Nie lubię słowa kariera

    Nie lubię słowa kariera

    Artur SZCZUKIEWICZ

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Bożena Stachura ma 32 lata. Od kilku miesięcy oglądamy ją serialu "M jak miłość". Zapisała się w pamięci widzów rolą Solange w filmie

    Bożena Stachura ma 32 lata. Od kilku miesięcy oglądamy ją serialu "M jak miłość". Zapisała się w pamięci widzów rolą Solange w filmie "Chopin. Pragnienie miłości". Jest absolwentką krakowskiej Wyższej Szkoły Teatralnej. Debiutowała w epizodycznej rólce w sitcomie "Miodowe lata", wystąpiła też w jednym z odcinków "Na dobre i na złe" oraz w filmie "Lawstorant". Wkrótce na ekrany kin wejdzie kolejny film z jej udziałem - "Bezmiar sprawiedliwości". ©Oko Cyklopa

    Rozmowa z aktorką BOŻENĄ STACHURĄ.



    * Mija właśnie siedem lat od chwili, kiedy skończyła pani szkołę aktorską. Jak pani te lata zapamięta?



    - Każdy rok był wspaniały i, choć może nie pracowałam tyle, ile bym chciała, to uważam, że nie były to lata stracone. Od razu po szkole dostałam angaż w Teatrze Narodowym, gdzie na mojej drodze zawodowej spotkałam naprawdę wybitnych reżyserów - Jerzego Grzegorzewskiego, Kazimierza Kutza i wielu innych. Teatralną miłością mojego życia był Jerzy Grzegorzewski. Bardzo się cieszę, że zdążyłam być w jego teatrze nie tylko jako widz, ale też jako aktorka. W kinie również miałam szczęście debiutować u mistrza - Jerzego Antczaka.
    Zagrałam Solange w filmie "Chopin. Pragnienie miłości". Nawet o tym nie marzyłam - duża rola i to w filmie kostiumowym! Myślę, że wszystko wciąż jeszcze przede mną. Cały czas się uczę.



    * Po premierze "Chopina" był taki moment, kiedy krytycy i widzowie wróżyli pani wielką, oszałamiającą karierę. A chwilę później, nagle, szum wokół pani ucichł.



    - Szum ma to do siebie, że po chwili cichnie. Pracowałam cały czas w Teatrze Narodowym, miałam wiele premier. Zadebiutowałam w Teatrze Telewizji w "Lordzie Jimie" w reżyserii Laco Adamika, we wspaniałej obsadzie - Gustaw Holoubek, Piotr Fronczewski, Jan Englert, Michał Żebrowski, Kazimierz Kaczor. Kiedy przeglądam zdjęcia z tamtego okresu, myślę, że wszystko, co robiłam, było jakimś etapem w moim zawodowym życiu, że za każdym razem uczestniczyłam w czymś ważnym.



    * Nie było w pani chęci mocnego zaistnienia w filmie?



    - Oczywiście, że chęci były, ale nie było propozycji. Po "Chopinie" udzielałam wywiadów, miałam liczne sesje zdjęciowe, zapraszano mnie na bankiety, ale nic poza tym. Co dalej? Odpowiedzi szukałam w teatrze. Zagrałam wówczas dużą rolę w spektaklu "Na czworakach" Różewicza w reżyserii Kazimierza Kutza i wydawało mi się, że świat znów należy do mnie. Uważam, że do wszystkiego trzeba dochodzić powoli i po kolei.



    * Nie buntuje się pani przeciwko temu, że nagły wzrost zainteresowania panią spowodowała informacja, że pojawi się pani w serialu "M jak miłość"? Nie współpraca z wielkimi reżyserami, nie spektakle teatralne, w których pani brała udział, nie role filmowe, ale udział w serialu...



    - Nie ma się co buntować. Nie każdy chodzi do kina, nie każdy ma szansę bywać w teatrze, a telewizja jest wszędzie. Nic nie daje takiej popularności, jak pojawienie się na małym ekranie. Kiedyś aktorzy mówili o serialach z ironią, dzisiaj chętnie w nich grają. To jest nasza praca. Wszystko się zmienia, pozycja teatru w społeczeństwie też. Czy nam się to podoba, czy nie, wiele rzeczy uległo uproszczeniu. Wielcy aktorzy, którzy byli wierni teatrowi, również grywają w serialach...



    * Udział aktora w serialu może się przyczynić do wzrostu popularności teatru, bo być może ludzie będą chcieli zobaczyć, jak aktorka z serialu wygląda na żywo, na scenie.



    - I koło się zamyka. Nie ma co ukrywać - dzisiaj gwarantem pracy i różnych innych profitów dla aktorów są seriale. Tak jest i nie ma się co buntować przeciwko temu. Ja ogromnie się cieszę, że mogę pracować w "M jak miłość".



    * Tym bardziej że nie jest to byle jaki serial. Oglądała pani "M jak miłość" zanim zaczęła pani w nim grać?



    - Jeśli tylko miałam czas, to oczywiście, oglądałam. Moja rodzina go ogląda, mnóstwo znajomych również. Losy bohaterów, choć nie wszystkie odcinki widziałam, są mi doskonale znane. Kiedyś, podczas oglądania jednego z odcinków "M jak miłość", pomyślałam sobie, że chciałabym w czymś takim wziąć udział, "zaliczyć" i taki etap. Jednocześnie byłam przekonana, że granie w serialu to bardzo ciężka praca - trzeba się bez przerwy uczyć tekstu, bez przerwy być w gotowości, ciągle mieć w sobie uruchomioną aktywność, by niczego nie przespać, nie przegapić. Byłam ciekawa, jak to wygląda i jaką trzeba mieć kondycję, żeby temu sprostać. Ucieszyłam się, kiedy zadzwoniła do mnie pani Grażyna Szymańska z zaproszeniem na casting do roli Grażyny. Pomyślałam, że nie mam nic do stracenia i udało się. Wygrałam!



    * Wiedziała pani od razu, kim będzie Grażyna? Wiedziała pani, że mocno "namiesza" w życiu głównych bohaterów, że będzie raczej "czarnym charakterem"?



    - W momencie kiedy przystąpiłam do zdjęć próbnych, powiedziano mi, że to będzie postać, która spowoduje zawirowanie w życiu Hanki i Marka Mostowiaków. Wiadomo, że jest to bardzo lubiana para, więc jeżeli w ich życiu ma się pojawić kobieta, która może to wszystko zniszczyć...



    * ...to jest z góry na przegranej pozycji.



    - Oczywiście. Wiedziałam, że to będzie mocny wątek i na jednym czy dwóch odcinkach się nie skończy. Miałam świadomość, że Grażyna będzie ważną postacią.



    * I kolejną w pani dorobku "mocną" rolą. Nie gra pani kobiet nijakich...



    - Uważam, że lepiej zagrać jedną "mocną" postać niż cały szereg postaci nie dających się zróżnicować, zidentyfikować, zapamiętać. Lepiej grać mniej a wyraziściej (śmiech).



    * W pewnym momencie ta wyrazistość może stać się dla pani ciężarem.



    - Tak zwaną "szufladą"? No, to trzeba będzie wtedy z niej wyjść (śmiech).



    * Proszę powiedzieć, jaka jest Grażyna?



    - Jest atrakcyjna, elegancka, wykształcona, ambitna. Źle znosi porażki. Chce, żeby ostatnie zdanie należało do niej. Lubi być w centrum zainteresowania. A takie osoby często nie wzbudzają sympatii.



    * Chce pani powiedzieć, że nie lubi się idealnych osób, bo lubi się bylejakość?



    - Nie mówię, że Grażyna jest idealna. Grażyna to typ osobowości, który dość szybko zagrabia teren wokół siebie. Są ludzie, którzy przed takimi charakterami się bronią, nie chcą mieć z nimi nic wspólnego z obawy, że mogą coś stracić. Nie chodzi tylko o korzyści finansowe czy rzeczy namacalne, wymierne. Chodzi czasem o świadomość, że przy takiej osobie można poczuć się kimś gorszym. Psychologiczny niuans, który może zniszczyć człowieka od wewnątrz.



    * Widzowie utożsamiają postać z aktorem. Jest pani gotowa na to, że ktoś - gdy spotka panią w kolejce, na ulicy, na poczcie - wykorzysta to spotkanie, by "dokopać" Grażynie?



    - Jeżeli widzowie będą mieć taki problem z Grażyną i przeniosą to do realnego świata, to cóż mogę powiedzieć? Będę takim ludziom współczuć, jeśli rzeczywiście spotka mnie z ich strony jakaś przykrość.



    * Jakimi słowami określiłaby pani siebie?



    - Lubię realizować to, co sobie postanowię.



    * Ale nie wbiłaby pani koleżance noża w plecy, żeby dostać rolę?



    - Nigdy w życiu!!!



    * Sprawia pani wrażenie osoby, która dobrze wie, czego chce...



    - Mnie też się tak wydaje (śmiech). Powiem tak - wiem, czego chcę, o czym marzę, ale uważam, że należy robić swoje, nie krzywdząc nikogo po drodze.



    * Na jakim etapie tej drogi jest pani dzisiaj, kiedy już wiadomo, że pani kariera nabrała rozpędu?



    - Kariera? Nie lubię tego słowa. Chciałabym jak najlepiej wykonywać to, co robię i mieć satysfakcję, że popełniam coraz mniej błędów.



    * Za chwilę będzie pani "na fali" nie tylko z powodu udziału w "M jak miłość". Na ekrany kin trafi film "Bezmiar sprawiedliwości", w którym znów gra pani silną postać, pani imienniczkę - sędzię Bożenę. Nie boi się pani popularności?



    - Na razie specjalnie jej nie odczuwam. A potem zobaczymy. Takie nagłe "bycie na fali" to jedna rzecz, a druga to utrzymanie się na niej. Jeśli to, co robię, zainteresuje widzów na tyle, że będą o mnie pamiętać, zechcą śledzić dalszą moją drogę, to będzie dla mnie znakiem, że coś udało mi się zrobić. Wtedy będę zadowolona.



    * Myślę, że myli pani popularność z uznaniem. Żeby być popularnym, wcale nie trzeba być świetnym w tym, co się robi. Popularność to bycie znanym, niekoniecznie znanym z dokonań zawodowych, i bycie rozpoznawalnym. Ktoś może podejść do pani na ulicy i poklepać po ramieniu. Bo zna panią z serialu. O strach przed tego rodzaju popularnością pytałem.



    - Jak to wszystko strasznie zabrzmiało! Zdecydowanie wolałabym być świetna w tym, co robię niż popularna.



    * Gdyby pani miała przeprowadzić ze sobą wywiad, o co by się pani zapytała?



    - Na przykład o moje pasje. Czy lubię fotografować i podróżować. Odpowiedziałabym, że tak. Na pewno wiem, o co bym siebie nie zapytała.



    * O co?



    - O to, czy jestem szczęśliwa. Tego nie da się określić słowami.



    * Ale bywa pani szczęśliwa?



    - Bywam (śmiech). Cieszę się z tego, co mam i mówię to naprawdę szczerze. Nie chcę mieć więcej. Bo jak się chce za dużo, to można się rozczarować.



    * Praca w "M jak miłość" sprawi, że będzie pani miała mniej czasu na realizację swoich pasji?



    - Troszeczkę mniej. Jak jest dużo pracy, to człowiek znajduje w sobie więcej energii i wiele rzeczy jest w stanie połączyć. Na przykład teraz - kupiłam komputer i zgłębiam jego tajemnice, robię też prawo jazdy. Dzięki komputerowi robienie zdjęć i ich obróbka to czysta przyjemność, na którą zawsze znajdę czas.



    * Co pani najchętniej fotografuje?



    - Moją pasją są portrety ludzi. Lubię też podpatrywać przyrodę, krajobrazy, ale najbardziej lubię fotografować ludzi i to chyba robię najlepiej.



    * Ludzi, których pani zna czy również przypadkowo spotkane osoby...



    - Oczami robię zdjęcia przypadkowym przechodniom, obserwuję dziwnych nieznajomych, ale nie mam śmiałości wyjąć aparatu. Uważam, że jest w tym coś nieuczciwego. Nie potrafiłabym komuś pstrykać w twarz w momencie, gdy on na przykład cierpi. Kiedyś na lotnisku w Paryżu obserwowałam piękną, czarną kobietę. Była zjawiskowa. Miała długą szyję wyłożoną pierścieniami i ogromne, nieufne oczy. Z różnych stron próbowałam ją podejść, żeby zrobić ukradkiem portret. W pewnym momencie nasze oczy spotkały się. Poczułam, że jest zdenerwowana. Bez słowa, dostojnie odeszła z tamtego miejsca, a mnie było strasznie przykro.



    * Jakie zdjęcie jest według pani zdjęciem dobrym?



    - Portret jest dobry wtedy, gdy obiekt, który fotografuję, czuje się tak swobodnie, że w ogóle nie myśli o tym, że ja mu robię zdjęcie. Trzeba mieć z tą osobą dobry kontakt. Jak kogoś nie lubię, to po prostu nie robię mu zdjęć, a jak kogoś lubię, to zdjęcia wychodzą piękne (śmiech). W robieniu portretów jest jakaś magia. Pozytywna energia musi płynąć z obu stron.



    * Myślała pani o zorganizowaniu wystawy i pokazaniu wykonanych przez siebie zdjęć?



    - Nie, nie myślałam. Robię dużo zdjęć z podróży, a jeżdżę w ciekawe miejsca. Mam piękne zdjęcia z Islandii, Szkocji, Krety. Dla mnie są wartościowe, ale czy mają wartość dla kogoś jeszcze? Nie wiem. Nie chcę ludziom zawracać głowy swoimi zdjęciami. Robię je dla siebie. Może kiedyś nadejdzie taki moment, że będę chciała zebrać w jakiejś formie moje zdjęcia z podróży...



    * Dokąd pani podróżowała ostatnio?



    - Byłam w Luksemburgu. Rok temu zjechałam całą Korsykę i część Toskanii. Byłam na Islandii, przemierzyłam całą Szkocję. Oczywiście z aparatem fotograficznym na szyi.



    * Sama organizuje pani swoje wojaże po świecie, czy korzysta pani z ofert biur podróży?



    - W podróży ważna jest swoboda, możliwość szybkiej zmiany decyzji, absolutna wolność w wyborze zwiedzanych zakątków. Dlatego wolę wyjazdy na własną rękę.





    Komentarze

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo