Śladami Jana Pawła II. Jest w Tatrach miejsce umiłowane...

    Śladami Jana Pawła II. Jest w Tatrach miejsce umiłowane szczególnie przez kardynała Wojtyłę. Tu w czasie swych górskich wędrówek

    Iza BEDNARZ

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Zdecydowaliśmy się odbyć wędrówkę szlakiem Jana Pawła II, odwiedzić miejsca, w których zostawił swoje ślady i które odcisnęły w Nim swoją obecność. Odszukać ludzi, którzy byli dla Niego ważni i którzy zachowali w sobie na całe życie Jego dotknięcie. Dziś część siedemnasta.

    Śmigłowiec niosący na pokładzie Jana Pawła II długo krążył nad Polaną Rusinową. Leciał nisko, jakby wybierając miejsce do lądowania.
    Co bystrzejsi z kilku setek zgromadzonych na Polanie turystów mogli wypatrzyć charakterystyczną białą sylwetkę wewnątrz kabiny. Przyszli tutaj tłumnie 5 czerwca 1997 roku, bo wiedzieli, że skoro Jan Paweł II jest w Zakopanem, musi zajrzeć na Rusinową Polanę. Przecież zawsze tu przychodził, żeby pokłonić się dwóm gaździnom.



    Jaworzyńska Królowa Tatr

    Na Polanę Rusinową (Jaworzynę Rusinową), rozciągającą się na zachód od Doliny Białki, można dojść od Polany Palenicy Białczańskiej, od Wierchporońca albo od Zazadniej Doliną Filipki. Dobremu piechurowi dwie ostatnie drogi zajmą około pół godziny (pniemy się pod górę), cięższa z Palenicy powinna zmieścić się w godzinie. Przydadzą się dobre buty, bo chociaż idziemy do kościoła, w pantoflach się tam nie dotrze. Zimą szlak od Zazadniej jest przedeptany, można też wybrać się "wariantem papieskim", czyli na nartach od Hali Gąsienicowej, przez Polanę Waksmundzką i Gęsią Szyję (1490 metrów), przy dobrej pogodzie uraczy nas panorama Tatr od Hawrania, przez Jagnięcy Szczyt, Łomnicę, Baranie Rogi, Lodowy Szczyt, Rysy, po Gerlach.

    Ale miało być o gaździnie. Zatem było tak: około 1650 roku król Jan Kazimierz nadał Karolowi Rusinowi, sołtysowi wsi Groń, górę Gęsią Szyję i przylegającą do niej polanę. Na początku na Rusinowej Polanie wypasali owce członkowie rodziny Rusinów, potem hala należała do kilku bogatych gazdów z Bukowiny, Białki, Gronia i Rzepiska. W 1860 roku pasła tu owce 14-letnia Marysia Murzańska z Gronia. Miało się ku wieczorowi. Marysia zajęta czymś w szałasie zorientowała się, że od dłuższego czasu nie słyszy pobekiwania owiec. Wybiegła w gęstniejący mrok i mgłę, prosto w rozciągający się na zachodniej stronie las zwany Wiktorówkami. Trzymała w ręce różaniec i prosiła Matkę Bożą, żeby pomogła jej odnaleźć zgubione stado. Wtedy na jednym ze świerków miała zobaczyć wielki blask, a w nim "Jaśniejącą Panią". Upadła na kolana i pozdrowiła "Jasną Panią", a ta dała jej trzy polecenia i jedną obietnicę. Obietnica spełniła się wkrótce, bo skoro tylko "Jasna Pani" znikła, Marysia zobaczyła swoje owce skubiące spokojnie trawę. Polecenia były zaś takie: Marysia ma opuścić jak najprędzej Rusinową Polanę, ma upominać ludzi, żeby nie grzeszyli i przekonywać, żeby pokutowali za dawne winy. Ze wszystkiego, co widziała i słyszała, Marysia zwierzyła się pasterzowi Wojciechowi Łukaszczykowi "Kulawemu", który tego samego wieczoru przybił na smreku obrazek Matki Boskiej. Wieść o cudownym widzeniu Marysi Murzańskiej obiegła Polanę i okolice. Do smreka z przyczepionym świętym obrazkiem przychodzili modlić się górale wypasający owce na Rusinowej i drwale pracujący w lesie. Z czasem papierowy obrazek zastąpił obraz Matki Boskiej malowany na szkle. Potem prawdopodobnie leśniczy Władysław Bieńkowski sprawił drewnianą płaskorzeźbę, a później ktoś inny ufundował drewnianą figurkę Matki Bożej Królowej Tatr, którą można do dziś oglądać w kaplicy Ojców Dominikanów na Wiktorówkach. W 1902 roku postawiono kapliczkę z desek, która spaliła się w 1921 roku. Z pożaru ocalała drewniana figura Matki Bożej Królowej Tatr, płomień tylko liznął prawą dłoń. Obecny kształt kościółek na Wiktorówkach, budowany w latach 1936-38, zawdzięcza budorzowi (cieśli - przyp. red.) Jędrzejowi Gracy i staraniu proboszcza Stanisława Foxa z Bukowiny Tatrzańskiej. Zrazu był tylko turystyczną kaplicą, w której sporadycznie odprawiali msze proboszcz z Bukowiny Tatrzańskiej i księża wędrujący po Tatrach w czasie urlopów. W 1957 roku Kuria Metropolitarna w Krakowie powołała tu placówkę duszpasterstwa turystycznego, którą do dziś prowadzą dominikanie. W 1992 roku odbyła się na Wiktorówkach uroczystość koronacji Matki Boskiej Jaworzyńskiej Królowej Tatr.

    A co się tyczy Marysi Murzańskiej, to wypełniła polecenie Matki Boskiej i odeszła z Rusinowej Polany. Znalazła robotę w karczmie w Bukowinie, wstąpiła do bractwa różańcowego i powtarzała ludziom, co przykazała jej Matka Boska - żeby się modlili i pokutowali za grzechy. I tu powinna skończyć się opowieść o pobożnej pastereczce słowami: "Dożyła późnej starości otoczona wieńcem wnucząt i ludzkim szacunkiem". Tymczasem wiadomo, że mając 25 lat Marysia urodziła nieślubne dziecko (martwe), a rok później wyszła za mąż za niejakiego Jakuba Bębenka. Zmarła w 1875 roku, półtora tygodnia po urodzeniu syna, który żył tylko kilka dni. Ktoś powie, że życiorys nie bardzo pasuje do naszych wyobrażeń o ludziach, którzy doświadczyli spotkania z Bogiem i ze świętymi. Że taki chropawy i niecałkiem pobożny. Jan Józef Szczepański twierdził, że współczesny laicki świat potrzebuje świętości bardziej niż kiedykolwiek dotychczas, lecz mniej niż kiedykolwiek potrzebuje hagiografii.



    Gaździna z Rusinowej

    W ciemnej kuchni ojców dominikanów na Wiktorówkach wisi na honorowym miejscu pod zegarem czarno-biała fotografia, z której patrzy surowo pobrużdżona zmarszczkami kobieca twarz. Zdjęcie przypomina pierwsze fotografie robione indiańskim wojownikom, tak samo wyraziste rysy, godność i spokój, bez żadnego flirtowania z obiektywem. Sama prawda prosto w oczy, jak na świętej spowiedzi. - To jest nasza Babka, Aniela Kobylarczykowa z Nowobilskich, ostatnia gaździna na Rusinowej Polanie - mówi z szacunkiem ojciec Leonard Węgrzyniak, kustosz sanktuarium Matki Bożej Jaworzyńskiej Królowej Tatr.

    Babka Kobylarczykowa z Gronia, czy też Kobylarcykula, jak ją nazywali miejscowi, jest legendą tego miejsca. Nie pogodziła się nigdy z wywłaszczeniem górali, mających od trzystu z górą lat prawo do wypasania owiec i krów na Rusinowej Polanie i trzymała się swojego kawałka ziemi. Jeszcze krótko po wojnie na Rusinowej Polanie stało dziewiętnaście szałasów (obecnie zachowało się sześć - przyp. red.), wypasano kilkaset owiec i krów. Ponieważ ze stromo położonego miejsca trudno było zwieźć siano, karmiono nim owce i krowy przez zimę. Było tu ostatnie "zimowisko" w Tatrach. Ostatni kierdel owiec zimował na Rusinowej jesienią 1973 roku. Potem na Polanie zostali tylko Babka i Dziadek Kobylarczykowie ze swoim dobytkiem. Kiedy w 1974 roku Dziadek zmarł, Babka nie wyprowadziła się ze swojej bacówki, ale trwała w niej, pasąc krowy i częstując mlekiem i herbatą turystów, przygarniając ich na noc na ławkę, podłogę albo na siano na strych. Opłaty za nocleg pobierała symbolicznie, częściej raczej prosząc o pomoc przy gospodarstwie, przyniesienie z miasta herbaty "we woreckak", lekarstw, cukru czy "nafty" (gorzałki - przyp. red.) służącej do obłaskawiania strażników Tatrzańskiego Parku Narodowego, napominających ją za wypasanie krów i zbieranie suszu na opał bez zezwolenia. Pod wieczór brała się Babka "ku kaplicy na Witarówkak", ciągnąc z sobą gromadę korzystających z jej gościnności turystów. - Pilnowała każdego. Niechby się tam kto z dzień, dwa opuścił, zaraz go wypatrzyła - mówi ojciec Leonard. Długo wieczorami czuwała przy kuchni, trzymając na ogniu wrzątek na herbatę dla zapóźnionych wędrowców.

    Do jej szałasu zaglądał też Karol Wojtyła po drodze do kaplicy na Wiktorówkach, w której w 1975 roku powołał stałą placówkę duszpasterstwa turystycznego, z całoroczną posługą kapłańską sprawowaną przez ojców dominikanów. Zdarzyło się raz, że przyszedł do Babki po południu, nakręciła się już Babka przy kuchni, nawarzyła herbat dla turystów, toteż brakło jej cierpliwości i wyjechała na niego (pewnie go nie poznała, bo w cywilnym ubraniu przyszedł, jak zawsze na nartach): "Kozdy by herbatkę kcioł pić, ale wody to mi ni mo fto przinieść". To się wziął ksiądz kardynał za robotę, złapał dwa wiaderka i do potoku po wodę skoczył. Ktoś go tam z turystów czy drwali rozpoznał, chciał pomóc, ale nie pozwolił: "Mnie prosili, to ja przyniosę". Przyniósł wodę, postawił gdzie trzeba, Babka ugotowała mu herbaty i nic nie poznała. Kilka lat później, już po wybraniu Go na Papieża, ktoś z tamtych gości przypomniał Babce: "No, Babko, widzicie, Tego coście posłała po wodę, obrali na Papieża, zaś wyście Mu wte telo dobrze zrobieła, boście herbaty uwarziła". Babka na to: "Hej, kieby jo była wiedziała, to jo by Mu tej herbaty nie warziła. Miałabyk se teroz dwa wiaderecka wody świnconej".

    Służyła Babka Bogu i ludziom do 1985 roku. Umarła w rodzinnym Groniu, spoczęła na miejscowym cmentarzu obok Dziadka. Nad jej grobem modlili się ojciec Leonard z jej rodziną i grupką turystów, stałych bywalców szałasu na Rusinowej. Na kamiennej ścianie przy kaplicy na Wiktorówkach wisi ufundowana przez nich tablica pamiątkowa, obok innych poświęconych ludziom związanym z Tatrami. - Szałas przeszedł na syna Władka, ale on już nie siedział na Rusinowej, bo coś jest chorowity - mówi ze smutkiem ojciec Leonard.



    Herbata ojca Leonarda

    Na stole w kuchni dominikanów na Wiktorówkach dymi kocioł z herbatą świeżo zaparzoną przez ojca Przemysława Kłopota, który dziś ma dyżur w kuchni. Przy tym samym stole siadywał Karol Wojtyła, kiedy zmarznięty zachodził na nartach do kaplicy Matki Bożej Jaworzyńskiej Królowej Tatr. - Zwykle szedł do nas od Kasprowego Wierchu, przez Halę Gąsienicową, Dolinę Pańszczycy, Gęsią Szyję, do Rusinowej. Nie sam, zawsze z jakimś kompanem, albo z księdzem Tadeuszem Styczniem, albo z kardynałem Stanisławem Nagym. Posiedział chwilę, zagrzał się, napił herbaty, jak miał więcej czasu, to odprawił mszę. Kiedyś zasiedzieli się u nas dłużej, to potem zjeżdżali nocą do Wierchporońca z pochodniami. Ostatni raz był u nas 2 lutego 1977 roku, na rok przed wyborem na Papieża. Akurat był u nas ojciec Jan Góra z młodzieżą, była piękna msza i spotkanie z kardynałem Wojtyłą. Potem spotykaliśmy się już w Rzymie, byłem tam ze trzydzieści razy, i sam, i z pielgrzymkami. Wystarczyło tylko powiedzieć: "Rusinowa Polana" i wszystkie drzwi były dla nas otwarte - opowiada ojciec Leonard. Jest oszczędny w słowach, bardziej nawykły do ciężkiej pracy niż do udzielania wywiadów, góral z krwi i kości, pochodzi z Dzianisza, na Wiktorówkach gazduje od 1971 roku, jest także zaprzysiężonym ratownikiem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Dlatego na drewnianym domku, stojącym na tyłach kaplicy, wisi błękitny krzyż Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, a w kuchni na półce stoi radio, żeby w razie potrzeby wezwać pomoc. Śmigłowiec ratowniczy niejeden raz lądował na Rusinowej, ale ojcowie niechętnie o tym opowiadają. - Teraz już się ludzie nie gubią, nawet zimą szlaki są przedeptane, czasem najwyżej kto nogę skręci, takie tam drobiazgi - mówią z lekceważeniem. Do nóg ojca Leonarda łasi się Nuka, rosły owczarek niemiecki, przeszkolony do szukania ludzi pod śniegiem. - A gdzie ona tam na turystów, prędzej na grzyby z nią pójdę, z dziećmi się pobawi - tarmosi ojciec psa za grzywę.

    Teraz ojcowie przejęli po Babce obowiązki strażników i gospodarzy Rusinowej. W sezonie zagląda do nich nawet 500 osób dziennie, dlatego dyżur przy herbacie to nie przelewki. W sezonie ojcom pomaga dodatkowo brat Stanisław Kowalczuk, bo roboty jest dużo: codziennie można zamawiać w kaplicy intencje, śluby, chrzty, o każdej porze jest spowiedź, msze święte w niedziele i w dni powszednie. Wiktorówki pustoszeją dopiero jesienią, kiedy spadnie pierwszy śnieg i nie da rady nigdzie się dostać ani wysłużonym terenowym samochodem, ani na nartach, ani skuterem śnieżnym. Wtedy ojcowie muszą dobrze pastować buty i drzeć na nogach po śliskich kamieniach i błocie.

    Ale bez względu na pogodę na gości zawsze czeka gorąca herbata. Zasada jest prosta: każdy, kto ma potrzebę, bierze czysty kubek z tacy, nalewa sobie chochlą ile chce, a potem wrzuca do drewnianej skrzynki na ścianie "ofiarę za herbatę". Na ścianie wisi zawsze aktualny rozkład jazdy autobusów z Zazadni, Wierchporońca i Palenicy. Wszystko ma swoją miarę, porządek i czas.



    W tekście korzystałam z "Wielkiej Encyklopedii Tatrzańskiej" Zofii Radwańskiej-Paryskiej i Witolda Paryskiego, "Królowej Tatr" Wydawnictwa Polskiej Prowincji Dominikanów.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo