Szklana wieża (III)

    Szklana wieża (III)

    Jarosław PANEK

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Jedyna prawdziwa historia o jednym z najpotężniejszych ludzi Polski. Dziś o wielkiej przeprowadzce i o tym, jak 1 kwietnia wyrzucano ludzi z pracy.

    W poprzednich odcinkach

    Przed dwoma tygodniami rozpoczęliśmy publikację sensacyjnej historii budowy potęgi i zmierzchu Witolda Zaraski, twórcy kieleckiego "Exbudu" - przed laty najpotężniejszej polskiej firmy. Pisaliśmy o powstaniu firmy i o tym, jak prezes trzymał w szachu partyjnych notabli.

    Była połowa lat osiemdziesiątych.
    Ostatnie lata Polski Ludowej, szare i siermiężne. Tymczasem Witold Zaraska zamieniał swoje biuro w prawdziwy Zachód i wysyłał na kontrakty zagraniczne kolejne tysiące pracowników. Mieszkańcy podkieleckich wiosek, którzy prawdopodobnie nigdy nie pojechaliby zagranicę, wyjeżdżali do prawdziwej pracy za prawdziwe pieniądze. Część z nich właśnie rozpoczynała budowę swoich całkiem sporych fortun. Każdy marzył o pracy w "Exbudzie", a Witold Zaraska marzył o swoim wieżowcu. Chciał być jak prezes wielkiej światowej korporacji z gabinetem na ostatnim piętrze.

    W latach osiemdziesiątych na oficjalnych zjazdach i spotkaniach działaczy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej członkowie wciąż zwracali się do siebie per "towarzyszu". Dlatego ów "mały", jak czasem złośliwie mawiali o Witoldzie Zarasce, który demonstracyjnie zwracał się do nich per "pan", coraz częściej ich irytował. Ale prezes "Exbudu" dość szybko wyzwolił się spod kurateli władz wojewódzkich i przeszedł pod bezpośredni nadzór ministerialny. Od tej pory już nikt w Kielcach nie mógł palnąć pięścią w stół i powiedzieć mu "Witek, k..... tak nie będzie", jak miał to w zwyczaju jeden z dyrektorów. Uskrzydlony tą wolnością prezes, coraz bardziej rządził "Exbudem" jak własną firmą, choć formalnie przedsiębiorstwo wciąż należało do narodu, jak głosiła oficjalna doktryna socjalizmu. A rządził twardą ręką, bezwzględnie, podbierając innym przedsiębiorstwom dobrych fachowców. Najmłodsi pewnie w to nie uwierzą, ale były w Polsce takie czasy, kiedy to nie pracy, a ludzi do pracy brakowało. "Exbud" też z początku napotkał takie trudności, ale jego szef dość szybko znalazł na to sposób. Owym sposobem były rzecz jasna wyjazdy na zagraniczne budowy.

    - Partia wymagała od świętokrzyskich przedsiębiorstw budowlanych coraz lepszych wyników, coraz większej ilości oddanych mieszkań i obiektów, tymczasem do tego wszystkie potrzebni byli ludzie. A ci przebierali w ofertach. Ale Witek miał na nich lep. Najlepszych fachowców z innych firm dość bezczelnie podbierał, kusząc właśnie obietnicami wyjazdu na kontrakt. To przemawiało do nich bardziej nich wyższa pensja. I w ten sposób pracownicy często opuszczali swoje dotychczasowe miejsca pracy, ku rozpaczy swoich dyrektorów - wspomina Stanisław Nowak, były prezes jednej z firm holdingu "Exbudu - Stolarki Budowlanej".



    Prima aprilis

    Witold Zaraska ściągał więc zarówno szeregowych robotników, jak też najwyższej klasy inżynierów i specjalistów. Ci ostatni dość szybko u niego awansowali, ale każdego dnia i nocy musieli się pilnować i starać, aby nie stracić osiągniętej, wysokiej pozycji. Bo prezes Zaraska potrafił bezwzględnie karać i degradować osoby, jakie mu podpadły. Do historii przeszła jedna anegdota, kiedy to 1 kwietnia w prima aprilis zwolnił kilku swoich dyrektorów, po to, aby na drugi dzień ich... przyjąć. Taka plotka przez wiele lat krążyła wśród pracowników firmy, choć tylko ci najstarsi pamiętają prawdziwy przebieg wydarzeń.

    - To nie było tak. Faktycznie, Witek podczas jakiegoś zebrania 1 kwietnia zażartował, że taki właśnie robi prima aprilis i zwalania kilka ważnych osób. Zrobił to, ale drugiego dnia wcale nie przywrócił ich do pracy. Zastąpił innymi, których uznał za lepszych. Ale potem ten fakt przeinaczono i tak powstała ta znana plotka. Tak czy siak, jak na tamte czasy były to decyzje dość odważne. Nikt wówczas nie zmieniał jak rękawiczki tak wysoko postawionych ludzi, zwłaszcza że w tym przypadku chodziło przecież o osoby z tak zwanej partyjnej nomenklatury i zwykle takie decyzje musiały być we wszystkich firmach konsultowane z Komitetem Wojewódzkim Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Witek nikogo nie pytał. Kazał tylko poinformować komitet, że takich zmian dokonał - wspomina były przewodniczący Rady Nadzorczej "Exbudu" Stanisław Pałys.

    Prezes Zaraska wciąż rządził. Jedni uważają, że autorytarnie, inni wręcz przeciwnie, że demokratycznie. Zapewne długo nikt nie rozstrzygnie sporu, jak było to naprawdę, bo co kolejna osoba, to inne ocena. A tych krytycznych też nie brakuje.

    - Zarazka robił sobie dużą nadzieję na podbój rynku amerykańskiego. Miałem mu w tym pomóc. Po powrocie z konsulatu Stanów Zjednoczonych zaczepił mnie na korytarzu jeden z menadżerów Zbyszek Sowiński. - "Co załatwiłeś?" - zapytał. "Program nadziei" - odrzekłem i opowiedziałem mu w skrócie. - "Dostałem też zaproszenie na wyjazd do Stanów" - dodałem. - "Pokaż" poprosił nieufnie. - "Nie mogę, jest adresowane na starego. Właśnie idę mu je doręczyć" - odparłem. Wieść o tym, że "stary leci do Ameryki", rozniosła się po "Exbudzie" bardzo szybko. Już krojono skórę na niedźwiedziu, przewidując wielkie szanse dla "Exbudu" we współpracy ze Stanami Zjednoczonymi. Byłem bohaterem dnia, poklepywanym po ramieniu. Trwało to do czasu, kiedy to pan Zaraska otrzymał tłumaczenie napisanego po angielsku zaproszenia. A brzmiało ono mniej więcej tak:

    "Szanowny Panie Zaraska

    Mamy zaszczyt powiadomić Pana, że Pański zastępca, mgr Andrzej Sikorski został zaproszony do odwiedzenia Stanów Zjednoczonych na spotkania z przedstawicielami środowiska biznesu (i tu opis programu). Z góry dziękujemy za umożliwienie Panu Sikorskiemu wyjazdu w zaplanowanym terminie."


    A więc to nie prezes miał jechać? Wszystkie sympatie nagle wygasły, a mnie Zaraska polecił osobiście napisać (by mnie tym upokorzyć) pismo odmowne - "odmowiedź" jak to nazywałem. Napisałem więc zgodnie z życzeniem szefa, że nie będę reprezentować przedsiębiorstwa. Odbyłem dłuższą rozmowę z Zaraską, w której zwyciężył jego partykularyzm. Nie chciał słyszeć, że chodzi o większą skalę, o amerykańską pomoc polskiej gospodarce i o współpracę biznesów obu krajów. Na wszelki wypadek zakazał jeszcze wydania mi paszportu służbowego, a prywatne wyjazdy zagraniczne były w okresie stanu wojennego, zakazane. Mimo to wyjechałem, by przywieść "Plan nadziei" - konkretne propozycje rozwoju programu gospodarczego. I takie przywiozłem - krytycznie wspomina swoją współpracę z prezesem Zaraską Andrzej Sikorski, były menadżer z "Exbudu".



    Szklane marzenie

    Ale szef "Exbudu" najwyraźniej nie przejął się tą historią. Owszem, utrzymywał kontakty z Amerykanami, a we wrześniu 1987 roku spotkał się nawet w Krakowie z prezydentem Stanów Zjednoczonych Georgem Bushem seniorem. Parł wciąż do przodu i realizował sny o potędze. A jej symbolem miał stać się wspaniały wieżowiec, nowa siedziba firmy, z luksusowym gabinetem na ostatnim piętrze. Taki z barkiem, prywatną łazienką i wyjściem do ogrodu na tarasie, aby z tej wysokości patrzeć na Kielce. Makieta tego inżynieryjnego cuda stała na biurku prezesa już w roku 1986, a więc w czasach, kiedy zwykli ludzie wciąż dyżurowali nocą w społecznej kolejce, aby kupić lodówkę marki Mińsk. Prezes Zaraska upatrzył już nawet w Kielcach miejsce pod swój szklany pałac, a mianowicie plac, na którym obecnie stoi Galeria "Echo". Ten porośnięty długie lata zielskiem teren był wtedy zarezerwowany pod przyszłą rozbudowę Politechniki Świętokrzyskiej. Ale oczywiście na ów rozwój brakowało pieniędzy, więc z dobrodziejstw tej lokalizacji korzystali głównie amatorzy rozmaitych trunków na bazie owoców, prowadzący tutaj ożywione życie towarzyskie, nie stroniąc wszakże od załatwiania rozmaitych potrzeb, głównie fizjologicznych. Witold Zaraska uznał, że to idealne miejsce na wieżowiec, hotel i centrum konferencyjne. Takie właśnie, jak widzimy je w kształcie obecnym, bo to co teraz stoi przy ulicy Manifestu Lipcowego w Kielcach, to nic innego jak dokładna realizacja planów i projektów z połowy lat osiemdziesiątych.

    Obecny biurowiec spółki "Exbud - Skanska" wciąż pozostaje jednym z najnowocześniejszych, o ile nie najnowocześniejszym tego typu obiektem w naszym województwie, choć został zaprojektowany w czasach Polski Ludowej. Aby zrealizować swe marzenie Witold Zaraska postanowił podjąć współpracę z Politechniką Świętokrzyską, co pozwoliłoby uzyskać zgodę na zakup lub wieczyste użytkowanie owego terenu pod dzisiejszą Galerią "Echo", przeznaczonego pod dalszy rozwój uczelni. Gdy grunt pod złożenie propozycji odstąpienia działki został odpowiednio przygotowany, prezes Zaraska propozycję złożył. Ówczesny rektor przyjął ją przychylnie. Kolejne marzenie szefa "Exbudu" miało się spełnić zgodnie z planem. Ale misterny plan popsuli mu inni wysoko postawieni pracownicy uczelni. Zaczęli oni snuć wizję, że na upatrzonym przez prezesa Zaraskę gruncie zaczną budować eksperymentalne stacje uzyskiwania energii bądź to ze słońca, bądź to z wiatru. Plany zaczęły się sypać. Realizacja szklanej wieży stawała pod coraz większym znakiem zapytania. Witold Zaraska był wściekły, ale szybko znalazł wyjście. Po drugiej stronie ronda, w miejscu, gdzie teraz stoi biurowiec "Exbudu", znajdowały się działki prywatnych osób. Idealne do wykupienia. Niestety, tak jak politechnika musiała się zrzec swojego pierwszeństwa do terenów przy ulicy Świętokrzyskiej, tak ówczesna Wyższa Szkoła Pedagogiczna, a dzisiejsza Akademia Świętokrzyska, musiała na to samo wyrazić zgodę w przypadku tych nowych działek. Ale poszło gładko. "Exbud" zgodę dostał i wykupił grunty. Ich właściciele przeżyli szok. Po raz pierwszy ktoś nie zmuszał ich do sprzedaży za śmieszne pieniądze, a za grubą kasę. Bo prezes miał gest. Budowa wieżowca ruszyła we wrześniu 1987 roku. Witold Zaraska osobiście wmurował kamień węgielny. Inwestycja ta od razu wzbudziła w Kielcach wielkie poruszenie. Choćby dlatego, że inne place budów w Polsce ogradzano byle jak, starymi dechami albo siatką. Tymczasem na działce "Exbudu" stanęły drewniane, eleganckie przęsła pomalowane na biało z logo firmy. Początkowo wyglądało to tak, jakby nic się nie działo. Roboty długo nie mogły wyjść z ziemi, bo w wieżowcu zastosowano nowatorski do dziś system ogrzewania i cyrkulacji powietrza, a to wymagało wielu robót w gruncie. Wkrótce jednak kolejne piętra zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu. Nowa siedziba firmy jeszcze w trakcie budowy była obiektem pielgrzymek wielu wycieczek ze szkół i zakładów pracy, chcących obejrzeć kawałek Zachodu w Kielcach. Ci, którzy jako pierwsi zwiedzali ten gmach, oddany do użytku w roku 1991, widzieli istne cuda. Szkło, aluminium, lustra, zagraniczne windy, jak w amerykańskich filmach, wielki świat. Zgłodniałe wszelkich nowinek, stłamszone w socjalistycznej Polsce, społeczeństwo podniecało się nawet zwykłą demonstracją przesłania faksu z jednego aparatu faksowego na drugi, co na owe czasy było nowością z pierwszych stron gazet, a stanowiło ulubioną rozrywkę przewodników oprowadzających gapiów po biurowcu. Niektórych gości prezes Zaraska oprowadzał osobiście. Jednym z nich była pewna znana kielecka dziennikarka, która miała wjechać superszybką windą na szczyt biurowca właśnie w towarzystwie szefa "Exbudu" oraz ówczesny redaktor naczelny "Słowa Ludu" Krzysztofa Falkiewicz. Jedną windą jechała cała delegacja, drugą wybrańcy z prezesem Zaraską i ową dziennikarką na czele. W pewnym momencie winda z najważniejszym człowiekiem wieżowca zacięła się, ku ogólnej konsternacji. "Bo będę rzygać" - ostrzegła owa dziennikarka, ku przerażeniu redaktora naczelnego. Ale prezes Zaraska przyjął wpadkę z nową windą i komentarzem pani redaktor dość spokojnie. Dźwig w końcu ruszył, przygoda zakończyła się szczęśliwie.



    Prywatny interes

    "Exbud" w swoim nowym wieżowcu w roku 1991 był już zupełnie innym "Exbudem" niż w swojej poprzedniej siedzibie, choćby z racji zupełnie innej sytuacji politycznej w kraju. Kielecka firma posiadała już wówczas kilka oddziałów, biur handlowych oraz filii, między innymi w Austrii, Szwecji, Rosji na Węgrzech i w Niemczech. Czekała też na ostateczne przekształcenie w spółkę prywatną. Jeszcze w ostatnich latach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej w głowie prezesa Zaraski powstał plan, aby "Exbud" przekształcić w firmę prywatną. Osobie postronnej plan ów mógł się wydawać w Polsce Ludowej równie abstrakcyjny, co sprzedaż nowych aut w salonach samochodowych, ale Witold Zaraska o prywatyzacji myślał całkiem poważnie. Dobre stosunki, jakie łączyły go wówczas z członkami ostatniego komunistycznego rządu zapowiadały sukces tej operacji. Gdyby ten plan się wtedy powiódł, byłaby to zapewne sensacja na Europę Wschodnią. W środku komunistycznego państwa, za zgodą tego państwa, powstałaby prywatna i jedna z największych firm budowlanych, zatrudniających prawie 10 tysięcy osób! Plan zamienienia socjalizmu na kapitalizm prezesowi Zarasce, jeszcze za rządów premiera Rakowskiego, spalił na panewce, bo ostatecznie ówczesny minister finansów powiedział "nie"! Nowe władze, jakie niebawem zastąpiły stary układ nie wiedziały, czy właśnie tłumić strajki wywołane tak znienawidzonym "popiwkiem", czyli nie istniejącym już dziś podatkiem od ponadnormatywnych wynagrodzeń, czy gaszeniem akt palonych przez esbeków. W efekcie Witold Zaraska musiał na kilkanaście miesięcy odłożyć prywatyzację. Dopiero w roku 1990 minister przekształceń własnościowych podpisał papiery, które zamieniały Przedsiębiorstwo Eksportu Usług Technicznych "Exbud" w jednoosobową spółkę Skarbu Państwa "Exbud" Spółka Akcyjna. Dość skomplikowane i zawiłe przepisy prywatyzacyjne mówiły wówczas, że aby doszło do sprzedaży akcji takiej firmy musiał się na część akcji znaleźć kupiec z zagranicy. Witold Zaraska rozpoczął więc gorączkowe poszukiwania zagranicznego inwestora, chętnego do zakupu pakietu akcji "Exbudu", bo tylko w ten sposób mógł wraz z grupą ścisłego kierownictwa objąć swój wymarzony pakiet. Kielecką spółką i jej prywatyzacją zainteresowała się w końcu, wówczas nikomu w Polsce nie znana, firma "ITI" z Luksemburga, dla jakiej pracowali Jan Wejchert i Mariusz Walter, przyszli właściciele telewizji TVN. Rozglądali się oni wówczas za jakimiś inwestycjami w Polsce. Obaj biznesmeni nawet wówczas nie śnili o stworzeniu telewizji, ale "Exbud" z obrotami rzędu ponad 800 milionów nowych złotych rocznie, znacznym pakietem akcji Banku Rozwoju Eksportu i udziałami w takich przedsięwzięciach jak Wolny Obszar Celny w Szczecinie wydawał się kąskiem, który zdecydowanie należy połknąć.

    "ITI" kupiło więc akcje "Exbudu", co pozwoliło również Witoldowi Zarasce nabyć swój pakiet 100 tysięcy walorów. Prezes "Exbudu" był największym po "ITI" akcjonariuszem tej spółki, to z kolei otwierało drogę do kolejnych ofert publicznych i emisji akcji dla drobnych inwestorów. Aby jednak wszyscy mogli potem handlować walorami "Exbudu", trzeba było najpierw powołać do życia warszawską giełdę. Prezes Zaraska szybko się o to postarał. Jego znajomości w stolicy zaowocowały powołaniem Komisji Papierów Wartościowych, która miała uruchomić i nadzorować warszawski parkiet. W budynku dawnego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Warszawie pierwsi maklerzy przymierzali słynne czerwone szelki, gdy decydowano, że na raczkującej giełdzie pojawi się najpierw tylko pięć spółek w tym "Exbud". Niestety, sprzedaż akcji i ich pierwsze notowania trzeba było przesunąć, gdyż "Exbud" musiał poczekać aż pozostała czwórka debiutantów dogoni go w giełdowych przygotowaniach. Publiczna emisja akcji kieleckiej spółki budowlanej okazała się wielkim sukcesem. Chętnych do zakupu akcji było znacznie więcej niż samych akcji. Teraz wszyscy oczekiwali w napięciu na pierwszy gong na warszawskiej giełdzie i pierwsze notowanie. Czekała na to zwłaszcza exbudowska "góra", która na tę prywatyzację często pozaciągała ogromne kredyty i teraz bała się, czy inwestycja życia nie okaże się tylko życiową klapą. Na szczęście Witold Zaraska dość szybko wymyślił sposób na to, aby zbytnio nie narażać pierwszych akcjonariuszy na koszty. Skoro wielu posiadaczy akcji nie miało tak naprawdę kapitałów na ich zakup, można było sprywatyzować "Exbud" za... jego własne pieniądze.



    Za tydzień

    O tym, jak strumień miliardów popłynął do "Exbudu" oraz wielki hit - informacje, które mogą wstrząsnąć regionem - spowiedź Witolda Zaraski. Były szef "Exbudu" ujawnia wiele tajnych dotychczas faktów.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo