Śladami Jana Pawła II. Niezwykłe historie z małego pokoiku u...

    Śladami Jana Pawła II. Niezwykłe historie z małego pokoiku u sióstr urszulanek na Jaszczurówce, do którego przyszły Papież przyj

    Iza BEDNARZ

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Część szesnasta

    Zdecydowaliśmy się odbyć wędrówkę szlakiem Jana Pawła II, odwiedzić miejsca, w których zostawił swoje ślady i które odcisnęły w Nim swoją obecność. Odszukać ludzi, którzy byli dla Niego ważni i którzy zachowali w sobie na całe życie Jego dotknięcie. Dziś część szesnasta.

    Gość przyjechał służbowym samochodem. Za cały bagaż miał niewielki plecak i narty. Siostry urszulanki zaprowadziły go po schodkach do skromnie umeblowanego pokoju - proste, żelazne łóżko, stół rozkładany jak książka, biurko, cztery krzesła, na podłodze sznurkowy dywan, za parawanem łazienka.
    Rozejrzał się po pokoju, wyjrzał przez okno na kawałek lasu i polany pod Nosalem. Zadowolony kiwnął głową. Od tamtej pory co roku biskup Karol Wojtyła przyjeżdżał na Jaszczurówkę, żeby odrabiać "dniówki" zalecone przez lekarza.



    Najmłodszy biskup w Polsce

    Najmłodszy w Polsce biskup, 38-letni Karol Wojtyła nie chciał być tylko kościelnym dostojnikiem. Dlatego po przyjęciu w 1958 roku godności biskupa pomocniczego archidiecezji krakowskiej nie zrezygnował z żadnych swoich dotychczasowych zajęć. Pozostał wykładowcą na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, nadal pracował ze studentami, organizował spotkania modlitewne i konferencje naukowe dla przedstawicieli świata nauki i kultury, towarzyszył pielgrzymkom do Kalwarii Zebrzydowskiej, wizytował parafie w swojej diecezji, święcił księży i nowe kościoły, bierzmował, a kiedy ktoś poprosił, chrzcił dzieci, udzielał ślubów. Nocami ślęczał nad książkami, rozbudowując swój system filozoficzny, poszukując prawdy o człowieku i jego miejscu we współczesnym świecie. Pod koniec 1960 roku jego silny, wytrenowany na górskich wędrówkach organizm powiedział: dość. Przyplątała się mononukleoza, wirusowa choroba zakaźna o wielomiesięcznym przebiegu, atakująca węzły chłonne, wątrobę, mięsień sercowy. Mądry lekarz zalecił wypoczynek, ale nie jednorazowy, tylko sumienny, powtarzany regularnie - zimą dwa tygodnie na nartach, latem cztery tygodnie, z czego dwa na górskich wędrówkach, dwa na kajakach. Ktoś z przyjaciół podpowiedział Jaszczurówkę w Zakopanem. Lepszego miejsca nie można było sobie wymarzyć.



    Gdzie kąpią się salamandry

    Dostać się tutaj można pieszo z Zakopanego - z centrum około godziny dla wytrenowanego piechura. Trzeba się trochę piąć pod górę, bo osiedle leży na 900-metrowym wzniesieniu, u wylotu Doliny Olczyskiej. W XIX wieku Jaszczurówka należała do dóbr poronińskich hrabiego Uznańskiego. Nazwa pochodzi od salamander plamistych, nazywanych przez górali "jaszczurami", które wraz z innymi płazami i gadami występowały licznie w okolicy bijącego tu zdroju cieplicowego. Wiadomość o źródle podał w 1839 roku Ludwik Zejszer. Mająca prawie 20 stopni Celsjusza woda zbierała się w zagłębieniu, które nawet zimą było otoczone zielenią. Eugeniusz Janota w 1860 roku pisał: "Lud używa kąpieli w Jaszczurówce przeciw darciu i łamaniu w członkach i puchnieniu takowych". O zdrowotnych zaletach źródła na Jaszczurówce wspominał także profesor Józef Dietl, znany krakowski balneolog. Adam Uznański urządził tam w 1862 roku basen, dom z sześcioma pokojami i zajazd ze stajniami, na początku jednak nikt tam nie mieszkał, "bo to pustynia". W kolejnych latach wybudowano już następny basen, był więc podział na kąpieliska męskie i damskie, a w 1891 roku dobudowano trzeci - kryty basen. W zdrowotnym zdroju na Jaszczurówce "płukał się" między innymi Henryk Sienkiewicz. W 1898 roku były tu już dwa hotele i trzy wille oraz tartak. W 1957 roku temperatura w cieplicy spadła po wykonaniu 150-metrowego odwiertu, z którego wytrysnęła chłodna woda. Jeszcze w latach siedemdziesiątych z basenu na Jaszczurówce chętnie korzystali turyści odwiedzający Zakopane. Z czasem kąpielisko popadło w ruinę. Dziś pozostał tylko pusty basen zarośnięty chaszczami, smutne świadectwo braku wyobraźni i szacunku człowieka dla bogactw przyrody.

    Będąc na Jaszczurówce warto podejść w górę szosą do drewnianej kapliczki pod wezwaniem Serca Pana Jezusa, zbudowanej według projektu Stanisława Witkiewicza - ojca Witkacego - klasycznego przykładu stylu zakopiańskiego.

    Od 1932 roku w Jaszczurówce-Borach gospodarzą siostry urszulanki. Od początku prowadziły ochronkę dla dzieci, dorabiały wynajmując pokoje turystom. Rozczarowałby się ten, kto szukałby u urszulanek wygód. Pokoje surowe, proste w umeblowaniu, łazienka i ubikacja w korytarzu. Do nich właśnie przyjechał na początku stycznia 1962 roku ksiądz biskup Karol Wojtyła.



    Z nartami na plecach

    Nie była to jego pierwsza wizyta na Jaszczurówce. Wcześniej odwiedził dom urszulanek w 1958 roku, ale nie zatrzymał się na dłużej. Cztery lata później, gdzieś na początku stycznia zadzwonili do sióstr z Kurii Metropolitarnej w Krakowie z zapytaniem: "Czy nie przyjęłyby siostry na parę dni księdza biskupa". - Uprzedziłyśmy, że u nas nie ma żadnych wygód. "Nic nie szkodzi" - padła odpowiedź - opowiada siostra Teresa Batugowska, pełniąca rolę kustosza papieskiego pokoju na Jaszczurówce.

    Gość przyjechał służbowym samochodem. Za cały bagaż miał niewielki plecak i narty. Siostry zaprowadziły go po schodkach na górę do skromnie umeblowanego pokoju - proste, żelazne łóżko, stół rozkładany jak książka, biurko, cztery krzesła, na podłodze sznurkowy dywan, za parawanem łazienka - lustro, emaliowany dzbanek, miednica i wiadro na zlewki. Rozejrzał się po pokoju, wyjrzał przez okno na kawałek lasu i polany pod Nosalem. Zadowolony kiwnął głową. - To był wyjątkowo niekłopotliwy gość, nie miał żadnych życzeń, żadnych potrzeb, zachowywał się tak, jakby go nie było. Nie było dla niego specjalnej kuchni, jadał to samo, co my wszyscy. Był ze wszystkiego zadowolony - mówi siostra Teresa.

    Rozmawiamy przy tym samym stole, tylko krzesła są inne, bo tamte wysiedziały się na amen.

    Codziennie przed godziną siódmą siostry stawiały przed drzwiami dzbanek z gorącą wodą. Zimną przynosił sobie sam z kranu w korytarzu. O siódmej trzydzieści schodził do kaplicy, gdzie odprawiał mszę świętą. Potem szedł do swojego pokoju i przy rozkładanym stole jadał śniadanie w towarzystwie księdza kapelana Stanisława Wawszczaka, profesora seminarium lwowskiego, wychowawcy i serdecznego przyjaciela księdza biskupa Mariana Jaworskiego - późniejszego arcybiskupa Lwowa, który w tej opowieści odegrał tajemniczą, acz niepoślednią rolę. Po śniadaniu zabierał plecak, narty i albo wyruszał od razu na Kopieniec, albo kierowca podwoził go do Doliny Chochołowskiej, skąd wyprawiał się ulubioną trasą na Grzesia. - Na narty wybierał się zawsze w obstawie albo z Jerzym Ciesielskim - przyjacielem z Krakowa, inżynierem fizykiem, świeckim, który postanowił służyć Bogu albo z biskupem Marianem Jaworskim, kardynałem Stanisławem Nagym, a pod koniec lat siedemdziesiątych z księdzem profesorem Tadeuszem Styczniem, przyjacielem z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego - wymienia siostra Teresa narciarską kompanię. Pozostali sympatycy szusowania nocowali w Zakopanem, w pensjonatach albo w "Księżówce".

    Na ścianie pokoju na Jaszczurówce wisi czarno-biała fotografia, zrobiona chyba na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Komuś udało się uchwycić moment, jak Karol Wojtyła podchodzi na stok niosąc narty na plecach. Lekko pochylona głowa, otwarte usta, żeby łatwiej było oddychać, sfatygowana narciarska kurtka, przy której zamek błyskawiczny puścił na dole, nasunięta na czoło czapeczka z pomponem. - Ksiądz kardynał nie uznawał żadnych wyciągów, kolejek. Mówił, że ci, co tylko kolejką wjeżdżają na stok, to nie są prawdziwi narciarze. Prawdziwy narciarz musi wnieść swoje narty na górę na plecach - tłumaczy siostra Teresa.

    Wracał z nart przed zmierzchem, około godziny 16-17. W swoim pokoju przy rozkładanym stole jadł późny obiad razem z księdzem Wawszczakiem, rozmawiając o tym, co zdarzyło się w ciągu dnia. O godzinie 18 schodził do kaplicy na mszę świętą, którą odprawiał ksiądz kapelan. Po mszy czytał jeszcze do późna w pokoju.

    Siostra Teresa wielokrotnie zastanawiała się, kto polecił ich surowy dom biskupowi Wojtyle. W zestawieniu z apartamentami "Księżówki", domu rekolekcyjno-wypoczynkowego Konferencji Episkopatu Polski, niewyjściowy, pozbawiony wygód pokoik na piętrze na Jaszczurówce wypadał co najmniej blado. A jednak to tutaj przez 16 lat regularnie co roku przyjeżdżał na "dniówki" Karol Wojtyła. Kiedyś nie wytrzymała i zapytała księdza Mariana Jaworskiego, arcybiskupa Lwowa, który co roku wiosną odwiedza Jaszczurówkę, czy to przypadkiem nie była jego sprawka. Uśmiechnął się tajemniczo i nie potwierdził, ale i nie zaprzeczył.



    Rekolekcje dla Pawła VI

    "Dniówki" u stóp Nosala powtarzały się z podziwu godną regularnością. Tak jak kazał lekarz, były odliczane sumiennie, po aptekarsku, żeby było 14 dni. - Ksiądz kardynał przyjeżdżał do nas zawsze pierwszego stycznia, po celebrze pasterki noworocznej w Krakowie. Wracał tam na Trzech Króli, żeby celebrować mszę w katedrze wawelskiej i pojawiał się znowu pod koniec stycznia lub na początku lutego - wylicza siostra Teresa. To był jego czas świętego spokoju, wypoczynku wypełnionego chłonięciem gór oczami, płucami, ścięgnami, każdą tkanką, żeby wystarczyło na następne pół roku. Wtedy nie mogło być żadnych oficjalnych spotkań, wizyt, biskupich obowiązków.

    Tylko raz złamał tę zasadę. W pierwszych dniach lutego 1976 roku papież Paweł VI zwrócił się do kardynała Karola Wojtyły z prośbą o wygłoszenie rekolekcji wielkopostnych w Watykanie. Nikogo nie zdziwiła ta prośba. Kardynał Wojtyła od kilku lat regularnie jeździł do Rzymu, co dwa lata na Synod Biskupów, a oprócz tego na posiedzenia Rady Synodu Biskupów, która pracowała między sesjami synodu. Coraz częściej odwiedzali go duszpasterze z całego świata, bo stawał się postacią nie tylko Kościoła polskiego, ale powszechnego, wypowiadając się odważnie o prawach człowieka i jego odniesieniu do Boga.

    Na przygotowanie ponad dwudziestu nauk, po cztery na każdy z pięciu dni rekolekcji, miał niecały miesiąc. Próbował pracować w Krakowie, ale w końcu zaszył się w swoim pokoiku na Jaszczurówce. - Siedział kamieniem przy tym biurku i pisał przez ponad tydzień. Schodził tylko na msze święte. Pytałam, czy czego nie potrzebuje, bo u nas takie skromne warunki. "Mnie tu jest najlepiej. Spokój, o dziewiątej wieczór dzwon na ciszę, tu mogę spokojnie siedzieć, pisać i odpoczywać" - mówił. Wtedy pierwszy raz zaniedbał narty. Kiedy wyjeżdżał do Krakowa, ledwo kierowca zdążył wnieść bagaż do samochodu, na tylnym siedzeniu już zapaliła się lampka przy półeczce. Znak, że pracuje - opowiada siostra Teresa.

    Rekolekcje wygłoszone w dniach 7-13 marca 1976 roku w Watykanie przeszły do historii. Poruszony nimi był papież Paweł VI. "Segno di Contradizione", "Znak, któremu sprzeciwiać się będą", był proroczą wizją współczesnego świata, wskazując na wiele zagrożeń, których obecnie jesteśmy świadkami i uczestnikami - na rosnącą potęgę mediów, budowanie świata bez Boga, pokusę stawiania się ponad Prawem i Prawdą. Była w nich mowa o potrzebie nowej ewangelizacji, o roli laikatu w Kościele, o godności kobiety, o godności osoby ludzkiej, o obronie słabych i nienarodzonych, także zachęta do ekumenizmu oraz potępienie totalitaryzmu i wszelkiej tyranii. Znak nadchodzących czasów i jednocześnie znak wyjątkowego człowieka.

    Rok później, kiedy wyjeżdżał z Jaszczurówki po sumiennie tym razem odrobionych "dniówkach", siostra Teresa padła na kolana, żeby go pożegnać. - A on niewiele myśląc, bęc na kolana i dalej mnie podnosić z podłogi. I tak żeśmy się nawzajem z księdzem kardynałem podnosili - wspomina z rozbawieniem.



    Milczący świadkowie obecności

    Ostatni raz przyjechał na Jaszczurówkę w marcu 1978 roku, to były dobre "dniówki", leżał dobry śnieg na narty. Po konklawe, które na zawsze zmieniło życie Karola Wojtyły, siostry urszulanki zamknęły pokój na piętrze, nie zmieniając niczego w wystroju. Nawet wełniane narzuty na łóżku i na fotelu zostały te same. Drzwi uchylano tylko na chwilę, żeby zaprzyjaźnieni turyści mogli zobaczyć, jak mieszkał przyszły Papież Jan Paweł II. Pokój czekał na swojego lokatora. I doczekał się. - Za każdym razem, kiedy Ojciec Święty był w Polsce, w pobliżu, miałyśmy nadzieję, że do nas zajrzy. W czerwcu 1997 roku też czekałyśmy. Na dwa, trzy dni przed Jego przyjazdem do Zakopanego chciałam oddać dywan z pokoju do pralni, bo przykurzył się mocno przez lata, ale nigdzie w całym Zakopanem nie chcieli go wyczyścić, bo wszyscy na gwałt sprzątali - opowiada siostra Teresa Batugowska. - "Ale to jest dywan z pokoju Ojca Świętego i to musi być uprane!" - straciłam w końcu cierpliwość. "A, jak z pokoju Ojca Świętego, to niech siostra przywiezie" - padła odpowiedź z pralni. W efekcie, nie dość, że nam uprali ten dywan w tempie ekspresowym, to jeszcze nie chcieli wziąć żadnych pieniędzy.

    Siostry liczyły, że Jan Paweł II odwiedzi je 4 czerwca, po wylądowaniu pod Skocznią. Nie doczekały się. Kupione zawczasu róże stały w wiadrze w piwnicy. Następnego dnia przewidziano czas na odpoczynek Papieża. Czekały do kolacji. Nie pojawił się. - Siedziałyśmy po kolacji, było już po dwudziestej, światła w kaplicy pogaszone, a tu nagle zajechał samochód. Wracali akurat z Morskiego Oka - opowiada siostra Teresa. - Biegiem pozapalałyśmy światła, przyniosłyśmy klęcznik do kaplicy, a tu już w drzwi wchodzą: nasza matka generalna, Ojciec Święty i ksiądz Stanisław Dziwisz. I dokąd Ojciec Święty skierował pierwsze kroki, jak pani myśli? Do swojego pokoiku na górze - mówi z satysfakcją.

    Poszedł sam. Spędził w pokoju około kwadransa, potem zszedł do kaplicy i zatopił się w cichej modlitwie. Siostry siedziały jak trusie, bojąc się nawet głośniej odetchnąć. "Dzień się kończy, a Papież nie był jeszcze na nabożeństwie czerwcowym, więc proszę o Litanię do Serca Jezusowego" - odezwał się. Śpiewałyśmy tak, że chyba ludzie w całej Jaszczurówce słyszeli. Po modlitwie wstał z klęczek i powiedział na pożegnanie: "Pamiętajcie, że jesteście urszulanki od Serca Jezusa Konającego, więc dobrze mi się sprawujcie". Był już bardzo zmęczony wrażeniami z całego dnia. Kto zdążył się dopchnąć, ucałował go w rękę. I już było po wszystkim - wspomina z żalem siostra Teresa.

    W domu urszulanek na Jaszczurówce-Borach długo tego wieczoru świeciło się w oknach. Około północy siostra Teresa Batugowska poszła do pokoiku na górze, jak zawsze po wizycie kardynała Wojtyły, żeby sprawdzić, czy czegoś nie zapomniał. Odruchowo spojrzała na łóżko. Na wełnianej narzucie widniał wyraźnie odbity kształt rąk i głowy. Ślady powstały zapewne, kiedy Jan Paweł II klęczał oparty przy łóżku. Pozostały jak milczący świadek modlitwy, osobistej rozmowy z Bogiem. Zrobiło jej się gorąco. Wybiegła z pokoju najciszej jak mogła, chociaż przecież nie było tu nikogo, komu jej obecność mogłaby przeszkodzić. Zamknęła drzwi na klucz. Rano w asyście innych sióstr zrobiła zdjęcie, a dopiero potem odważyła się poprawić łóżko. To zdjęcie, niezbyt dobrej jakości, wisi do dziś w papieskim pokoju na Jaszczurówce.

    Od śmierci Jana Pawła II pokoik na górze obejrzały już tysiące ludzi. W lipcu przeszło się przez niego nawet 200 osób dziennie. Odwiedziła go nawet wycieczka młodzieży z Izraela. Siostra Teresa w obawie o całość umeblowania wpuszczała po kilka osób.

    My dostajemy bonus - możemy zostać tu sami jak długo chcemy i swobodnie zrobić zdjęcia. Jest sierpniowe popołudnie, przez okno wpadają promienie słońca, które zapalają w powietrzu miliardy tęczowych drobinek kurzu. W całym domu panuje absolutna cisza, a mimo to pokój wydaje się tętnić życiem. Jakby ściany nasycone przez lata czyjąś obecnością, teraz uwalniały ją stopniowo. Spatynowane przez czas i dotyk meble zwielokrotniają tę obecność jak echo.



    PS. W tekście korzystałam z przewodnika "Tatry Polskie" Józefa Nyki, wydawnictwa "Trawers", Lachotrzew 1999 rok.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo