Rozmowa o lekkim zabarwieniu erotycznym

    Rozmowa o lekkim zabarwieniu erotycznym

    Agnieszka LASEK-PIWARSKA, Iwona OGRODOWSKA-OGÓREK

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Cezary Mończyk

    Cezary Mończyk

    Cezary Mończyk

    Cezary Mończyk

    Cezary Mończyk w dyskotekach całej Polski organizuje występy rozbierających się dziewczyn. Słynnym uczyniła go telewizja - był głównym bohaterem telenoweli dokumentalnej "Ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym".

    Ostatnio Cezary Mończyk zawitał do Starachowic - tu jego grupa dziewczyn miała pokaz striptizu. Przy okazji rozmawialiśmy, co dziś, kilka miesięcy po burzy, jaką wywołał program, robi Mończyk.



    * Co wpisuje pan w rubryce zawód?

    - Na wizytówce mam wpisane "organizator imprez artystycznych".

    * Co się mieści pod tym szerokim pojęciem?

    - Wszystko.
    Nie zajmuję się tylko erotyką, chociaż wszyscy kojarzą mnie z erotyką, golizną i striptizem. Zajmuję się wszystkim, co należy do branży rozrywkowej. Są to pokazy mody, organizuję koncerty. Kiedyś robiłem wybory miss dnia wagarowicza, miss nastolatek. Jako pierwszy w Polsce zorganizowałem wybory miss mokrego podkoszulka. W regulaminie było napisane, iż dziewczyna, która wygra, ma zdjąć podkoszulek i pokazać gołe piersi. No i dostałem wezwanie do prokuratury.

    * Dziewczyna była nieletnia?

    - Była pełnoletnia, miała 19 lat, ale to był 1989 rok. Podciągnęli mnie pod paragraf o szerzeniu pornografii. Cała sprawa skończyła się powiadomieniem o niskiej szkodliwości czynu. Postępowanie umorzono.

    * Czym pan zajmował się wcześniej?

    - Odkąd pamiętam, zajmowałem się tym biznesem. W wieku 11 lat, po śmierci matki, wspólnie z ojcem z małej miejscowości Raduszec Stary przeprowadziliśmy się do Łodzi. Gdy miałem 18 lat wyjechałem na obóz Polskiego Czerwonego Krzyża. Bardzo chciałem tam pojechać, było tam 80 młodych dziewcząt, wyrwanych prosto z domowych pieleszy i tylko 15 facetów. Tam faktycznie był raj na ziemi, tam też poznałem swoją późniejszą żonę. Trzy miesiące ją zdobywałem, to długo. Po skończeniu technikum elektronicznego pracowałem w teatrze jako elektroakustyk. Na obozie Polskiego Czerwonego Krzyża zdobyłem uprawnienia ratownika 1 stopnia, więc zatrudniłem się też w Łódzkim Pogotowiu Ratunkowym. Jeździłem w "erce". Podobała mi się ta praca. Ciągle się coś działo.

    * Miał pan też niejedną przygodę z sądami.

    - Kiedyś stwierdziłem, że fajnie by było pracować w telewizji. Co prawda nie miałem w tym kierunku żadnego wykształcenia, ale znałem jednego operatora, który lubił sobie wypić. Zaczynałem od noszenia sprzętu, a że operator często się spóźniał albo w ogóle nie przychodził do pracy, sam zacząłem kręcić zdjęcia. Montażyści powiedzieli, że całkiem nieźle mi to idzie. Dostałem angaż jako operator kamery. Pracowałem też w radzie osiedla, tam poznałem jednego radnego z Łodzi, który szukał ławników. Zostałem więc ławnikiem. Siedziałem na rozprawach w todze. W tym czasie zacząłem organizować wybory miss. Przychodziłem w poniedziałek do sądu niewyspany. Zdarzało się, że przysypiałem. Było niezbyt zręcznie, gdy główny sędzia mówił do mnie: "Panie sędzio, proszę nie spać". Któregoś dnia naczelny wydziału mnie wezwał, pokazał mi zdjęcie w gazecie, na którym siedziałem z dziewczynami w kostiumach kąpielowych. I tak przestałem być ławnikiem.

    * I wtedy "rozrywka" zaczęła być pańskim zawodem?

    - Profesjonalnie zająłem się tym ponad 20 lat temu. Kiedy pracowałem w teatrze, zauważyłem, że ludzie przychodzą na spektakle, biją brawo, cieszą się, są zadowoleni, wychodzą roześmiani. I pomyślałem wtedy, że chciałbym mieć taką pracę, aby dawać ludziom radość, przyjemność, żeby to była ucieczka od szarego życia. Poszedłem do Estrady Łódzkiej, tam dyrektor miał organizować wybory miss nastolatek. Miał jednak tylko cztery kandydatki. I chciał zrezygnować. Powiedziałem do niego, żeby dał mi trochę czasu, ja dziewczyny przyprowadzę. W poniedziałek, zanim szef przyszedł do pracy, ja w jego gabinecie posadziłem w kółku kilkadziesiąt dziewczyn. Gdy dyrektor wszedł do gabinetu, dostał oczopląsu i dostałem tę robotę. W Estradzie Łódzkiej poznałem Michała Wiśniewskiego, miał wtedy 17 lat. Prowadził mi konferansjerkę na wyborach. Któregoś dnia Michał Wiśniewski przez przypadek przez ochronę nie został wpuszczony do dyskoteki, gdzie odbywały się wybory miss. Nie miałem wyjścia, napiłem się kilka drinków, wziąłem mikrofon i poprowadziłem te wybory. Nie pamiętam dokładnie, jak to zrobiłem, ale wszyscy byli zadowoleni. I tak do dziś dnia jeżdżę po Polsce, prowadzę konkursy.

    * Sławy przysporzył panu udział w telenoweli "Ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym".

    - Dostałem telefon od pani z Programu I Telewizji Polskiej z pytaniem, czy zgodzę się na to, aby nakręciła kilka odcinków filmu dokumentalnego o mojej pracy. Odpowiedziałem, że nie ma żadnego problemu i zaprosiłem ich do Łodzi. Po trzech dniach przyjechała ekipa i powiedzieli, że chcą pokazać moje zakulisowe życie. Zaproponowali niewiele pieniędzy, bo to miał być film dokumentalny. Wrócili za tydzień, pojechali razem ze mną na dyskotekę i tak się zaczęło. Zrobili najpierw cztery odcinki. Po pół roku wyemitowali je w telewizji. I nagle się okazało, że z odcinka na odcinek wrasta oglądalność. Małysz miał 12 milionów oglądalności, a my 11 i pół miliona widzów. Potem powstały kolejne odcinki. Przy kręceniu chyba 32 ekipa otrzymała telefon z Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, że ma natychmiast wracać do Warszawy. Dziewięć odcinków do tej pory leży w archiwum. Nawet ja ich nie widziałem.

    * To, co pokazano w telewizji, to jest prawda o panu?

    - Absolutnie nie. Oni mnie tam bardzo wypaczyli, moją pracę, mój charakter, mój światopogląd. Zrobili ze mnie pedofila, skandalistę, sam nie wiem, jak to nazwać. Sam byłem zszokowany, kiedy oglądałem kolejne odcinki programu. Sceny były reżyserowane. Robili ze mnie kogoś, kim nie jestem, tłumacząc się poziomem oglądalności.

    * Miał pan z tego jakieś korzyści?

    - Zarobiłem na tym serialu 1920 złotych.

    * Oceniając z perspektywy czasu, warto było?

    - Warto, bo zacząłem dwu-, trzykrotnie podnosić stawki za występy w dyskotekach. To był jedyny plus.

    * Czy taka sława nie przysporzyła panu problemów w codziennym życiu?

    - Ze mną dziś jest dziewczyna, z którą mieszkam od dwóch lat i w tym roku razem byliśmy na pasterce. Wszyscy, którzy mnie tam widzieli, byli zdziwieni. Przyjmuję księdza z wizytą duszpasterską. Z duchownymi mam dobre stosunki, pamiętają, że chrzciłem dzieci. A że robię to, co robię? Nikogo nie morduję, nie gwałcę, każdy ma swoją pracę. Ważne, by wykonywał ją solidnie i zawodowo. Ja nie kręcę pornosów, nie zmuszam nikogo do nierządu.

    * Jak pan werbuje dziewczyny do pracy?

    - Daję ogłoszenia. Oprócz tego dziewczyny, które ze mną pracują, przyprowadzają swoje koleżanki. Czasem mówię do dziewczyn: "Potrzebuję dwie nowe, popytajcie w szkole, w klasie".

    * Co trzeba umieć, żeby u pana pracować?

    - Kryteria są bardzo ostre. Na przykład, jeżeli dziewczyna jest bardzo ładna, ma nienaganną figurę, a słoń jej nadepnął na ucho, to ani ładnie nie zatańczy, ani się ładnie nie zaprezentuje. Ale jeżeli jest naprawdę superlaską, że sam jej widok może sprawiać przyjemność, to ją zatrudniam i wtedy nie patrzę, czy się dobrze rusza i czy ma poczucie rytmu. Jeśli dziewczyna jest mniej urodziwa, mniej ciekawa, mniej zgrabna, ale daje show taneczne na scenie, to też ją zatrudniam. Jeśli chodzi o pułap wieku, to nie ma czegoś takiego. Pewnie, że fajnie się zapowiada: "Przed państwem Anita, lat 18".

    * A Anita, lat 16, nie lepiej brzmi?

    - Nie, 16-letnia dziewczyna jest jeszcze pod "opieką" prokuratora. Miałem 16-letnie striptizerki. Kiedyś dziewczyna w tym wieku mogła być striptizerką pod warunkiem, że jej rodzice się zgodzili. Zawsze w takich przypadkach wzywałem mamę, która pisała zezwolenie. Wszystko było w porządku do czasu, kiedy nieletnia dziewczyna przyprowadziła do mnie sąsiadkę, która za dwa wina udawała jej matkę. Ta kobieta napisała mi stosowane oświadczenie. Pracowałem z tą dziewczyną. Miała takie show "Pipi Langstrumnf" - dwa kucyki, podkolanówki, fartuszek, tarczę - zdrowy uczeń, krótką spódniczkę i tornister. Wydało się, ile ma lat, mimo iż wszystkim mówiła, że jest pełnoletnia. W prasie pojawiły się artykuły "Szkolny striptiz", a ja dostałem wezwanie do prokuratury. Wezwano matkę, ja patrzę, a tu jakaś zupełnie inna kobieta. Ostatecznie stwierdzono, iż nic nie wiedziałem na temat wieku tancerki. Nauczyło mnie to, że później w takich sytuacjach brałem od rodziców dowód.

    * Czy to jest opłacalny biznes?

    - Gdy zaczynałem, to były kokosy. Byłem chyba jedyny w Polsce w tej branży, nie było konkurencji. Później namnożyło się różnych agencji.

    * A ile pan płaci dziewczynom?

    - Tego, to nawet ja sam dokładnie nie wiem. Stawki są uzależnione od odległości miasta, w którym występujemy, od Łodzi, od wielkości dyskoteki…

    * A procentowo, jak dzieli się pan zarobionymi pieniędzmi ze striptizerkami?

    - To jest tajemnica handlowa, nigdy tego nie zdradzam. To nie są kokosy.

    * Ma pan dzieci, co one sądzą o pańskiej profesji?

    - Z córką kiedyś jeździłem po dyskotekach. To znaczy, ona nie występowała, ale malowała tancerkom paznokcie, robiła makijaż. Dziś skończyła szkołę kosmetyczną. Kolegowała się z moimi pracownicami. Nie widziała w tym nic zdrożnego, a wiedziała od podszewki, co ja robię. Syn rzadziej ze mną jeździł. Myślałem, że kiedyś przejmie po mnie schedę, ale jest bardzo nieśmiały.

    * A żona?

    - Z żoną do dziś żyjemy w dobrych stosunkach, choć jesteśmy po rozwodzie. Lubią się z moją dziewczyną. Żona już po rozwodzie mi powiedziała, że żadnego dnia spędzonego ze mną nie żałuje. Że każdy dzień przynosił coś nowego, było wesoło. Jednak presji nie wytrzymała. Ciągle kobiety, ciągłe wyjazdy, ciągle golizna. Początkowo szyła stroje dla moich striptizerek. A później rzuciła mnie. Dziś jest w związku z naszym wspólnym znajomym.

    * Od dwóch lat jest pan z Martą, która również jest striptizerką, nie czuje pan zazdrości, kiedy się rozbiera?

    - Chyba nie, to jest kwestia zaufania. Poza tym ona robi to przy mnie. Pracuję w tej branży już ponad 20 lat, więc patrzę na to z innej perspektywy. Marta po mieszkaniu chodzi naga, a nie mamy w domu zasłon, nie przeszkadza mi to.

    * Dziękujemy za rozmowę.



    Marta "Mizia", lat 20

    - Praca striptizerki nie jest ciężka. Można się przyzwyczaić. Trzeba uważać, żeby za bardzo nie wciągnęła. Pierwszy raz, kiedy się rozebrałam przed publicznością w dyskotece, miałam 18 lat. Koleżanka mnie namówiła, żebyśmy odpowiedziały na ogłoszenie w prasie. Chciałyśmy sobie znaleźć normalną pracę, ale nie mogłyśmy. Koleżanka oglądała "Balladę", więc poznała Czarka po głosie. Umówiłyśmy się na spotkanie. Weszłyśmy, w domu wszędzie leżała bielizna. Przymierzałyśmy ją. Najpierw umówiliśmy się na sesję zdjęciową, upierałam się, że będę fotomodelką, a nie tancerką czy striptizerką. Tak się zdarzyło, że kilka dni później wyjechaliśmy na pierwszy występ. Spodobało mi się, ile zarobiłam. Licytowano moje majtki. To mnie zaskoczyło, dostałam wtedy prawie średnią miesięczną pensję. Moi rodzice nie wiedzą, czym się zajmuję i oby się nie dowiedzieli.




    Linda "Milka", lat 18

    Jest mulatką. Mama jest Polką, tata Nigeryjczykiem. Linda ma 18 lat i uczy się w jednym z łódzkich liceów. Występowała w peruce, włosy zasłaniały twarz, bo jak mówi, boi się, aby nie rozpoznał jej nikt z nauczycieli, bo chciałaby zdać maturę. Najbliżsi Lindy nie wiedzą, czym zajmuje się w weekendy. A robi to, jak mówi, dla pieniędzy. Po maturze ze swoim chłopakiem chce wyjechać do Anglii i tam zacząć nowe życie. Nie chce, jak mówi, zarabiać już rozbieraniem się.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo