Raport z przechowalni dzieciństwa

    Raport z przechowalni dzieciństwa

    Iza BEDNARZ

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    10-letnia Dominika nie wyobraża sobie, że mogłaby zamieszkać w innej rodzinie niż ta, do której jeździ od święta. Maciek już dziesiąty rok czeka w domu dziecka to na ojca, to na matkę. - Rodzina zastępcza? - wzrusza ramionami. - Po co mi rodzina zastępcza, przecież ja już mam rodzinę...

    Dorastający wychowankowie domów dziecka często nie zdają sobie sprawy, że jest inny świat. Zresztą, kto miałby im go pokazać. Taniej jest przechować dzieci jak bagaż.

    - Pani Ewelinko, wyjdzie pani za mnie? - 15-letnia Aneta klęka zamaszyście przed wychowawczynią, podtykając jej pod nos wielki bukiet świeżo wyrwanej marchwi z nacią. - Jasne, jak zrobisz z tej marchwi sok - śmieje się wychowawczyni. Kiedy trzy lata temu Aneta i jej dwie młodsze siostry przyszły do domu dziecka w Winiarach koło Nowego Korczyna, rzucały się każdemu na szyję. Chciały koniecznie czuć się potrzebne, kochane. Trudno im było zrozumieć, że mama i tato o nich zapomnieli, oddali na wychowanie dziadkom, a dziadkowie, którzy mają własne problemy, nie są w stanie cały czas zajmować się wnuczkami. Dziewczynki czekają od soboty do soboty, od świąt do wakacji, że babcia zadzwoni i będą mogły do niej przyjechać na parę dni. Najbardziej czeka najmłodsza 10-letnia Dominika, z tego czekania myli jej się wszystko i mówi o babci "mama". Kiedy zapytałam ją, czy chciałaby zamieszkać w jakiejś rodzinie, mówi po namyśle: nie, tylko z mamą i tatą. Nawet jakbym miała czekać do końca świata.

    16-letni Maciek wytrzymał w rodzinie zastępczej trzy dni. - Nie pasowaliśmy do siebie - mówi niechętnie. - Zresztą po co mi rodzina zastępcza? Przecież ja już mam rodzinę.

    - To dlaczego z nią nie mieszkasz?

    - Widocznie nie ma takiego prawa - uśmiechem pokrywa zakłopotanie.

    - I będziesz mieszkał w domu dziecka aż do dorosłości?

    - No, jak trzeba...

    - A potem?

    - Nie wiem. Jak wyjdzie - mówi bez przekonania.



    Przechować do dorosłości

    Beacie Rogowskiej, dyrektor Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego w Kielcach, włosy zjeżyły się na głowie kiedy zobaczyła raporty pracowników ośrodka, którzy sprawdzali jak domy dziecka dbają o regulowanie spraw rodzinnych swoich podopiecznych. Najlepiej w tym wszystkim wygląda powiat kielecki, gdzie od roku do żadnego z dwóch domów małego dziecka w Kielcach nie trafia żaden noworodek z naszego powiatu.

    Wszystkie nowo narodzone dzieci, które nie mogą być wychowywane przez naturalnych rodziców, są umieszczane w rodzinnych pogotowiach opiekuńczych i jeśli tylko unormuje się ich sytuacja prawna, kierowane do adopcji. - Kielce są jedynym powiatem w województwie, w którym dzieci nie są przetrzymywane w domach dziecka - mówi Rogowska. - Niestety, gdzie indziej tkwią w placówkach całymi latami. Najgorzej jest w domach mieszczących się w małych miejscowościach. Przy okazji tej kontroli wyszło na jaw, że w jednym z domów dziecka zgłoszono do adopcji dzieci dopiero po pięciu latach od uprawomocnienia się postanowienia o odebraniu praw rodzicielskich ich rodzicom. Teraz dzieci mają już po 13, 12 lat i nikt nie zaryzykuje dla nich adopcji. Są skazane na pobyt w placówce do czasu aż staną się dorosłe. Czasem sobie myślę, że dobro dziecka jest na szarym końcu, a liczy się przede wszystkim, żeby placówka działała i ludzie mieli miejsca pracy - mówi rozgoryczona.

    Renata Segiecińska, pełnomocnik wojewody świętokrzyskiego ds. rodziny, przyznaje, że wielu domom daleko do ideału. - Od dwóch lat przekonujemy dyrektorów domów dziecka, żeby przekształcali swoje placówki w ośrodki wielofunkcyjne. Żeby były w nich mieszkania autonomiczne dla starszych dzieci, przygotowujących się do usamodzielnienia, mieszkania chronione dla już usamodzielnionych wychowanków, pogotowie opiekuńcze, ogniska wychowawcze i placówki wsparcia dziennego, do których przychodzą na zajęcia dzieci z osiedla. Chodzi o to, żeby starsze dzieci trenowały życie w rodzinie, skoro jest dla nich już za późno na adopcję czy pobyt w rodzinie zastępczej - tłumaczy.

    W ciągu tych dwóch lat osiem z jedenastu działających na terenie województwa świętokrzyskiego domów dziecka przekształciło się w wielofunkcyjne placówki. - Ale same ładne pokoje nie wystarczą - zdaje sobie sprawę Segiecińska. - Potrzebna jest solidna praca wychowawcza z dziećmi i ich rodzicami naturalnymi. Dzieciaki, które mieszkają od kilku lat w domach dziecka, nie zaakceptują już innej rodziny. Zbyt silnie w nich tkwi, że mają własnych rodziców. Nie ma sensu umieszczać dziecka na siłę w rodzinie zastępczej, jeśli ma dobre relacje z wychowawcą i jest silnie związane ze swoimi rodzicami naturalnymi. Nastolatek to już dojrzały człowiek, nie zmieni się go i nie wychowa jak niemowlaka - tłumaczy.

    Kiedy pytam Renatę Segiecińską, ile jest takich wzorcowych placówek, odpowiada: - Z ręką na sercu: najwyżej dwie. Dlatego, że nawet najlepsze plany rozbijają się o pieniądze.



    Po co się zaprzyjaźniać?

    W rodzince w Zespole Placówek Opiekuńczo-Wychowawczych "Dobra Chata" (jak od roku nazywa się Dom dziecka przy ul. Sandomierskiej w Kielcach) pięciu chłopców właśnie wróciło z basenu i odgrzewają sobie na kuchence gołąbki z sosem. Rodzinka to segment, w którym mieszka zwykle 10-12 dzieci, najczęściej licznych rodzeństw. Mają wspólną kuchnię, gdzie samodzielnie przyrządzają sobie śniadania i kolacje (jak nie mają czasu na gotowanie obiadów, dostają je z placówkowej kuchni), sami robią zakupy, pod okiem wychowawcy planują wydatki, odrabiają lekcje. Mieszkają jak liczna rodzina, do której przychodzą w odwiedziny rodzice. Są inni niż dzieci z dużych domów-molochów. Jest w nich mniej agresji i buntu. - Sprawiają mniej kłopotów wychowawczych - przyznaje Elżbieta Kozyra, dyrektor "Dobrej Chaty", która zaczynała pracę w tym domu, kiedy jeszcze był molochem z wieloosobowymi sypialniami. Uważa, że udało jej się znaleźć sposób na uniknięcie dzieciństwa w przechowalni. - Nie walczę z rodzicami naturalnymi, bo żadna siła nie wyeliminuje z dzieci chęci bycia z nimi. Postawiłam na przyjaźń - tłumaczy. - Staramy się pomagać tym rodzicom, pracować z nimi, nakłaniać do leczenia, do tego, żeby zmienili swoje życie. Wielu z nich jest niedojrzałych jak dzieci, uwikłanych w pokoleniowy łańcuch zależności i patologii. Pomagamy im uświadomić sobie, że jeszcze mogą się zmienić.

    Drugi element to rodziny zaprzyjaźnione. Z "Dobrą Chatą" współpracuje pięć takich sprawdzonych zaprzyjaźnionych rodzin. Są to ludzie, którzy najpierw zostali przeegzaminowani przez dyrekcję "Dobrej Chaty", sprawdzeni przez służby socjalne, nawiązali kontakty z dziećmi, uzyskali zgodę sądu rodzinnego na zabieranie dzieci na przepustki. Za to co robią, nie dostają ani grosza. - Nie trzeba bać się rodzin zaprzyjaźnionych - przekonuje Elżbieta Kozyra. - Jeżeli dziecko nie ma szans na powrót do rodziny naturalnej i jest za duże na adopcję, nie akceptuje rodziny zastępczej, rodzina zaprzyjaźniona jest dla niego najlepszym wyjściem. Wie, że zawsze może na nich liczyć, ma gdzie spędzić święta, wakacje, wolne dni. Kiedy się usamodzielni i wyjdzie z domu dziecka, nie jest zupełnie samo, ma gdzie pójść, nawet awaryjnie zamieszkać czy dożywić się. To taki margines bezpieczeństwa, który jest potrzebny każdemu człowiekowi, zwłaszcza kiedy zostaje sam.

    11-letni Mariusz z domu dziecka "Kamyk" przy ul. Toporowskiego w Kielcach od roku ma zaprzyjaźnioną rodzinę. Chłopiec jest poważnie chory neurologicznie, musi brać leki opóźniające rozwój choroby. Nie ma szans na adopcję krajową i zagraniczną, mimo że jego sytuacja rodzinna jest najprostsza: jest sierotą naturalnym. Kiedy choroba się ujawniła, Mariusz miał stany nadmiernego pobudzenia, trudno było opanować jego ruchliwość. Odkąd wychodzi na soboty i święta do swojej zaprzyjaźnionej rodziny, jest spokojniejszy. - Może to zasługa leków, a może jedno i drugie, ale jest lepiej - ocenia Zofia Wesołowska, dyrektor "Kamyka".



    Szkoda każdego tygodnia

    Tylko w ciągu ostatniego półrocza nowy dom i rodzinę adopcyjną znalazło w województwie świętokrzyskim 13 dzieci kierowanych poprzez Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy w Kielcach. W samym powiecie kieleckim czworo umieszczono w nie spokrewnionych rodzinach zastępczych, a troje w rodzinnym domu dziecka. - Można wyprostować nawet najtrudniejsze sprawy, trzeba tylko wykrzesać z siebie trochę pasji i serca - uważa Dorota Ławniczak, specjalista ds. rodzinnych w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie w Kielcach. - My się zawzięliśmy, że nie darujemy nawet tygodnia w przypadku noworodków. Jeżeli tylko mogą opuścić szpital, natychmiast kierujemy je do rodzinnego pogotowia opiekuńczego, a potem pilnujemy w sądzie, żeby jak najszybciej trafiły do rodzin adopcyjnych. Starszym dzieciom też można pomóc w ułożeniu normalnego życia. Problem w tym, że nie wszystkim urzędnikom Powiatowych Centrów Pomocy Rodzinie się chce - mówi bez ogródek.

    Pracownicy domów dziecka też to potwierdzają: - Wiele spraw można rozwiązać znacznie wcześniej, ale to nie my pilnujemy ich w sądzie. My mamy zajmować się dziećmi - podkreślają. I dodają: - Praca socjalna z rodziną leży. Dzieci trafiają do nas za późno, kiedy patologia w domu jest już głęboka, ale jednocześnie są głębokie więzi z rodzicami. Co robiły do tej pory służby socjalne?

    Ligia Płonka, dyrektor domu dziecka w Winiarach mówi, że nawet gdyby chciała kierować młodsze dzieci do rodzin zastępczych, ich naturalni rodzice nie zgadzają się na to. Dlatego dom stara się pracować nad utrzymaniem więzi z naturalną rodziną i, o ile to możliwe, nad powrotem dziecka do niej. W tym roku już ponad dziesięcioro dzieci wróciło do swoich rodzin. Jak im się układa? - Różnie, ale co możemy zrobić - mówi pani dyrektor.

    Jedna z podopiecznych tego domu (jest tu od pięciu lat) co roku jeździ do swojej matki, która nie chce jej zabrać do siebie, bo tak jest prościej. Przecież dziecko ma gdzie spać, jeść też dostanie. Sąd nie odbierze matce praw do córki, bo przecież kontaktuje się z dzieckiem raz do roku. - Podczas takiej rozmowy nawet nie bardzo wiadomo o co pytać. Jakby dwie obce osoby spotkały się w jednym przedziale w pociągu. Dziewczynka wraca do nas z chaosem w głowie, niby ma matkę i nie ma jej wcale - mówi pani Ewelina, wychowawczyni.

    Beata Rogowska, szefowa Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego w Kielcach nie uznaje takich rozwiązań. - Po co szarpać dziecko? Przerabialiśmy już problem naturalnych rodziców, którzy nie zgadzają się na umieszczenie dziecka w rodzinie zastępczej i jednocześnie nie mają z nim najlepszych relacji. Podczas odwiedzin w domach dziecka zachowywali się agresywnie, roszczeniowo, mieli wszystko wszystkim za złe. Zaprosiliśmy ich do nas na spotkania z rodzinami zastępczymi. Baliśmy się, że będą się awanturować. Nic podobnego, słuchali, przyglądali się. Potem przychodzili na kolejne spotkania, żeby lepiej poznać tamte rodziny. W końcu zrozumieli, że nikt nie zabiera im dzieci na zawsze, tylko na pewien czas chce tym dzieciom stworzyć namiastkę rodzinnego domu, a oni będą mogli je odwiedzać. Dotarło do nich, że mogą wybierać tylko pomiędzy domem dziecka a rodziną zastępczą. Prawie wszyscy wybrali rodziny zastępcze. Nie sądzę, żeby czuli się okradnięci - mówi.



    Dominika będzie czekać

    Dominika czekała wczoraj cały dzień na telefon od babci, którą nazywa mamą. Już cztery dni tak czeka. Ale wszystkim koleżankom mówi, że jutro wyjeżdża do babci.

    Maciek nie wie, co będzie robił jak skończy szkołę. Z ojcem chyba nie zostanie, bo nie bardzo się dogadują. Może poczeka aż mama, która jest w ośrodku resocjalizacyjnym, będzie mogła wziąć go do siebie. Ma wyjść za cztery lata. A potem? Wzrusza ramionami. Nie wybiega tak daleko w przyszłość. Nie ma planów ani wielkich marzeń. Dostosował się do systemu. Czasem dzwoni do niego starszy brat, który już się usamodzielnił i mieszka gdzieś w Polsce. Nawet odwiedził go dwa lata temu w Winiarach. - Może zamieszkasz z bratem? - podpowiadam i wzbudzam u chłopaka śmiech. - E, wystarczy, że się ze sobą kontaktujemy - mówi. Jest zupełnie sam.



    Ile dzieci, ile domów

    W 2001 roku w województwie świętokrzyskim było w placówkach opiekuńczych całodobowych (domach dziecka) 720 dzieci. W 2005 roku - 471. Liczba dzieci zmniejszyła się, bo trafiły do rodzin zastępczych, adopcyjnych, usamodzielniły się.

    W 2001 roku w województwie świętokrzyskim było 25 placówek opiekuńczo-wychowawczych dla dzieci, w 2005 r. - 36, w tym 11 państwowych domów dziecka.

    W 2001 roku rodzimych domów dziecka było 9, w 2005 roku jest ich 20. W całym województwie działa ok. 30 zawodowych rodzin zastępczych, z tego w samym powiecie kieleckim jest 18.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo