Mam alergię na narzekanie

    Mam alergię na narzekanie

    Lidia Cichocka

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Mam alergię na narzekanie
    Rozmowa z Paolo Cozzą, Włochem znanym z programu "Europa da się lubić".
    Mam alergię na narzekanie

    Paolo Cozza

    Paolo Cozza


    Najbardziej lubiany i popularny Włoch w Polsce. Sympatię zdobył dzięki programowi "Europa da się lubić", gdzie kreował się na niesamowitego tradycjonalistę, a jego poglądy na kobiety i ich rolę w domu denerwowały panie w studiu. Po ślubie zmienił zdanie, razem z żoną prowadzi firmę, gotuje, a nawet zmywa. Z wykształcenia prawnik, prowadzi działalność handlową, koncertuje z zespołem.



    * Wielu Polaków zadaje sobie pytanie, jak można, mając skończone studia prawnicze, dobrą pracę w kancelarii, ustosunkowanego ojca - bliski współpracownik burmistrza Mediolanu, zostawić Włochy i przejechać do Polski?

    - To chyba nienormalne, tak? Ale moi znajomi też nie rozumieli, rodzice podobnie. Poza kilkoma kolegami, którzy tu byli i wiedzieli, o co chodzi. Bo rzeczywiście, zostawiałem coś i jechałem w nieznane.

    * Zupełnie w nieznane?

    - Tak. Wytłumaczę, ale najpierw chcę powiedzieć, że ja się dziwię Polakom, którzy z niedowierzaniem pytają: dlaczego tu przyjechałeś? Włosi są dumni ze swojego kraju, oni się nie dziwią, że ktoś chce mieszkać we Włoszech.

    * A pan znał Polskę, kiedy się pan decydował na przyjazd?

    - Byłem tu z kolegami, bardzo mi się podobało. I kraj, i ludzie. Mamy wiele wspólnych cech, dlatego zadecydowałem się na wejście w ciemno. Tak się u was mówi?

    * Jeśli pan nie miał nic umówionego, to tak.

    - Nie miałem. Pomyślałem, że we włoskiej firmie bez trudu znajdę pracę. Nie chciałem dużych pieniędzy i jakiś pokój, żeby mnie sprawdzili przez trzy tygodnie. Ale o ni uważali, że jestem mafioso i uciekam przed policją. Bo oni w Polce byli za karę. Na weekendy wracali do Włoch. Nie wierzyli, że ja chcę być w Polsce z własnej woli, bo dla nich to była zsyłka.

    * Odrzucili pana?

    - Tak, nie miałem wyjścia. Po półtora miesiącu otworzyłem firmę, nauczyłem się polskiego. Sprowadzam akcesoria samochodowe i już się na tym znam. Udało mi się nawet zdobyć kontrakt z Carrefourem. Dużo pracowałem, znalazłem dobrych ludzi. Pierwsza osoba, którą zatrudniłem, to była dziewczyna z Kielc. Pracuje do dzisiaj. Tłumaczką została pani, która pracowała w firmie, w której starałem się o pracę. Ona słyszała, jak jej bossowie mówią o Polsce. Uwierzyła mnie, że naprawdę chcę tu być, bo to lubię i odszukała mnie.

    * Jak się pan uczył polskiego?

    - Poszedłem do szkoły, ale zrezygnowałem. Mówiono o czasownikach dokonanych i niedokonanych i po godzinie zastanawiałem się, czy ja już zakończyłem akcję. Wolałem rozmawiać z ludźmi. Unikałem Włochów, bo oni ciągle narzekali, a ja mam alergię na narzekanie. Przestawałem z Polakami. Ale czytam i piszę źle. Jak dziecko.
    * Leszek Kumański, kolejny kielczanin w pana życiu, zaproponował panu udział w programie "Europa da się lubić", bo występował pan w zespole. Nadał pan muzykuje?

    - Śpiewam, śpiewałem też we Włoszech, z kumplami mieliśmy taki bardzo kreatywny zespół. W Polsce poszukałem innych muzyków, ale już się tak nie bawimy. Polacy wolą słuchać "Volare", przebojów Drupiego. Ja za nimi nie przepadam, ale... Niedawno spotkaliśmy się z kumplami z pierwszego zespołu. Jeden mieszka w Rumunii i Norwegii, rozjechali się po całych Włoszech, pożenili, mają dzieci. Udało się jednak spotkać kilka razy i mamy nagrać płytę.

    * Pan też zmienił stan cywilny. Ponoć długo trzeba było przekonywać żonę, by się z panem umówiła.

    - Tak, później się dowiedziałem, że Iwona uważała każdego Włocha za podrywacza. Studiowała i pracowała jako kelnerka. Chodziłem do jej restauracji często i wymyślałem preteksty, żeby porozmawiać z nią minutę, półtorej. Musiałem zamawiać to jedzenie, które wcale nie było dobre. Byłem wytrwały.

    * I w czerwcu odbył się ślub, góralski, bo żona jest z Rymanowa. Przyjechała pana rodzina?

    - Tak, mama pierwszy raz złamała zasadę i wsiadła w samolot. Do tej pory panicznie się bała podróży, ale dobrze poszło i już odwiedziła nas dwa razy.

    * Polskie wesele jest lepsze od włoskiego?

    - Tak, tłum ludzi, wszyscy się bawią. Było wspaniale.

    * A w domu, rzeczywiście pan gotuje?

    - Ale tylko spaghetti. Jadam je codziennie. Nawet jak późno wieczorem wracam po pracy. Nigdzie nie można dostać takiego spaghetti, jak robiła moja babcia czy robi mama, więc musiałem sam. Iwonce też bardzo smakuje.

    * Lubi pan gotować?

    - Polubiłem, bo lubię jeść, więc jak robiłem, to polubiłem.

    * A czym nasze spaghetti różni się do włoskiego, podawanego w domu?

    - Tutaj podaje się je z mięsem, z warzywami, jako drugie danie. A spaghetti to po prostu spaghetti, nie potrzebuje nic innego. Jest poza tym szybkie i tanie. We Włoszech fast foody się nie przyjmują, bo my mamy spaghetti.

    * Nie żałuje pan przyjazdu do Polski?

    - Oczywiście, że nie. Jestem tutaj szczęśliwy.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo