Śladami Jana Pawła II. Lata szkolne - Jego koledzy po raz...

    Śladami Jana Pawła II. Lata szkolne - Jego koledzy po raz pierwszy wyjaśniają sekret papieskiego uśmiechu, kiedy wspominał kremó

    Iza BEDNARZ

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Spotkali się latem 1948 roku, na schodach Gimnazjum imienia Marcina Wadowity w Wadowicach. W dziesiątą rocznicę matury. Dyrektor szkoły, profesor Jan Królikiewicz zaprowadził ich do klasy. Usiedli w swoich starych ławkach: Lolek Wojtyła z Antkiem Bohdanowiczem w czwartej, piąta była pusta, przed wojną siedział w niej Żyd Zweig, w szóstej usiadł Eugeniusz Mróz, sąsiad Wojtyłów z kamienicy przy Kościelnej, za nim Zdzisek Przybyło, który najlepiej z klasy rysował karykatury profesorów, a potem został weterynarzem, w ostatniej pod ścianą Zbyszek Siłkowski wyciągając długachne nogi, dalej Staszek Jura, Teofil Bojeś, Józef Kwiatek, Zygmunt Kręcioch, Staszek Niziołek i inni.
    W wolnych ławkach usiadły: Kazia Żakówna, Halina Królikiewicz i Danka Pukłówna, koleżanki ze szkolnego teatru. Profesor Królikiewicz odczytał listę obecności z cudem ocalałego dziennika. Z 42-osobowej klasy dziesięciu uczniów nie przeżyło wojny. Rozejrzeli się po sobie, potem zaczęli opowiadać, co się u kogo zdarzyło. Od tamtego zjazdu, zorganizowanego z inicjatywy Lolka Wojtyły, wówczas młodego księdza, świeżo po studiach w Rzymie i Zbyszka Siłkowskiego, jego serdecznego przyjaciela, spotykali się regularnie. Tyle że z każdym spotkaniem było ich coraz mniej. Spotykają się do dziś. I tak, jak kiedyś, łączy ich Lolek.

    Jak Lolek wojsko z korkowca wystrzelał

    Do domu Danuty Pukłówny-Gruszczyńskiej Lolek Wojtyła przychodził często, bo mieszkali blisko siebie - dom Pukłów stał niedaleko gimnazjum przy ulicy Mickiewicza - poza tym ich rodziny były spokrewnione. - Byliśmy z Lolkiem mniej więcej w tym samym wieku, ja o pół roku starsza, moi dwaj bracia młodsi, więc często bawiliśmy się z sobą - opowiada Danuta Pukłówna-Gruszczyńska. - Jednego razu ciocia przywiozła nam piękne zabawki. Ja dostałam wózek dla lalek, Lolek - wojsko ołowianych żołnierzyków, a mój brat Adam pistolet z korkiem na sznurku. Ten korkowiec strasznie się Lolkowi podobał i coś tam sobie z moim bratem Adasiem układali między sobą. Co to było, wydało się, jak pewnego dnia przyszedł do nas pan Wojtyła z Lolkiem i oburzony zakomunikował, że Adaś zabrał Lolkowi wojsko. "Jak to zabrał?" - przeraziła się moja mama. "Ano bo wiesz, to było tak" - rozpłakał się mój brat: "Lolek strasznie chciał sobie strzelić z tego mojego korkowca, to ja mu dałem, ale pod warunkiem, że za każdy strzał zapłaci mi jednym żołnierzykiem. No i sobie wystrzelał całe wojsko". Oczywiście wojsko wróciło do właściciela, bo umowa nie była całkiem uczciwa - śmieje się Danuta Pukłówna-Gruszczyńska. Jej drogi z Karolem Wojtyłą rozeszły się po maturze, w czasie wojny spotykali się od czasu do czasu u rodziny w Krakowie, ale dopiero na zjazdach maturalnych odnowili kontakty.



    Jak nikt nie miał śmiałości

    Szkolni przyjaciele Karola Wojtyły podkreślają, że jakoś nikt w jego towarzystwie nie miał śmiałości głupio czy obraźliwie się odezwać. - Na pierwszy rzut oka widać było, że Lolek to celer. Tak się dawniej mówiło na uczniów, którzy mieli bardzo dobry lub celujący ze wszystkich przedmiotów - wyjaśnia Tadeusz Gajczak, który poznał Lolka w trzeciej klasie gimnazjum, w 1932 roku, kiedy przeprowadził się z rodzicami z Torunia do Wadowic. - Lolek był wyjątkowo zdolny i poważny nad wiek. Inni chłopcy w jego wieku byli rozbrykani, a Jego jakoś nie trzymały się głupie dowcipy. Nie wiem z czego się to brało, ale nawet chłopcy ze starszych klas czuli ten dystans, nie opowiadali przy nim sprośnych kawałów, nie wyrażali się.

    - Może to była kwestia wychowania i surowych zasad wpojonych przez ojca, emerytowanego wojskowego, który po śmierci żony i starszego syna całkowicie poświęcił się Lolkowi - zastanawia się Tadeusz Gajczak. - Wszystko sam robił w domu, sprzątał, gotował, szył, robił zakupy, a po południu chodził z Lolkiem na spacery po Rynku albo na most nad Skawą. Po drodze odmawiali różaniec albo powtarzali lekcje. Pan Wojtyła był bardzo inteligentnym człowiekiem, ponieważ służył w wojsku austriacko-węgierskim, doskonale znał niemiecki, jego pasją były też historia i geografia, więc często pomagał nam w lekcjach. Byli też niezwykle pobożni. Lolek przed pójściem do szkoły codziennie o siódmej rano służył do mszy. W gimnazjum był prezesem Sodalicji Mariańskiej. Jakoś tak chyba nie wypadało się przy nim wyrażać.

    - U Lolka w domu dużo się czytało, książek religijnych, historycznych. Często gościł u nich w domu ksiądz Kazimierz Figlewicz, który podsuwał pierwsze poważne lektury. Lolek w siódmej klasie gimnazjum czytał w oryginale Goethego, Schillera, Schopenhauera, Homera, Owidiusza, Wergiliusza. To robiło wrażenie na wszystkich. Reszta klasy ledwo wkuła na pamięć początek "Iliady", Lolek recytował z pamięci całe frazy. Fascynował się Norwidem, którego my uważaliśmy za niezrozumiałego i nudnego. Zawsze był przynajmniej pół kroku przed wszystkimi. Może ta wiedza, przedwczesna dojrzałość budziły w nas respekt - analizuje Eugeniusz Mróz, sąsiad z kamienicy przy Kościelnej. - Jak sprawdzaliśmy w dzienniku szkolnym, przez całe osiem lat gimnazjum opuścił tylko 146 godzin. Był bardzo uczciwy i oszczędny. W drugiej klasie gimnazjalnej miał na koncie w Szkolnej Kasie Oszczędności 226 złotych 35 groszy, a pensja nauczycielska wynosiła wtedy 150-300 złotych, obiad kosztował w jadłodajni 90 groszy.

    Ale jak podkreślają szkolni koledzy, Lolek nie był kujonem. Nie dawał ściągać, ale zamiast tego proponował, że wytłumaczy lekcję. - Nie był też sztywny. Jak klasa robiła kawały, był z klasą. Kiedyś po gimnastyce mieliśmy mieć klasówkę z greki i dwóch repów, kolegów, którzy repetowali rok, kazało nam zorganizować koc. Do tego koca włożyli najchudszego chłopaka z klasy, polecili mu jęczeć, że niby potłukł się na gimnastyce, a my musimy go odnieść do szpitala. Nieśliśmy tego biedaka w kocu, a Lolek szedł obok i tylko się uśmiechał - opowiada Eugeniusz Mróz. - Oczywiście profesor się nabrał, a ofiara wypadku wyskoczyła z koca o własnych siłach, jak tylko wyszliśmy z budynku szkoły. Kiedyś znów profesorowi od niemieckiego zginął notes, przesłuchali całą klasę, Lolek pewnie wiedział, kto schował notes, ale kiedy go zapytali, nic nie odpowiedział. Nie chciał kłamać i nie chciał być nielojalny wobec nas.



    Jak żydowska drużyna pożyczała bramkarza

    W latach trzydziestych w wadowickim Gimnazjum Męskim imienia Marcina Wadowity działały dwie drużyny piłkarskie: drużyna "Czarnych" - to od koloru koszulek i amatorska drużyna żydowska. Ponieważ Żydzi stanowili mniejszość w szkole, nie zawsze mieli na tylu zawodników rezerwowych. Zdarzało się więc często, że kiedy zachorował ich bramkarz, pożyczali na mecz bramkarza "Czarnych", czyli Lolka Wojtyłę. - Lolek nie robił z tego żadnego problemu. Był świetnym bramkarzem, potężnie zbudowanym, jak stanął w bramce, od razu zasłaniał połowę. Kłopot pojawiał się tylko, jak "Czarni" mieli grać z Żydami - żartuje Eugeniusz Mróz.

    Z tych szkolnych i sportowych czasów datuje się przyjaźń Karola Wojtyły z młodszym o rok Jerzym Klugerem, o której napisano książkę i zrealizowano film. - Jurek Kluger był synem adwokata, jego babka Huppertowa miała w Wadowicach dziesięć kamienic, to była bogata, inteligencka rodzina - wspomina Eugeniusz Mróz.

    Stary Kluger grywał na skrzypcach, Lolek, który bywał u Klugerów w domu, przysłuchiwał się tym małym koncertom. - To była bardzo porządna rodzina - podkreśla Tadeusz Gajczak. - Matka Jurka zawsze dawała mu do tornistra dwie bułki więcej, posmarowane masłem i przełożone serem albo wędliną. Jak była przerwa, Jurek kładł otwarty tornister na ławce i wychodził z klasy. Kto potrzebował, mógł się poczęstować śniadaniem.

    Kiedy wybuchła wojna, Jerzy Kluger uciekł z ojcem z Wadowic na Wschód. Matka i młodsza siostra Jerzego, Stefania obawiały się bolszewików. Zostały i zginęły w Oświęcimiu. O tym, że Jerzy Kluger pozostał na zawsze w sercu Karola Wojtyły mogliśmy się przekonać podczas ostatniej wizyty Jana Pawła II w Wadowicach, 16 czerwca 1999 roku. "(...) W tamtym domu mieszkał Jurek Kluger" - wymieniał jednym tchem bliskie sobie miejsca w rodzinnym mieście.



    Jak inspicjent Gajczak ratował Lolkową pończochę

    W 1934 roku zaczął się teatr. Najpierw amatorski, prowadzony przez polonistę Kazimierza Forysia. - Graliśmy wszyscy, ale Lolek wsiąkł w teatr najszybciej z nas. Może to były jakieś rodzinne predyspozycje, bo jego dziadek był przewodnikiem pielgrzymek do Kalwarii Zebrzydowskiej, więc Lolek po nim odziedziczył umiejętność szybkiego nawiązywania kontaktu ze słuchaczem, brak tremy przed publicznymi wystąpieniami? - zastanawia się Eugeniusz Mróz.

    Przedstawienia amatorskiego teatru odbywały się w Domu Katolickim przy kościele parafialnym Ofiarowania Najświętszej Marii Panny, w budynku Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół", zdarzały się też wyjazdy do Andrychowa, Kętów, Zatorza. - Każdy coś robił przy teatrze. Jak nie miał talentu aktorskiego, robił co innego. Na przykład pan Karol Hagenhuber, właściciel cukierni, zajmował się charakteryzacją aktorów - opowiada Tadeusz Gajczak, inspicjent sceny w gimnazjalnym teatrze. - W tym czasie wystawialiśmy w "Sokole" sztukę w średniowiecznych realiach. Lolek miał na sobie sięgające prawie do kostek pantalony i czarne pończochy. Na widowni komplet, do rozpoczęcia przedstawienia zostało dosłownie kilka minut, ja patrzę, a tu Lolek ma w jednej pończosze wielką, okrągłą dziurę. Pobiegłem, jak mogłem najprędzej, po igłę z nitką, ale kiedy przybiegłem z powrotem, przedstawienie już trwało. Lolek na scenie. "Matko Boska" - jęknąłem, bo odwrócił się do widowni akurat tym bokiem z dziurą. Ale nic, żadnych śmiechów. Dograli akt do końca. W antrakcie podbiegłem do Lolka, oglądam tę nogę, dziury ani śladu. "Jak to zrobiłeś?" - zapytałem. "Atrament, kolego, świetnie maluje na skórze" - uśmiechnął się.

    Po Kazimierzu Forysiu w wadowickim gimnazjum męskim pojawił się Mieczysław Kotlarczyk, pochodzący z Wadowic polonista, który wcześniej uczył w gimnazjum w Sosnowcu. - Dla Kotlarczyka teatr był rodzajem posłannictwa, traktował aktorstwo jako zawód, którego zadaniem nie jest bawienie widza, ale wzbogacanie jego duszy. Aktor był według niego kapłanem sztuki. Taki punkt widzenia przyjął też Lolek - mówi Eugeniusz Mróz.

    Grali przede wszystkim klasyków: Sofoklesa, Słowackiego, Wyspiańskiego, Kraszewskiego. - Lolek miał fenomenalną pamięć, każdy tekst opanowywał bardzo szybko. Kiedyś na parę dni przed premierą "Balladyny" rozchorował się chłopak grający Kostryna. I klapa, bo nie mieliśmy dublerów. Lolek, który grał Kirkora, powiedział profesorowi Kotlarczykowi, że on weźmie tę rolę, bo i tak zna ją z prób. I zagrał podwójną rolę, tylko z charakteryzacją. Miał ogromną łatwość budowania roli, każda z jego postaci była przemyślana, przeżyta wewnętrznie. W dodatku miał świetne warunki zewnętrzne, piękny, metaliczny głos, bardzo dobrą dykcję. - Lolek zawsze grał główne role. Był w tym bezwzględnie najlepszy - precyzuje Tadeusz Gajczak.

    - Pamiętam "Zygmunta Augusta" Stanisława Wyspiańskiego. Lolek i Kazia Żakówna kreowali główne role. Kiedy grali scenę śmierci Barbary Radziwiłłówny, autentycznie słyszałam w ich głosach rozpacz. Wiem, że Lolek przeżył ogromnie to przedstawienie, bo potem napisał dla Kazi poemat "Śmierć Barbary". Ja tylko statystowałam w tym teatrze. Błyszczeli: Lolek, Halina Królikiewiczówna i Kazia Żakówna. Nikt nie miał wątpliwości, że Lolek wybierze polonistykę - mówi Danuta Pukłówna-Gruszczyńska.



    Jak pojedynkowali się na kremówki

    Od gimnazjalnych przyjaciół dowiaduję się wreszcie jak to było z tymi kremówkami po maturze i co Jan Paweł II miał na myśli mówiąc 16 czerwca 1999 roku w Wadowicach: "(...) Żeśmy to wytrzymali, te kremówki po maturze..."

    - Tu nie chodziło o żaden alkohol, bo w kremówkach od Hagenhunbera nie było ani spirytusu, ani wódki, ani żadnego innego alkoholu. Tylko krem waniliowo-budyniowy i ciasto. To był porządny cukiernik, co terminował w słynnej cukierni Zachera w Wiedniu, u niego receptura to była rzecz święta. Chodziło o pojedynek, kto zje więcej kremówek bez popijania oranżadą, herbatą czy jakimkolwiek innym napojem. No, ile by pani zjadła takich ciastek? - egzaminuje mnie Eugeniusz Mróz.

    - Może z sześć - ryzykuję zawyżoną granicę wytrzymałości, bo lubię ciastka.

    - A pani? - pan Eugeniusz przypuszcza szturm na Małgosię, która na chwilę oderwała się od obiektywu.

    - Cztery? - zastanawia się ostrożnie Małgosia.

    - Ech, dzisiejsza młodzież - macha ręką pan Eugeniusz. Nasz kolega Lunek Mosurski z Kalwarii Zebrzydowskiej zjadł wtedy szesnaście kremówek po 10 groszy każda, Lolek zajął drugie miejsce, bo połknął dziesięć, a ja poniżej dziesięciu. I wszystko bez popijania. Tak się kiedyś świętowało maturę!



    Jak najbliższy sąsiad nic nie zauważył

    Szkolni przyjaciele Karola Wojtyły z uwagą śledzą wszystkie pojawiające się publikacje na temat jego osoby. Wielu z nich wydało własne wspomnienia. Czują się w obowiązku stać na straży pamięci wielkiego kolegi. Dlatego burzą się, kiedy gdzieś przeczytają lub usłyszą coś o szkolnych miłościach Lolka. - On nie miał na to czasu. W ogóle my wszyscy w tych czasach nie mieliśmy na to czasu - podkreśla Danuta Pukłówna-Gruszczyńska. - To były inne obyczaje, dziewczęta nie przyjaźniły się z chłopcami tak jak teraz, chodziło się do osobnych szkół, w domu każdy miał dużo pracy. A w teatrze się grało, nie myślało o głupstwach.

    Eugeniusz Mróz wyczytał gdzieś, że Lolek miał podobno kochać się w Stefci Klugerównie, młodszej siostrze Jerzego. - Rzeczywiście, Tessia była bardzo ładną dziewczyną, czołową tenisistką Polski, ale to była smarkula. To prędzej jej Lolek mógł wpaść w oko, bo chłopak był postawny, zbudowany, inteligentny, bardzo dobrze wychowany, podobał się dziewczynom. Ale nie miał koleżanki od serca. Dla niego największą pasją był Bóg i teatr. Owszem, przyjaźnił się z dziewczętami z teatru, ale tylko jako z aktorkami. Jako jego najbliższy sąsiad i kolega zauważyłbym coś na pewno. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że nie było żadnej dziewczyny - zapewnia.



    Jak się pogubili i znaleźli

    Nawet te najbliższe przyjaźnie w maturalnej klasie Lolka Wojtyły skończyły się w 1939 roku, z chwilą wybuchu drugiej wojny światowej. W Wadowicach pozostało tylko kilka osób, reszta rozpierzchła się po całym świecie. Stanisław Jura trafił do angielskiego lotnictwa, latał w Dywizjonie 303, walczył też pod Tobrukiem, na stałe osiadł w Krakowie. Danuta Pukłówna skończyła Akademię Handlową w Krakowie i zamieszkała w Warszawie. Halina Królikiewiczówna-Kwiatkowska została aktorką, mieszka w Krakowie. Teofil Bojeś ukończył studia inżynieryjne i jak jego ojciec, został górnikiem na Śląsku. Zbyszek Siłkowski został w Wadowicach ekonomistą, ożenił się z Hanią Homme, której rodzicie mieli drogerię. W domu państwa Homme Karol Wojtyła gościł po święceniach kapłańskich, biskupich i kardynalskich. Ten dom i rodzinę wymienił podczas swojej ostatniej wizyty w Wadowicach, Zbigniew Siłkowski i jego żona już wtedy nie żyli.

    Jerzy Kluger odnalazł się po 30 latach. Okazało się, że przedostał się z ojcem do Włoch, wstąpił do armii Andersa, walczył pod Monte Cassino, po wojnie osiadł w Anglii, a potem przeprowadził się do Rzymu. Mieszkał kilka ulic od Jana Pawła II. Spotkali się potem wielokrotnie.

    Młody Karol Hagenhuber, który został siłą wcielony do Wehrmachtu, zdezerterował, walczył jako partyzant w Albanii, w końcu osiadł w Stanach Zjednoczonych, ale przyjeżdża do Polski i regularnie odwiedza w Wadowicach kolegę ze swojego rocznika Tadeusza Gajczaka, był też u Jana Pawła II w Watykanie w 2001 roku.

    Eugeniusz Mróz po obozie w Hermanowicach, partyzantce w Armii Krajowej w okolicach Mielca wylądował po wojnie w Opolu, skończył prawo, ożenił się, dochował dzieci i wnuków. Najważniejszą rzeczą w jego mieszkaniu jest gruby zeszyt zapisany drobnym maczkiem. Założył go po pierwszym zjeździe maturalnym w Wadowicach. Potem podczas kolejnych zjazdów uzupełniał adresy, telefony, dodawał daty awansów kolegów.

    Oprócz zeszytu bardzo ważne są albumy z prywatnymi zdjęciami i wycinkami z gazet poświęconymi kolejnym zjazdom maturalnej klasy Lolka Wojtyły. Wszystko prowadzone z kronikarką dokładnością: daty, nazwiska uczestników. Przy każdym obowiązkowo zdjęcie Jana Pawła II z jakąś jego myślą.

    - Ile już było tych zjazdów? - zastanawia się Eugeniusz Mróz. - Najpierw były co dziesięć lat, potem co pięć, zwykle w drugą niedzielę Bożego Narodzenia w Krakowie na Kanonicznej, a potem na Franciszkańskiej w Pałacu Biskupim u Lolka. W 1973 roku Lolek powiedział: "Starzejemy się" i zaproponował coroczne zjazdy u Niego. Ostatnio spotkaliśmy się w 1977 roku u niego w Krakowie. Powiedział wtedy, żebyśmy już zaczęli przyjeżdżać z żonami, bo jest nas coraz mniej. Śpiewaliśmy wtedy Jego ulubioną kolędę "Oj maluśki", ja grałem na organkach. Za rok nie było zjazdu, bo Lolek został Papieżem. Ale zaprosił nas do Rzymu, byliśmy u niego tam kilkakrotnie. I zawsze spotykaliśmy się z nim na pielgrzymkach w Polsce. Księża, którzy mu towarzyszyli, mówili, że Ojciec Święty odżywa, jak nas widzi. Ale nie mówiliśmy mu już Lolek, tylko Ojcze Święty. Jakoś tak nieporęcznie było wyskakiwać z tym Lolkiem przy księdzu Dziwiszu - tłumaczy.

    Ostatni raz cała paczka spotkała się z Janem Pawłem II w 2002 roku w Krakowie, podczas jego ostatniej wizyty w Polsce. Eugeniusz Mróz zapytał wtedy, czy przyjedzie na 65 rocznicę matury do Wadowic. "Jak Bóg da" - odpowiedział z trudem.



    Jak tu teraz bez Lolka

    18 maja, w 85 rocznicę urodzin Jana Pawła II, w Wadowicach ma być piękny koncert, zjazd wszystkich szkół noszących jego imię. Czy uda się zebrać paczce przyjaciół z maturalnej klasy? Danuta Pukłówna-Gruszczyńska nie opuszcza swojego warszawskiego mieszkania, Teofil Bojeś też ostatnio niedomaga. Niechętnie udzielają wywiadów. - Ja już wszystko powiedziałem - wymawia się Teofil Bojeś.

    - Zostało nas na chodzie najwyżej trzy osoby. Uciekają chłopaki na tamtą stronę - mówi Eugeniusz Mróz rozglądając się ze smutkiem po swoim mieszkaniu. Na ścianach wiszą wielkie, kolorowe plakaty z Janem Pawłem II. - To tak po koleżeńsku - wyjaśnia.

    Ostatnio był w Wadowicach 2 kwietnia, w dzień śmierci Jana Pawła II. Nie płakał, kiedy ludzie klęczeli na rynku przed bazyliką, do której zachodzili codziennie razem z Lolkiem. Ani wtedy, gdy zaczęły bić dzwony na znak odejścia. Rozpacz ogarnęła go, kiedy wchodził po kręconych schodach w klatce schodowej przy ulicy Kościelnej 7 (dawniej Rynek 2) i przypomniał sobie, jak biegli po tych schodach z Lolkiem siedemdziesiąt lat temu. Na wyścigi, kto pierwszy.



    Jan Paweł II w Wadowicach

    "Myślą i sercem wracam też do moich rówieśników, kolegów i koleżanek, zarówno z lat szkoły podstawowej, jak może bardziej jeszcze z lat szkoły średniej, bo te trwały dłużej. (...) Te wspomnienia z czasów dzieciństwa są bardzo ważne. I można powiedzieć, że wszystko w życiu zależy od rodziny, od szkoły, od rodziców i rodzeństwa, od kolegów szkolnych..."

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo