Śladami Jana Pawła II. Niezwykła historia życia i pracy na...

    Śladami Jana Pawła II. Niezwykła historia życia i pracy na pierwszej parafii

    Iza BEDNARZ

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Dziwny był ten nowy wikary Karol Wojtyła. Jeszcze się taki w Niegowici nie trafił. Grał z dzieciakami w piłkę. Robił przedstawienie teatralne. Patrzył ludziom w oczy i mówił im takie rzeczy, jakie trzymali w najskrytszych zakamarkach duszy. A co wyprawiał ze swoim majątkiem... Na spotkaniach z młodzieżą opowiadał o świętych, ale nie na kolanach, tylko jak o zwykłych ludziach, których można spotkać na wiejskiej drodze.

    - Inny był od wszystkich księży, jakich tu do tej pory mieliśmy. Trudno powiedzieć, skąd się ta inność brała. Wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy, co to za człowiek. To przyszło dopiero później - mówią parafianki z Niegowici - Józefa Wachel i Maria Trzaska.



    Teologia mistyczna przy naftowej lampie

    Skoro tylko ksiądz Wojtyła zapoznał się z parafią, zaszedł do Wyporków, co mieszkali najbliżej wikarówki i kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. - Teraz będziemy sąsiadami, to nie obraźcie się, jak czasem do was przyjdę. A i wy zaglądajcie do mnie, jak macie jaką potrzebę - powiedział ojcu Marii Trzaski, z domu Wyporkówny. - Taki był w tym serdeczny, zwyczajny, że nie wstyd nam było, że w domu taka bieda. Na dwie izby mieliśmy tylko jedną lampę naftową, więc jak tato z mamą coś robili przy stole, to my siedzieliśmy po ciemku z siostrą i dwójką braci - opowiada Maria Trzaska. - Ale jemu bieda nie była dziwna. Chociaż ksiądz proboszcz Kazimierz Buzała przydzielił mu dwie izby w wikarówce, on z całym dobytkiem mieścił się w jednej.

    Z tego dobytku najcenniejsze były książki i stara maszyna do pisania. Książki pożyczał chłopakom i dziewczynom z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, a maszynę do pisania przyniósł do Wyporków, postawił przed Staszkiem, bratem Marii, który miał dryg do urządzeń mechanicznych i zażartował, że zrobi z niego księdza. - Jak to księdza? - przestraszył się Staszek. - No tak, jak przepiszesz mi całą pracę doktorską o świętym Janie od Krzyża, do tego po łacinie, to już tylko na księdza możesz iść - powiedział, uśmiechając się, ksiądz Wojtyła.

    Święty Jan od Krzyża był mistykiem, z którego myślą Karol Wojtyła zetknął się po raz pierwszy w czasie wojny, uczestnicząc, a potem prowadząc Żywy Różaniec w kościele Św. Stanisława Kostki na krakowskich Dębnikach. Żeby móc czytać i komentować pisma mistyka w oryginale, Karol Wojtyła specjalnie nauczył się hiszpańskiego. Na studiach w Rzymie nie stać go było na wydanie swojej pracy doktorskiej "Zagadnienia wiary u świętego Jana od Krzyża" drukiem, więc opracował jej wydanie dopiero po powrocie do Polski, w małej parafii na krańcu diecezji krakowskiej.

    - I brat stukał tę pracę, calutką po łacinie, jednym palcem - wspomina Maria Trzaska. Trudno, przepisując jakiś tekst, nie rozmawiać o nim, więc ksiądz Karol prowadził ze Staszkiem Wyporkiem rozmowy o tym, dlaczego ważne w życiu człowieka jest słuchanie głosu Bożego, umożliwianie Bogu działania poprzez człowieka. - Stasiu, ty byś na księdza pasował - powtarzał ksiądz Karol Wojtyła.

    - Ale brat się zarzekał, że jego bardziej interesują maszyny i w końcu został mechanikiem samochodowym - opowiada Maria Trzaska.

    Czasem nowy sąsiad pomagał przy pracach gospodarskich. - Raz zaszedł do nas, akurat tato z braćmi młócili zboże cepami. Ksiądz Karol chwilę się przyglądał, a w końcu zapytał, czy on też może spróbować. Tato pozwolił, więc zdjął sutannę, zawinął rękawy u koszuli i młócił razem z nimi do zmroku. Że też nie mieliśmy aparatu fotograficznego, to byłaby dopiero pamiątka - uśmiecha się Maria Trzaska.



    Z kapotą pod głową

    Ksiądz dziekan Kazimierz Buzała, który przez wiele lat był proboszczem w Niegowici, przyzwyczaił parafian do innego modelu księdza. - Jegomość miał być stateczny, życzliwy, ale nie pobłażliwy - mówi Józefa Wachel.

    Nowy wikary był zupełnie inny. - Przyszedł do nas w jednej sutannie, nawet pościeli nie miał. Jak mu kobiety we wsi uszykowały poduchę z pierza, zaraz ją oddał chorej staruszce. Pod głowę kładł sobie zwinięty kubrak, w którym w dzień chodził. Zimno u niego było w wikarówce, bo tylko jedną izbę opalał - opowiada Maria Trzaska.

    Nowy wikary uczył religii w szkołach w Wiatowicach, Pierzchowie, Nieznanowicach, Cichawie i Niegowici. Chociaż plebańskie gospodarstwo dysponowało własną bryczką i furmanką, kiedy były prace polowe, ksiądz Karol chodził do sąsiednich wsi piechotą albo dosiadał się na chłopską furmankę. - Lubił piesze przechadzki. Jak nie miał zajęć w szkole, spacerował plebańską ścieżką albo wśród łąk robił całe kilometry - Józefie Wachel utkwiła w pamięci malutka, czarna sylwetka, przesuwająca się wśród pól.

    - Kiedyś, jak szedł ze szkoły w Nieznanowicach, spotkał na przystanku nauczycielkę, która wracała z zakupioną w Bochni miednicą - opowiada Maria Trzaska. - Wtedy nic nie można było kupić, więc jak się komuś udało coś załatwić, jechał nawet na drugi koniec powiatu. Miednica była wielka, gospodarska, a kobiecina w zaawansowanej ciąży, więc ksiądz Wojtyła wziął od niej ten pakunek i zaniósł jej przed sam dom.

    Maria Trzaska pamięta jeszcze o letnim płaszczu, który ksiądz Karol Wojtyła oddał jej koledze. - Była ich trójka, bez ojca, straszna bieda - wspomina. - Ten mój kolega chodził do liceum w Gdowie bez butów. Ksiądz Wojtyła dał mu swój płaszcz, żeby chociaż na grzbiecie miał ciepło, a kiedy zachorowała matka i dzieci zostały bez opieki, pomógł załatwić im miejsce w dobrym domu dziecka. Ten kolega wyszedł na ludzi, skończył studia, pracował na uczelni.

    Próbowałam skontaktować się z bohaterem opowieści, ale nie chce wracać do tamtych czasów.

    - Ksiądz Wojtyła wielu ludziom tu pomógł. Jedni opowiadają, a inni nie chcą się nawet przyznać - marszczy brwi Józefa Wachel. - Ja powiem, co się mnie przydarzyło. Jesienią 1948 roku pojechaliśmy z mężem do Krakowa, do kina "Świt". Po filmie podeszło do nas dwóch esbeków i zabrali męża bez słowa. Za nic, chyba za to, że był prezesem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży w Niegowici, bo wtedy zaczęły się prześladowania katolickich organizacji. Wróciłam do domu. Nie wiedziałam, co robić, gdzie szukać, w końcu poszłam do księdza Wojtyły, żeby zamówić mszę. Nie wziął ode mnie grosza. "Taki on wasz, jak i mój, jak mógłbym w takiej chwili brać pieniądze" - powiedział. Męża wypuścili w styczniu 1949 roku.

    Wikarówka w Niegowici nadal służy księżom. W narożnej izbie, gdzie mieszkał Karol Wojtyła, jest teraz pokój gościnny. Prosty, z jasnymi meblami. Rozglądam się za osobistymi pamiątkami po wikarym-Papieżu. - Nic się nie zachowało, niestety - mówi przepraszająco ksiądz Łukasz, który już przywykł do odwiedzin dziennikarzy i wycieczek w papieskiej wikarówce.

    - A co się miało zachować? - kiwa głową z politowaniem Józefa Wachel. - Co ksiądz Wojtyła od nas dostał, zaraz oddał biednym. Jak do nas przyszedł w jednej sutannie i z małą walizeczką, tak stąd wyszedł w sierpniu 1949 roku.



    Spojrzenie świętego

    Nie ma już w Niegowici starego, drewnianego kościoła, w którym odprawiał msze i spowiadał wikary Karol Wojtyła. Sam zadbał o to, żeby nie było po nim pamiątek w pierwszej parafii. W maju 1949 roku na zebraniu w domu katolickim poddał parafianom, żeby wybudować kościół większy, murowany, który byłby jednocześnie prezentem z okazji 50-lecia kapłaństwa dla księdza proboszcza Kazimierza Buzały. Stary, drewniany kościółek został rozebrany i przewieziony do parafii Mętkowo pod Chrzanowem. Na konsekrację nowego Karol Wojtyła przyjechał we wrześniu 1966 roku, już jako arcybiskup.

    Szukamy jednak jego śladów w nowym kościele. W bocznej kaplicy Miłosierdzia Bożego znajdujemy stary, podrzeźbiany konfesjonał, który nie pasuje do nowoczesnego wystroju. Wisi na nim stuła i leży różaniec, więc chyba wierni wciąż z niego korzystają. - To konfesjonał ze starego kościoła - potwierdza Maria Trzaska, z domu Wyporkówna (nazwiska panieńskie odgrywają w tej historii ważną rolę). - Ksiądz Wojtyła spowiadał w nim, ale nie był bardzo surowy. Nikogo nie gromił, był bardzo wyrozumiały. Nieraz zastanawialiśmy się tu w Niegowici, jak go już z nami nie było, co w nim było takiego, że był inny od wszystkich? To jego ciągłe studiowanie, uczenie się, pomaganie innym, ogromna wrażliwość na biedę. Tak sobie myślę, że znaliśmy świętego.

    - A po czym to się poznaje? - pytam.

    - To była łagodność w oczach i dobroć. Niezwykła w swojej prostocie. Niech mnie pani nie pyta o cuda. Nie trzeba wymagać od ludzi cudów, trzeba być normalnym, dobrym człowiekiem - mówi po głębokim zastanowieniu Maria Trzaska Wyporkówna. - Jak na spotkaniach w domu katolickim opowiadał nam o żywotach świętych, mówił o nich tak, jakby przed chwilą tędy przeszli, tacy zwyczajni ludzie, którzy usłyszeli głos Boga.

    Józefa Wachel, z domu Kowalska, też zapamiętała to uważne, ciepłe spojrzenie. - Nie wiem, skąd się brało to jego spojrzenie na wskroś człowieka. Jak wyjeżdżał od nas, wiedzieliśmy, że daleko zajdzie. Czuło się, że Niegowić jest dla niego za mała.

    Niezwykła pamięć, w której przechowywał ludzi, urosła do legendy. - W 1990 roku moja córka wystarała się o prywatną audiencję u Jana Pawła II. Jak przyszła jej kolej, zaczęła się jąkać: "Ojcze Święty, ja jestem...". "Ja wiem" - przerwał jej, przyjrzawszy się uważnie. "Nie musisz mi się przedstawiać, bo jesteś podobna do mamy, Marysi Wyporkówny" - opowiada Maria Trzaska, z domu Wyporkówna. Rok później pojechała sama do Rzymu, z pielgrzymką nauczycieli z Gdowa. Absolwentka fizyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, nauczycielka, dyrektorka szkoły w Niegowici, w chwili osobistego spotkania z Papieżem pogubiła się jak dziecko. "Marysia Wyporkówna z Niegowici" - zmierzył mnie badawczo, a ja zapomniałam słów, tylko słyszałam, jak trzaskają migawki aparatów fotograficznych. A każde takie trzaśnięcie kosztowało sześć dolarów. W głowie mi się kręciło od tego - opowiada pani Maria. - Na zakończenie audiencji podszedł do mnie jeszcze raz, zajrzał mi badawczo w oczy i zapytał z rozbawieniem: "Co czułaś?". Zupełnie jakby wiedział, o czym myślałam.

    Józefa Wachel, z domu Kowalsconka (tak się mówi tu w Niegowici), nie uzbierała sobie nigdy na podróż do Rzymu, ale wyprosiła księdza z tutejszej parafii, który jechał do Jana Pawła II, żeby go od niej pozdrowił. - Ksiądz Piwowarczyk przekazał Ojcu Świętemu pozdrowienia od rodziny Wachlów, ale zapomniał, jak ja się nazywałam z domu. "Nie wiesz? No przecież Józka Kowalsconka" - uśmiechnął się Ojciec Święty - opowiada z dumą.

    Ksiądz Paweł Sukiennik, góral z Maniowych, student Karola Wojtyły z krakowskiego seminarium, przez niego wyświęcony, od 10 lat jest proboszczem w Niegowici. Ciekawa jestem, co myśli o tych odczuciach parafian. Święty, który jeszcze nie jest oficjalnie uznany przez Kościół, to delikatna sprawa, ale ksiądz Sukiennik podchodzi do niej z góralską szczerością: - Był niezwykły, to nie ulega żadnej wątpliwości. Miał fenomenalną pamięć. W 1997 roku przyjął na audiencji parafian z Niegowici i wypytywał ich, czy jeszcze chodzą ścieżką przez Lasowe Domy, pytał o takie nazwy, które funkcjonują tylko lokalnie wśród ludzi, nigdzie na mapie - zdumiewa się. - Miał dar czytania ludzkich sumień, potrafił prześwietlić tych ludzi, powiedzieć im o czymś, czego oni się nie spodziewali, że w ogóle ktoś może o tym wiedzieć. Taka postać obrasta oczywiście w legendy z biegiem lat, ale jest też i tak, że ludzie święci, którzy żyją z Bogiem, są przez niego wyposażani w szczególne dary, takie jak dobroć, autentyczność, które emanują z człowieka i przekładają się na jego sposób bycia.



    "Wikary Świata" patrzy na nas

    Kiedy odwiedziliśmy Niegowić w pierwszy dzień po Bożym Ciele, w oknach stały jeszcze święte obrazy, a w pamięci mieszkańców słowa, które usłyszeli od proboszcza Sukiennika na procesji. Że to wstyd, żeby w papieskiej parafii działy się takie rzeczy, żeby było pijaństwo, nieposłuszeństwo Bogu. "Parafia jest teraz na oczach całego świata, przyjeżdżają do nas wycieczki z całej Polski, goście z zagranicy, a co my im pokazujemy?" - napominał surowo proboszcz. Chociaż na moje oko to najspokojniejsze miejsce pod słońcem, kościół stoi otwarty, w każdej chwili można wejść i pomodlić się, ludzie życzliwi, chętni do rozmowy, cisza, spokój, jak u Pana Boga za piecem. Może to ten Karol Wojtyła z brązu, stojący na placu przed kościołem, zobowiązuje do większej dyscypliny... W powstanie jedynego na świecie pomnika Papieża jako prostego księdza zaangażował się ksiądz Jarosław Cielecki, pochodzący z tutejszej parafii. W Rzymie dotarł do międzynarodowego komitetu "Curato del Mondo" ("Wikary Świata"), którego wiceprezesem jest Jerzy Kluger, Żyd, przyjaciel szkolny z Wadowic Karola Wojtyły. Komitet powołano, żeby uświetnić 50 rocznicę kapłaństwa Jana Pawła II. Posąg z brązu wykonał profesor rzeźby Romano Pelloni, za wzór posłużyła fotografia, zrobiona przez kogoś z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży w Niegowici, na której wikary Karol Wojtyła zarzuca sobie na ramiona pelerynkę. Odsłonięto go w Niegowici w listopadzie 1999 roku. - Proszę obejrzeć tył pomnika, profesor Pelloni zaznaczył fałdami pelerynki, że Papież przyszedł ze wschodu - zdradza nam sekret ksiądz proboszcz Sukiennik. Oglądamy, faktycznie, pelerynka układa się wyraźnie ze wschodu na zachód. U stóp pomnika leży kamień, oznaczający początek szlaku papieskiego z Niegowici do Łapanowa, drogi, którą często przemierzał pieszo Karol Wojtyła. Pytam księdza Sukiennika, czy zdarza mu się chodzić papieskimi ścieżkami, czy to trudno uwolnić się od ideału. - Ojcu Świętemu i tak się nigdy nie dorówna - mówi z uśmiechem ksiądz Sukiennik. - Każdy powinien znaleźć własną ścieżkę. I nie zapomnieć, kto jest jego mistrzem.



    Rozmowa się nie skończyła

    Ostatnie słowa do Niegowici Jan Paweł II wypowiedział w testamencie, na który czekał cały świat. Podziękował parafianom z malutkiej podkrakowskiej wsi za wszystko, czego od nich doznał. Niegowić ciągle mówi do swojego wikarego. Po śmierci Jana Pawła II w kościele, który budował i konsekrował, wyłożono księgę kondolencyjną, do której wpisali się chyba wszyscy parafianie. Młodych zdradza pospieszne, rozbiegane pismo i myśli z prośbą o wskazanie drogi, modlitwę, wyznania miłości. Starsi kaligrafują pięknym charakterem słowa podziękowania za to, co zrobił, są dumni ze swojego wikarego, Papieża Polaka. Proszą, by wspomógł ich w trudnych chwilach, kiedy podupadają na zdrowiu. "Kto zrozumie chorego lepiej niż Ty sam?" - pisze Stanisław.

    Natrafiłam też w niej na swoistą korespondencję. Pisze Weronika Kocwa, lat dziewięć (z zachowaniem oryginalnej pisowni): "Ojcze Święty Janie Pawle II. To znowu ja: Weronika Kocwa. Jestem już po I Komunii Świętej. Dziękuję ci za to, że byłeś ze mną wtedy, kiedy pierwszy raz przyjmowałam Pana Jezusa w Komunii Świętej. Kocham Cię bardzo!!! Obiecuję Ci, że zawsze będę się starać modlić się rano i wieczorem. Pomagaj mi wtedy, kiedy będę potrzebowała pomocy. Chcę, abyś mi pomógł spełnić marzenia moich Rodziców. Kocham Cię bardzo i zawsze, nawet kiedy będzie mi źle, będę Cię kochać. A pozdrów ode mnie Pana Boga i Maryję!!! Kocham Cię. Weronika Kocwa"

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo