Lekarze, naukowcy, nauczyciele, sędziowie piłkarscy - co się...

    Lekarze, naukowcy, nauczyciele, sędziowie piłkarscy - co się dzieje, że w naszym regionie afera korupcyjna goni aferę

    Sylwia BŁAWAT

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Pierwszoligowy sędzia piłkarski ze Stalowej Woli, pracownicy naukowi Politechniki Radomskiej, lekarze orzecznicy kieleckiego i radomskiego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, nauczyciele z ogólniaka w Kozienicach i tak dalej, i tak dalej. O wszystkich tych ludziach prokuratorzy mówią, że brali łapówki. Afer kopertowych w naszym regionie jest coraz więcej. Co się dzieje? Czemu wszystko kupujemy w zaciszach gabinetów i za wręczane pod stołem pieniądze? Czy też zawsze tak było, ale teraz organy ścigania skuteczniej potrafią to udowodnić?

    Z badań prowadzonych przez niezależne ośrodki wynika, że Polacy od wielu lat twierdzą, iż w naszym kraju korupcja to bardzo duży problem. Tyle że jeszcze pięć lat temu policji i prokuraturze sporadycznie się udawało udowodnić, że ktoś za coś wziął łapówkę.

    - Żadnej ze stron nie zależy na przerwaniu tego procederu - ani tym, co dają, ani tym, co biorą - mówili wtedy śledczy. Sytuacja się zmieniła, co i rusz media donoszą o kolejnej aferze łapówkowej. Dlaczego? Czy to łapówkarze mają większego pecha, czy jednak ludziom znudziło się płacenie za coś, za co płacić nie powinni?

    - Niewątpliwie coraz sprawniej działają organy ścigania. Mamy większe możliwości do wykrywania tego typu przestępstw - wyjaśnia prokurator Bogdan Karp, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Kielcach. - Jest instytucja świadka koronnego, możliwość zakupu kontrolowanego, zakładania podsłuchów. I - rzecz jasna - inne unormowania prawne, jeśli chodzi o osoby wręczające łapówki. Jeśli o tym powiedzą policjantom czy prokuratorowi, zanim my sami wpadniemy na ich trop, nie ponoszą odpowiedzialności karnej.

    - Mentalność ludzi powoli się zmienia - tłumaczy oficer zajmujący się walką z korupcją. - Apetyty łapówkarzy tak wzrosły, że trzeba już było płacić niemal za wszystko. Za opiekę w szpitalu, za zdanie egzaminu, za wygranie przetargu... Ludzie zaczęli mieć dość, zaczęli o tym mówić i też coraz częściej nie mają z czego płacić.

    Fundacja Batorego, prowadząca program "Przeciw Korupcji" co roku robi badania m.in. wśród osób, którym przyszło wręczyć łapówki. Spytano ich, komu najczęściej je dawali. I okazało się, że - co chyba nie obiega od powszechnego mniemania - służbie zdrowia.



    Plama na fartuchu

    - Wciąż pokutuje w nas mniemanie, często niestety podsycane przez lekarzy, że w państwowych placówkach służby zdrowia, trzeba "posmarować", żeby ktokolwiek w ogóle zajął się pacjentem. I ludzie płacą. Ale też coraz bardziej ich to irytuje i coraz częściej są skłonni powiedzieć policji, komu, ile i za co dali w kopercie - mówi policjant, zajmujący się zwalczaniem korupcji. W naszym regionie takich spraw na jaw wyszło kilka. W ubiegłym roku w sierpniu zatrzymany został 49-letni kardiochirurg, ordynator Oddziału Wewnętrznego Szpitala Powiatowego w Kozienicach. Trafił do aresztu, wyszedł po kilku miesiącach, gdy wpłacił 100 tysięcy złotych poręczenia majątkowego. Oskarżono go o przyjęcie niespełna 10 tysięcy złotych od pacjentów. Kwoty miały być różne - od 100 do 1500 złotych, przy czym śledczy ustalili, że pan doktor sam się ich nie domagał, ale gdy ludzie dawali, brał.

    Kilka miesięcy później policjanci wkroczyli do gabinetu innego mazowieckiego doktora, tym razem zastępcy dyrektora szpitala w Iłży, będącego jednocześnie ordynatorem chirurgii. Jak wynikało z ich informacji, miał brać za badania i zabiegi. Zarzucono mu przyjęcie 20 tysięcy złotych, a on się przyznał. W Świętokrzyskiem najgłośniejsza tego typu historia rozegrała się w Pińczowie. Ordynatora oddziału wewnętrznego tamtejszego szpitala prokuratura oskarżyła o dziewięciokrotne przyjęcie łapówek od pięciu osób. Chodziło o kwoty od 50 do 200 złotych za lepszą opiekę nad pacjentem.

    Jest też jeszcze jedna dziedzina, w której lekarze, wedle śledczych, przyjmują pieniądze. Chodzi o przestępców i ułatwianie im życia. Najgłośniejsza ostatnio była sprawa znanego kieleckiego psychiatry Tadeusza Sekreckiego, oskarżonego o to, że wystawił za łapówkę fałszywe zaświadczenie, które umożliwiało uniknięcie odpowiedzialności karnej i podżeganie innego lekarza do napisania opinii sądowej, dzięki której skazany za zabójstwo nie poszedłby do więzienia. Doktor został skazany na 2,5 roku więzienia, 10 tysięcy złotych grzywny oraz zakaz wykonywania zawodu przez cztery lata.

    - To wierzchołek góry lodowej, bo pacjenci, jeśli z opieki po wręczeniu łapówki są zadowoleni, nie przychodzą do nas. Ale teraz mamy takie możliwości, że sami możemy tropić nieuczciwych doktorów. Wystarczy nam wiedza, kto lubi koperty, by ją sprawdzić, nawet bez zgłoszenia od pacjentów. Więc ci pazerni niech się boją, bo może się okazać, że pacjent, który właśnie daje im sto złotych, to oficer operacyjny policji - mówią funkcjonariusze.



    Wstyd za mundur

    Drugą grupą zawodową, którą wskazali ludzie pytani przez Fundację Batorego o to, komu wręczali łapówki, są policjanci z "drogówki". Faktycznie, czasami w ręce swoich kolegów po fachu wpadają panowie w mundurach o to właśnie podejrzani.

    - Wpadają, ale rzadko. A to dlatego, że najczęściej kierowca sto razy bardziej woli dać łapówkę, niż zapłacić mandat, choćby z tego tylko powodu, że łapówka jest mniejsza niż jego wysokość. Jeszcze więcej do stracenia mają ci, którzy wpadają na patrol, gdy jadą po kielichu - mówi jeden ze świętokrzyskich prokuratorów. - Więc jeśli akurat trafią na nieuczciwych policjantów, którzy godzą się przyjąć pieniądze i puścić pirata, chętnie płacą. Sprawy, dotyczące skorumpowanych policjantów z "drogówki", trafiają do nas sporadycznie - jedna, dwie na rok. I najczęściej są to te, gdzie łapówka została wymuszona.

    Zarzut przyjęcia łapówki postawiono dwa lata temu na przykład dwóm policjantom z kieleckiej "drogówki". Chodziło o zdarzenie drogowe, w którym uczestniczył pracownik firmy ochroniarskiej. Na miejsce przyjechali policjanci z sekcji ruchu drogowego Komendy Miejskiej Policji w Kielcach. Odebrali mężczyźnie prawo jazdy, jak twierdzi prokurator - niesłusznie. Potem za zwrot dokumentu mieli zażądać tysiąca złotych. Zdaniem śledczych nakłaniali go też, żeby twierdził, iż tuż przed zdarzeniem miał awarię hamulców. To także wpisali do dokumentów. Prokurator zarzucił przyjęcie tysiąca złotych łapówki za zwrot prawa jazdy, nakłanianie do składania fałszywych zeznań i fałszowanie dokumentów zarzucił prokurator. Jeden z nich został aresztowany, drugi oddany pod dozór policji.

    Nie o "drogówkę", a o patrol prewencji chodziło natomiast w innej sprawie, z ubiegłego roku. Dwaj policjanci pod Ostrowcem Świętokrzyskim zatrzymali do kontroli samochód, który miał nieoświetloną przyczepę. Gdy kierowca spytał ich, czy sprawy nie da się jakoś załatwić, a na siedzeniu obok położył stuzłotowy banknot, jeden z policjantów, zdaniem śledczych, miał się odezwać w te słowa: "Panie, nas jest dwóch". Prokuratura twierdzi, że wówczas kierowca dołożył drugie tyle i sprawa zakończyła się polubownie... Tyle że o incydencie natychmiast powiadomiono przełożonych obu policjantów.

    Pod zarzutem przyjęcia łapówki zostali aresztowani także dwaj policjanci z Mogielnicy, którzy mieli zażądać dwóch tysięcy złotych od kierowcy zatrzymanego, gdy prowadził auto pod wpływem alkoholu. Z kolei policjantowi z podkarpackiego Centralnego Biura Śledczego zarzucono przyjmowanie łapówek, utrudnianie śledztwa, przekroczenie uprawnień i niedopełnienie obowiązków. Miał rzekomo dostać łapówkę od podejrzanego w związku z aferą wyłudzenia dwóch milionów złotych podatku VAT.



    Koperty w urzędzie

    Kolejna grupa, o której powszechnie się mówi, że jest skorumpowana od stóp do głów, to urzędnicy. I to wszelkich szczebli - od tych najwyższych począwszy, przez wojewódzkie, powiatowe, miejskie i gminne. Jeszcze kilka lat temu tylko się o tym mówiło, teraz - coraz częściej do urzędów wkracza policja. O tych najwyższych słyszymy, gdy za kraty trafia jakowyś lobbysta czy poseł od wypasionego mercedesa. Z tymi niżej do czynienia mamy już na naszym, lokalnym gruncie.

    W Urzędzie Wojewódzkim w Radomiu o korupcji mówiło się zwłaszcza wtedy, gdy policjanci w zeszłym roku zatrzymali dwóch pracowników Wydziału Kontroli Legalności Zatrudnienia czy tak zwanej policji pracy. Obu urzędnikom zarzucono przyjęcie łapówek. Śledczy opowiadali o tym, jak "policja pracy" wykryła, że na jednej z budów zatrudnieni są na czarno pracownicy - sprawę załatwiono za dwa tysiące złotych i remont stodoły jednego z podejrzanych. W innym przypadku, gdy nieprawidłowości były w zakładzie krawieckim, łapówką było kilka garsonek...

    Policja pojawiła się także w Starostwie Powiatowym w Zwoleniu. Chodziło o urzędników podejrzewanych o to, że przyjmują pieniądze w zamian za podejmowanie decyzji korzystnych dla dających. Zatrzymano cztery osoby, dwie z nich aresztowano. Urzędnikiem podejrzanym o korupcję zajęli się też kieleccy funkcjonariusze. To oni ścigali pracownika Koneckiego Towarzystwa Budownictwa Społecznego, podejrzanego o to, że chciał dać 20 tysięcy złotych prezesowi tejże instytucji, żeby nie kontrolował rozliczeń, za które ów pracownik był odpowiedzialny. Z kolei w kieleckim Urzędzie Miejskim policja pojawiła się wiosną tego roku. Chodziło o pracownicę "lokalówki", czyli wydziału zajmującego się przyznawaniem lokali komunalnych. Śledczy mówili, że chodzi o kilka przypadków i kwoty od kilkuset do kilku tysięcy złotych.

    - Sprawa wciąż się toczy, zarzuty w tej chwili ma pięć osób i pani, aresztowana na samym początku, to nie jedyny pracownik kieleckiego ratusza, który jest przez nas bacznie obserwowany - mówi prokurator Wydziału do Walki z Przestępczością Zorganizowaną Prokuratury Okręgowej w Kielcach.

    Kłopoty z wymiarem sprawiedliwości miał też pracownik Urzędu Miejskiego w Ostrowcu Świętokrzyskim, którego prokuratura oskarżyła o to, że przyjął ponad 10 tysięcy złotych od jednej z firm. Mężczyzna zgodził się dobrowolnie poddać karze dwóch lat więzienia w zawieszeniu na pięć lat, grzywnie, zwrotowi przyjętych "korzyści", a także zakazowi pełnienia funkcji publicznych przy przetargach.

    - Korupcyjne sprawy "urzędnicze", które do tej pory ujrzały światło dzienne, są niedużego kalibru, ale na te większe też przyjdzie czas. A wtedy polecą głowy - zapowiadają śledczy.



    Przerwa na łapówkę

    O nauczycielach, i tych ze szkół średnich, i tych z wyższych, rzadko dotychczas mówiło się w kontekście łapówek. Prędzej - prezentów przed egzaminami. Mimo to ludzie pytani przez Fundację Batorego o to, komu dawali pieniądze, i tę grupę zawodową wskazali. Jeszcze dwa-trzy lata temu organy ścigania, poproszone o skomentowanie tego, pewnie wzruszałyby ramionami. Teraz już nie muszą, bo i w ich ręce nauczyciele wpadają. Jedna z najgłośniejszych spraw korupcyjnych w Polsce dotyczy przecież nauczycieli akademickich. Chodzi o aferę na Politechnice Radomskiej.

    - W tej chwili zarzuty przyjmowania korzyści majątkowych przedstawiliśmy czterem nauczycielom akademickim. Pierwszy z nich to 58-letni profesor matematyki, którego podejrzewamy o to, że przyjął osiem tysięcy złotych. Druga jest pani doktor z tej samej katedry - zarzucamy jej przyjęcie 20 tysięcy złotych, trzecia osoba to doktor, też z matematyki, a czwartą, tym razem z chemii, zatrzymaliśmy kilka dni temu pod zarzutem przyjęcia 3,7 tysiąca złotych - opowiada prokurator Andrzej Szeliga, szef Wydziału Śledczego radomskiej Prokuratury Okręgowej. Zarzuty mają też studenci, którzy dawali łapówki, łącznie na razie prokuratura ma pod lupą ma kilkanaście osób.

    W ubiegłym roku głośne były dwie inne sprawy z Mazowsza. Pierwsza tyczy zaocznego liceum w Kozienicach, gdzie o przyjmowanie łapówek za pomyślne egzaminy i zaliczenia oskarżono całe grono pedagogiczne. O przyjęcie pieniędzy bądź prezentów od uczniów prokuratura oskarżyła dziewięciu nauczycieli Niepublicznego Zaocznego Technikum Usług Fryzjerskich dla Dorosłych w Radomiu.

    W Kielcach kilka miesięcy temu aresztowany został dyrektor jednej z tutejszych podstawówek. Postawiono mu dziewięć zarzutów. A policja mówiła tak: - Mężczyzna jest podejrzewany o to, że pełniąc publiczną funkcję dyrektora szkoły podstawowej, przyjmował przez kilka lat korzyści majątkowe.

    - Nauczyciele to swoista grupa zawodowa. Mają pewien rodzaj władzy, bo przecież od nich zależą uczniowie czy studenci. Dlatego niektórzy z pedagogów, ci nieuczciwi, czują się bezkarni. Władza napawa pychą, a pycha rodzi nieostrożność - dlatego wpadają - opowiadają policjanci. A'propos poczucia bezkarności: kiedy na Politechnice Radomskiej aresztowano już profesora matematyki, policjanci namierzyli panią doktor, jego podwładną. Wcale się nie przejęła ani wystraszyła aresztowaniem szefa - ponoć nawet w dniu jej zatrzymania przygotowywała się do przyjęcia kolejnych kilkuset złotych...



    Renta po znajomości

    I jeszcze jedna sfera, o której mówi się, że łapówkarstwo w niej kwitnie. Przyznawanie rent ludziom, którym się one nie należą.

    - Wielu jest chętnych, by takie świadczenie dostać, zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę stopę bezrobocia. Wielu więc chce zapłacić, żeby choćby czasowo dostać stałe świadczenie z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych - mówią policjanci. W ubiegłym roku w Świętokrzyskiem Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zrobiła czystkę, prokurator na ławie oskarżonych posadził 17 osób, w tym czterech lekarzy z kieleckiego ZUS-u. Załatwienie renty, jak wynika z dokumentów, kosztowało od kilkuset do trzech tysięcy złotych. Z tego lekarz dostawał od dwustu do tysiąca złotych, reszta trafiła do kieszeni pośredników, w tym także pracownicy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Proceder trwał dwa lata. Prokuratura udokumentowała ponad dwadzieścia przypadków załatwiania świadczeń za łapówki. Proces właśnie się zaczął.

    Niemal identyczna sprawa, którą rozpracowują wciąż organy ścigania, rozgrywa się w radomskim oddziale ZUS. Nie dalej jak tydzień temu zatrzymano kolejną osobę, lekarza orzecznika, któremu zarzucono przyjęcie łapówek w zamian za przyznanie nienależnych rent - chodzi o siedem takich przypadków. Lekarz jest dziewiętnastą osobą podejrzaną w tej sprawie, zaś śledczy mówią, że udowodnili ponad 50 przypadków nienależnego przyznania świadczeń. I wcale nie wiadomo, czy to jest koniec.



    Są rady na układy

    90 procent Polaków, spytanych w 2003 roku przez Centrum Badania Opinii Społecznej o to, czy korupcja w Polsce jest dużym problemem, stwierdziło, że tak. Podczas identycznych badań, przeprowadzonych rok później odpowiedź twierdzącą dało już 95 procent pytanych. W ciągu tych dwóch lat policjanci i prokuratorzy z naszego terenu ujawnili kilkanaście grubych korupcyjnych afer. Takich, jakie wcześniej nie wychodziły na jaw.

    - Łapownictwo sięgnęło dna, ludzie przerwali zmowę milczenia, nie chcą dłużej płacić, często także za to, co należy im się bez pieniędzy. Zirytowani bezczelnością i poczuciem bezkarności tych, którzy biorą pieniądze, zdecydowali się mówić - wyjaśnia jeden z policjantów.

    - I jeszcze jedna rzecz - ludzie coraz częściej widzą, dzięki skuteczności wymiaru sprawiedliwości, że do lamusa odchodzi kumoterstwo, znajomości - mówi prokurator Andrzej Szeliga. - Gdy mamy dowody, że ktoś, choćby z samego świecznika, brał łapówki, nic mu nie pomoże. Powoli odchodzi do historii hasło "Nie ma rady na układy". Jest rada.



    Za branie i za dawanie

    Najsurowsze kary grożą tym, którzy przyjmują łapówkę znacznej wartości (lub jej obietnicę) w związku z pełnieniem przez siebie funkcji publicznej. Jeśli takiej osobie sąd dowiedzie winę, grozi jej od dwóch do 12 lat więzienia. Jeśli łapówka ma wartość "zwykłą", czyli nie jest zbyt duża, sąd może orzec w stosunku do "łapówkobiorcy" (oraz tego, kto żąda łapówki) na stanowisku od 6 miesięcy do lat 8 więzienia, a gdy sprawa jest mniejszej wagi - pozbawienie wolności do dwóch lat.

    Widmo kary wisi też nad łapówkodawcą, zwłaszcza tym, który "udziela lub obiecuje udzielić korzyści majątkowej lub osobistej osobie pełniącej funkcję publiczną, aby skłonić ją do naruszenia obowiązku służbowego albo udziela korzyści takiej osobie za naruszenie obowiązku służbowego". Podlega on karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. Jeżeli jednak ten, kto łapówkę wręczył i została ona przyjęta, zawiadomi o tym organy ścigania, nie podlega odpowiedzialności karnej.




    Afera w sporcie

    Operację specjalną przeprowadzili dolnośląscy policjanci, którzy rozpracowywali sprawę korupcji w środowisku sędziów piłkarskich. Kilka tygodni temu koło Kielc wręczyli łapówkę kontrolowaną mieszkającemu w Stalowej Woli pierwszoligowemu arbitrowi. Ten - jak opowiadają - przyjął 100 tysięcy złotych w zamian za ustawienie wyników dwóch meczów. Za kraty trafił nie tylko on, ale także jeden z działaczy, a kilka dni temu także drugi sędzia pierwszoligowy, tym razem z Łodzi. Prokurator mówi, że działają w zorganizowanej grupie przestępczej, która trudniła się ustalaniem za pieniądze wyników meczów piłki nożnej na wszystkich szczeblach. Zapowiadane są kolejne zatrzymania...




    Afery w biznesie

    Podkarpaccy policjanci w ubiegłym roku pracowali nad sprawą dotyczącą próby skorumpowania członków zarządu rzeszowskiej wytwórni sprzętu gospodarstwa domowego "Zelmer". Zatrzymano dwie osoby, które - zdaniem śledczych - obiecały 750 tysięcy złotych jednemu z członków zarządu "Zelmera" w zamian za przekazanie przez firmę 1,5 miliona złotych w formie darowizny dla Stowarzyszenia Wspólnoty Narodów Słowiańskich. Założycielem i prezesem tego ostatniego jest jeden z zatrzymanych.




    Afera w wojsku

    Pięciu oficerów i dwóch cywili, którzy pracowali w Iraku pod kieleckim dowództwem, trafiło zimą tego roku do aresztu między innymi pod zarzutem przyjmowania korzyści majątkowych w związku z pełnieniem funkcji publicznych. Sprawa wyszła na jaw po tym, jak na lotnisku we Wrocławiu znaleziono 90 tysięcy dolarów przy dwóch powracających z Iraku żołnierzach.




    Afera z "prawkami"

    Jedna z najgłośniejszych afer korupcyjnych w Polsce związana była z Wojewódzkim Ośrodkiem Ruchu Drogowego w Radomiu i kursami na prawo jazdy. Zarzuty przedstawiono kilkudziesięciu osobom (między innymi - instruktorom, egzaminatorom, pośrednikom, lekarzom), a choć większość z nich już została skazana, organy ścigania nie śpią, na jaw wciąż wychodzą nowe wątki tej sprawy. Ot, choćby taki, jak ostatnio - że egzaminy za kursantów zdawały osoby podstawione, co skutkowało na przykład tym, że prawo jazdy otrzymały (choć nie zdawały egzaminów), osoby chore psychicznie czy niedorozwinięte.




    Ramię w ramię

    O to, dlaczego w ciągu ostatnich miesięcy na jaw wychodzi tak wiele afer korupcyjnych, spytaliśmy prokuratora Andrzej Szeligę, naczelnika Wydziału Śledczego Prokuratury Okręgowej w Radomiu: - Zmieniły się przepisy i zmieniła się mentalność ludzi. To pierwsze daje większe możliwości ścigania tej kategorii przestępstw - policja zyskała większe uprawnienia, może zakładać podsłuchy, stosować operacje specjalne, od przesyłki niejawnej kontrolowanej począwszy, na zakupie kontrolowanym skończywszy, przez wiele innych środków. Dano policji w rękę oręż, a ona robi z niego użytek. Po drugie, zmieniła się mentalność samych policjantów. Teraz współdziałają już od samego początku i z prokuraturą, i z sądem. Idziemy ramię w ramię, dzięki czemu policjanci wiedzą, że ich praca nie idzie na marne. Teraz zdają sobie sprawę, iż to, co robią już na etapie operacyjnym, zostaje przełożone na materiał dowodowy. Widzą efekty swojej pracy, a to mobilizuje.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo