie pomagają polskim rycerzom. Nie pomagają strzały z łuków. Krzyżacy coraz bardziej spychają Polaków z pola bitwy. Król Jagiełło rzuca więc do boju chorągiew krakowską. Wielki mistrz odpowiada swoją własną chorągwią. Szala zwycięstwa wciąż przechyla się na stronę Krzyżaków. W pewnym momencie zdobywają oni nawet krakowską chorągiew z białym orłem na czerwonym tle. I kto wie, czy właśnie ten moment nie przesądza o dalszych losach bitwy. Z gardeł Polaków wydobywa się bowiem ryk wściekłości. Chcą za wszelką cenę odzyskać chorągiew i jeszcze zacieklej atakują Krzyżaków. W pewnym momencie z krzyżackiego szeregu odrywa się jeden rycerz. Nie pilnowany, gna na koniu w kierunku polskiego króla. Chce go zabić i w ten sposób szybko zakończyć bitwę. Ale na jego drodze staje polski rycerz. Toczą bój na śmierć i życie, z którego zwycięsko wychodzi Polak. A Władysław Jagiełło posyła do walki nowe chorągwie, których istnienia wielki mistrz nawet się nie spodziewał. To zaskakuje rycerzy zakonu. Szala zwycięstwa zaczyna się przechylać na stronę Rzeczypospolitej. Krzyżacy słabną, zaskoczeni nowymi wojskami. Nagle z konia spada sam wielki mistrz Ulrich von Jungingen! Trafiony, broczy krwią, która brudzi jego biały płaszcz. Krzyżaccy rycerze stygną w osłupieniu i przerażeniu. Cofają swoje rozsypane chorągwie. Niektórzy, widząc beznadziejną sytuację, jeszcze nacierają na oślep na polskich rycerzy, ginąc bez szans na zemstę. Świszczą strzały, grzmią bombardy. Dym, smród prochu, ziemia osypująca się z kilku metrów wysokości na publiczność i rycerzy. Istne piekło. A to przecież tylko krótka rekonstrukcja tego, co trwało znacznie dłużej i nie było zabawą, ale prawdziwą walką.

    Krzyżacy w defensywie. Już prawie się nie bronią. Ranni rycerze zakonu udzielają sobie nawzajem ostatniego błogosławieństwa. Niektórzy proszą towarzyszy broni, aby dobili ich mizerykordiami. Czasem wbijają je sobie w szyję wzajemnie. Bitwa dogasa. Na pole wjeżdżają wozy giermków i służby, żeby posprzątać trupy. Księża udzielają dogorywającym ostatnich sakramentów. Zapada cisza, przerywana od czasu do czasu rzężeniem rannych i chrapaniem koni. Król Jagiełło sam nie może uwierzyć, że to już koniec, że wygrał, że zakon pobity. Każe obmyć ciało Ulricha i potraktować je z wszelkimi honorami. Właśnie kończy się dzień wielkiej chwały polskiego oręża.

    Bitwa od kulis

    Kończy się też praca dwóch tysięcy rycerzy, którzy spoceni i wykończeni upałem ciężko wracają ze spektaklu.

    - Jak oni mogli wytrzymać cały dzień, to ja nie wiem - słyszymy rozmowę dwóch "Krzyżaków" wracających z rekonstrukcji. I rzeczywiście. Widząc zmęczenie po godzinnym ledwie spektaklu, gdzie wszelkie pojedynki tylko markowano, aż trudno sobie wyobrazić fizyczną wytrzymałość i siłę polskich rycerzy, którzy musieli walczyć naprawdę, ubrani w prawdziwą ciężką zbroję, wymachując prawdziwymi ciężkimi mieczami przez cały dzień. Trzeba dopiero zobaczyć rekonstrukcję i występujących w niej poniekąd aktorów, aby unaocznić sobie, jak wielkiego wyczynu dokonali nasi przodkowie. Ale ówczesny wyczyn miał także jeszcze inny wymiar. Oto bowiem inscenizacja, przygotowana przez dwa tysiące rycerzy z całej Polski, była ćwiczona przez kilka dni. Aby wszystko odbyło się zgodnie z planem i z wiernym odwzorowaniem historycznych realiów, trzeba było ogromnej grupy ludzi czuwających nad choreografią, przegrupowaniem polskich i krzyżackich chorągwi oraz ruchów wojsk. Żeby jeszcze raz stoczyć tę bitwę i sprawnie przegrupowywać wojska tak, jak czynił to Jagiełło, dowódcy chorągwi musieli rozmawiać przez krótkofalówki, które co chwila wyciągali zza zbroi. Musieli też posiadać sztab harcerzy do pomocy pilnujących porządku. Prawdziwy król nie dysponował radiowym połączeniem z dowódcami poszczególnych chorągwi, ani ze swoim bratem Witoldem. Nie miał go też prawdziwy mistrz, a mimo to obaj sprawnie dowodzili nie dwoma tysiącami żołnierzy, a... 50 tysiącami i działali w zagrożeniu realnym, a nie pozorowanym. Fakt, nie musieli za to zwracać uwagi na publiczność, która w spektaklu pod Grunwaldem odgrywa dziś niebagatelną rolę.

    Największe wyzwanie organizatorów rekonstrukcji bitwy pod Grunwaldem, to właśnie zapewnienie bezpieczeństwa publiczności i rycerzom. Dlatego każdy rycerz wchodzący na pole bitwy, musi mieć identyfikator z nazwiskiem. Publiczność identyfikatorów na szczęście nie widzi, bo ogląda bitwę z pewnego oddalenia. Każdy wchodzący rycerz przechodzi kontrolę broni. Chodzi o to, aby ktoś nie "zabawiał" się na bitwie prawdziwym ostrym mieczem czy toporem, przy pomocy których odgrywana jest większość pojedynków dorocznej rekonstrukcji. Wszystkie strzały łuczników muszą mieć groty zabezpieczone gąbką i obwiązane szmatką, aby na przykład w razie trafienia w oko innego rycerza czy kogoś z publiczności, nic się nie stało. Z tego samego powodu w pewnym oddaleniu od publiczności ustawiane są bombardy, których pociski po wybuchu rozrywają ziemię, jak granaty w czasie II wojny światowej.

    Wybite palce, złamane nosy...

    Mimo tych wszystkich środków bezpieczeństwa do wypadków mniej lub bardziej zamierzonych dochodzi.

    - Jesteśmy tu już piąty raz i zawsze zdarzają się wypadki. Nie można uniknąć wybicia palców, złamania, rozcięcia łuków brwiowych czy skaleczeń. Mam pełno większych bądź mniejszych ran. Wystarczy spojrzeć na moje dłonie - mówi Paweł Niedźwiecki z Chorągwi Staszowskiej, która przyjechała pod Grunwald dzięki zasponsorowaniu wyjazdu między innymi przez staszowskie Starostwo Powiatowe i staszowskie Nadleśnictwo.

    - A proszę spojrzeć na nasze nosy - licytuje odniesione rany Marcin Książak z Radomia.

    - Jednak mimo tych niebezpieczeństw staramy się być pod Grunwaldem co roku. To dla nas wielkie święto. Oddajemy hołd rycerzom prawdziwej bitwy - dodaje kasztelan Paweł Ciepiela ze Staszowa.

    - Wypadków nie da się uniknąć. W niektórych latach rannych zabierał spod Grunwaldu helikopter - potwierdza namiestnik Radomskiego Szyku Rycerskiego Jacek herbu Działosza Pieczonka.

    Te wypadki sprawiają niekiedy, że grunwaldzka rekonstrukcja zmienia czasem w sposób niezamierzony fakty historyczne. Kilka lat temu przyczynili się do tego właśnie rycerze ze Staszowa. Kiedy wystrzelili z bombard, tak przestraszyli konia Jagiełły, że król z niego... spadł. Ale publiczności to nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej ją ekscytuje.

    Nie łatwo być Krzyżakiem

    "Pięcioletni Marcinek czeka przy namiocie Władysława Jagiełły i płacze. Prosimy rodziców o odbiór dziecka" - słychać komunikaty z megafonów.

    "Uwaga, pan Dariusz zgłosi się do Ulricha von Jungingena, powtarzam pan Dariusz zgłosi się do Ulricha von Jungingena" - wzywa znowu głośnik.

    "Domowe przedszkoooole..." - śpiewa jakaś krzyżacka drużyna wracająca w dwuszeregu z rekonstrukcji, lecząc moralnego kaca po przegranej bitwie. Nie jest łatwo być "Krzyżakiem" pod Grunwaldem w 2004 roku. Ale kolejna bitwa już rok!

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo