Stratę Ojca Świętego przeżywam tak, jak Polacy -...

    Stratę Ojca Świętego przeżywam tak, jak Polacy - Grażvydas Mikulenas, gwiazda Radomiaka Radom, bez tajemnic

    Sylwester SZYMCZAK

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Grał w pięciu ekstraklasach różnych krajów, europejskich pucharach, aż w końcu trafił do ostatniego zespołu II ligi polskiej - Radomiaka Radom. Mowa o Litwinie Grażvydasie Mikulenasie, który od niedawna reprezentuje zielone barwy. - To nie jest żadna piłkarska degradacja - zastrzega na wstępie.

    Radomiak w całej swojej historii nie doczekał się piłkarza z tak bogatą karierą i takimi sukcesami, jakimi może pochwalić się Mikulenas. Zdobywał mistrzostwa trzech krajów - Polski, Chorwacji i Litwy - aż w końcu, zupełnie nieoczekiwanie, trafił do Radomiaka Radom, którego czeka heroiczna walka o utrzymanie w II lidze.

    - Drużyna z Radomia wcale nie jest gorsza od Ventspilsu Ryga, gdzie grałem ostatnio. Wielu pyta mnie o to, czy nie żałuję swojej decyzji, a ja jestem przekonany, że dobrze zrobiłem - mówi Grażvydas Mikulenas.



    Nie interesuje mnie ławka

    Ventspils, gdzie niedawno grał Mikulenas, to na Łotwie druga siła po Skonto Ryga. Od kiedy ten kraj zdobył niepodległość, czyli od 13 lat, nikt inny oprócz Skonto nie zdobył mistrzostwa Łotwy. Prezes Ventspils po tym, jak po raz kolejny nie udało się pokonać Skonto, stracił w końcu cierpliwość i pozwolił odejść aż sześciu piłkarzom. Między innymi wolną drogę dostał Grażvydas.

    - Co prawda łotewski klub nie rozwiązał ze mną kontraktu i mogłem dalej w nim grać, ale zmienił się trener - mówi piłkarz. - Przyszedł człowiek, który wpuszczał mnie na końcówki spotkań, a mnie ławka rezerwowych nie interesuje. Akurat w tym samym czasie na Litwę przyjechał trener Mieczysław Broniszewski, znany mi wcześniej z pracy w Polonii Warszawa i Wiśle Płock. Namówił mnie do gry w Radomiaku. Nie zastanawiałem się długo, bo wyzwanie, jakie tutaj w Radomiu stoi przed drużyną i trenerami, jest olbrzymie.



    Bez małżeńskiego łoża

    W drużynie do Mikulenasa mówią "Graża" albo "Miki". W skrócie, bo ani imię, ani nazwisko dla Polaków nie jest łatwe. Sympatyczny Litwin szybko zadomowił się w Radomiu. Mieszka na osiedlu Gołębiów z Raimondasem Vileniskisem, rodakiem, który również gra w Radomiaku.

    - Troszkę tutaj brudno i bałagan straszny. Ale wiesz, jak to dwóch dorosłych facetów mieszka pod jednym dachem - mówi z uśmiechem, oprowadzając nas po trzypokojowym mieszkaniu.

    Mieszkanie bardzo się piłkarzowi podoba. Mówi, że nawet w Rydze nie mieszkał tak ładnie, jak teraz. Narzeka jedynie, że w swoim pokoju nie ma dużego, małżeńskiego łoża. Gdy ostatnio odwiedziła go żona Ewelina, musiał iść spać na kanapę.

    Grając we wcześniejszych klubach, Mikulenas wszędzie ciągnął za sobą rodzinę. Ma żonę Ewelinę i trójkę dzieci. - Żona powiedziała, że nie chce już siedzieć w domu i tylko opiekować się dziećmi. Chce iść do pracy. W tym roku kończy studia na Uniwersytecie Wileńskim, na Wydziale Biznesu i Marketingu. Niebawem jedzie na kilkudniowe szkolenie, tak więc została w Wilnie - mówi ze smutkiem piłkarz.

    Jak mówi "Graża", kolejny problem, który sprawia, że nie może zabrać rodziny do Polski, to szkolne obowiązki najstarszej, dziewięcioletniej córki Kornelii. Dwa lata temu dziewczynka pierwszą klasę przerabiała jednocześnie w polskiej i litewskiej szkole. Teraz jest już w trzeciej klasie i nie jest możliwe, by co pół roku zmieniała szkołę.

    O swoich dzieciach "Graża" mógłby opowiadać godzinami. Jest dumny z całej swojej rodziny. Poza Kornelią, w domu jest jeszcze 4,5-letnia Emilia i 2,5-letni synek Miejnedas. - Syn nie ma na razie zadatków na piłkarza. Bardziej na boksera albo kaskadera. Ciągle bije się z siostrami, rozrabia i nie ma dnia, żeby nie nabił sobie jakiegoś guza - śmieje się piłkarz.

    Żona Mikulenasa nie interesuje się zbytnio futbolem. Po meczu pyta jedynie o wynik i czy "Graża" strzelił gola. Mikulenas twierdzi, że sam jest winien temu, że w domu brakuje zainteresowania dla piłki nożnej. - Ja staram się nie przynosić pracy do domu. Chcę być dobrym mężem i ojcem, a w pracy dobrym piłkarzem. Po porażkach raczej nie przeżywam smutku w domu, a także po zwycięstwach nie pokazuję emocji - twierdzi zawodnik.



    Internet i telewizor

    "Graża" nie ma zbyt wiele wolnego czasu. - Kiedy jest luźniejszy dzień, idę do kawiarenki internetowej. Na Litwie mamy w domu Internet i mogę swobodnie porozmawiać z żoną. To lepsze i tańsze niż telefon. Albo idziemy z Raimondasem do wypożyczalni i oglądamy filmy na DVD. Po treningu czy meczu jestem zbyt zmęczony, żeby chodzić na spacery, i najchętniej kładę się na łóżku i oglądam telewizję. Tak regeneruję siły. Dopiero niedawno był czas, aby zwiedzić miasto. Pojechaliśmy do katedry pomodlić się za Ojca Świętego. Jestem w Polsce wiele lat i jego strata znaczy dla mnie tyle samo, co dla Polaków - mówi Mikulenas.



    Oddany do Polonii

    Mikulenas od zawsze marzył, by być piłkarzem. Zaczął kopać piłkę w wileńskim Żalgirisie, gdy miał 10 lat. Z tym klubem zdobył w swojej ojczyźnie wszystko, co możliwe. Gdy miał 24 lata, wyjechał do Polonii Warszawa. - Żalgiris to biedny klub, oparty głównie na swoich wychowankach. Tam była taka polityka kadrowa, że jeśli tylko znalazł się bogaty nabywca na jakiegoś zawodnika, to go sprzedawano. Na tym zarabiali prezesi, z tego utrzymywał się Żalgiris. W 1997 roku, razem z Tomasem Żvirdżgauskasem, przyjechaliśmy do Warszawy na testy do Polonii i już zostałem. Mam sentyment do tego klubu, bo trzy lata później zdobyliśmy mistrzostwo Polski - wspomina Mikulenas.

    Zanim ponownie wrócił do Polski, grał jeszcze w Chorwacji, Grecji i na Łotwie. Najgorsze wspomnienia ma z tego pierwszego kraju. - Prawie dwa lata grałem w Zagrzebiu i można powiedzieć, że stamtąd uciekłem. Na początku było dobrze, gdy zdobywaliśmy mistrzostwo, a potem zacząłem poznawać tamtejszy piłkarski świat i doszedłem do wniosku, że tam nie ma sensu wysilać się i dobrze grać, skoro poprzez różne pozasportowe sprawy człowiek przed meczem dowiaduje się wyniku.

    Jedyne miłe wspomnienia z Chorwacji to gra w jednej drużynie ze słynnym Robertem Prosineckim i Igorem Biscanem, który od niedawna gra z Jerzym Dudkiem w Liverpoolu.



    Teraz Radomiak

    Grażvydas opowiada, że kiedy wyjeżdżał do Polski, wydawało mu się, że wiele wie na temat tego kraju. Opowieści o kraju nad Wisłą wysłuchiwał od ludzi, którzy handlowali na polskich targowiskach lub od Polaków mieszkających na Litwie.

    - Nie było to wiarygodne źródło - mówi z uśmiechem. - Teraz poznałem polską muzykę, wasze filmy, waszą kulturę, mentalność i wiem, że to wspaniały i serdeczny kraj, w którym nic złego jeszcze mnie nie spotkało.

    Sportowe marzenie "Mikiego" to oczywiście wygrana walka o utrzymanie Radomiaka w II lidze. Mówi, że czasem takie zwycięstwo cieszy bardziej niż zdobycie mistrzostwa. - To zwycięstwo byłoby bardzo cenne, biorąc pod uwagę, że gdy tu przyszedłem, Radomiak miał tylko siedem punktów i niektórzy upatrywali w nim pewnego spadkowicza. Tymczasem w trzech meczach zdobyliśmy sześć punktów i strata do drużyn na bezpiecznych lokatach topnieje. Jest dobra atmosfera w drużynie. Koledzy są wyjątkowo sympatyczni i tworzymy fajny kolektyw. Wszystkie sprawy organizacyjne są dopięte na ostatni guzik i nie pozostaje nam nic innego, jak tylko wygrywać - mówi z dumą w głosie Grażvydas.

    Po ostatniej porażce w Łodzi z Widzewem, Mikulenas powiedział, że lepiej przegrać raz 3:0 niż trzy razy po 1:0. Tak więc nie robi tragedii z przegranej, a wręcz przeciwnie, jest przekonany, że "zieloni" zachowają ligowy byt. Gdy przyjechał do Radomia, najbardziej był zdumiony postawą kibiców. Myślał, że na mecze ostatniej drużyny drugiej ligi chodzi tylko garstka najwierniejszych.

    - Na mecz z Polkowicami przyszło prawie pięć tysięcy ludzi. W którym mieście są tak wierni kibice, bo ja nie znam? Na mecz do Łodzi pojechało nas zagrzewać do walki prawie 600 osób. To coś niesamowitego. Poza tym, jaką wielką kulturę pokazali. Śpiewali dla Papieża razem z kibicami rywala, a w tym samym czasie jacyś, delikatnie mówiąc, niepoważni ludzie bili się w Ostrowcu Świętokrzyskim, choć kilka godzin wcześniej, w imię Jana Pawła II, obiecywali sobie pojednanie. Wielkie brawa dla "szalikowców" Radomiaka i mam nadzieję, że zawsze tacy będą. Zrobimy wszystko, aby ten klub nie spadł, bo z takimi kibicami nie można grać w III lidze - zarzeka się "Graża".



    Grażvydas Mikulenas urodził się 16 grudnia 1973 roku w Wilnie. Ma 186 centymetrów wzrostu i waży 77 kilogramów. Kluby: Żalgiris Wilno (1991-1997) - czterokrotnie zdobywał Puchar Litwy i dwukrotnie mistrzostwo tego kraju; Polonia Warszawa (1996-1999); NK Croatia (1999) - mistrzostwo Chorwacji; Polonia Warszawa (2000) - Puchar Ligi i Mistrzostwo Polski; GKS Katowice (2000-2001); Akratinos Ateny (2001-2002); Wisła Płock (2002-2003); Ventspils Ryga (2004) - Puchar Łotwy; Radomiak Radom (od lutego 2005). W sumie w ekstraklasach Chorwacji, Grecji, Litwy i Łotwy rozegrał 130 spotkań i zdobył 37 goli, natomiast w polskiej ekstraklasie wystąpił w 114 meczach i zdobył 31 bramek.




    Co o Mikulenasie sądzą koledzy z drużyny?

    Nikołaj Branfiłow: - Razem z "Grażą" graliśmy dla płockiej Wisły, teraz gramy w Radomiaku i chcemy powalczyć o utrzymanie w lidze. Cieszę się, że razem jesteśmy w Radomiu, bo nasze rodziny bardzo się przyjaźnią. Gdy moja żona trafiła do szpitala po ataku kamieni żółciowych, a my musieliśmy jechać na mecz, to właśnie żona Grażvydasa opiekowała się wówczas moją kilkumiesięczną córeczką.

    Zbigniew Wachowicz: - Grażvydas to bardzo sympatyczny chłopak. Dobry i spokojny kolega. Ma mnóstwo sukcesów na piłkarskich boiskach, ale nigdy nie unosił się pychą i nie miał głowy podniesionej wyżej niż wszyscy. Jako napastnikowi niczego mu nie brakuje. Ma ogromną szybkość i technikę.

    Jacek Kacprzak: - Taki zawodnik jak Grażvydas był Radomiakowi potrzebny i cieszymy się, że pomoże nam w walce o utrzymanie w II lidze. Jest świetnym i skutecznym napastnikiem, w odpowiednich chwilach potrafi przytrzymać piłkę, przechytrzyć przeciwnika. Bardzo szybko wkomponował się w zespół. Dał się na razie poznać jako sympatyczny i spokojny chłopak.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo