Wojna w szkole wciąż trwa

    Wojna w szkole wciąż trwa

    Klaudia Tajs

    Echo Dnia Podkarpackie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Podkarpackie

    Od czasu, kiedy pani Ewa przebywa na zwolnieniu lekarskim, dzieci przeprowadzają sprzątaczki, które robią to niezgodnie z prawem, gdyż nie przeszły odpowiedniego

    Od czasu, kiedy pani Ewa przebywa na zwolnieniu lekarskim, dzieci przeprowadzają sprzątaczki, które robią to niezgodnie z prawem, gdyż nie przeszły odpowiedniego szkolenia. ©M. Radzimowski

    Były dyrektor i trzech jego obrońców przebywają na zwolnieniach lekarskich. Kto następny opuści szkołę w Trześni?
    Od czasu, kiedy pani Ewa przebywa na zwolnieniu lekarskim, dzieci przeprowadzają sprzątaczki, które robią to niezgodnie z prawem, gdyż nie przeszły odpowiedniego

    Od czasu, kiedy pani Ewa przebywa na zwolnieniu lekarskim, dzieci przeprowadzają sprzątaczki, które robią to niezgodnie z prawem, gdyż nie przeszły odpowiedniego szkolenia. ©M. Radzimowski

    - Broniłam poprzedniego dyrektora i dziś jestem niszczona przez niektórych nauczycieli naszej szkoły i wójta - mówi Ewa Matuszewska ze Szkoły Podstawowej Trześni w gminie Gorzyce. Pani Ewa nie boi się mówić, że w szkole, z chwilą odejścia poprzedniego dyrektora, panuje psychoza strachu.

    Ewa Matuszewska od dziesięciu lat przeprowadza uczniów Szkoły Podstawowej w Trześni przez ruchliwą drogę krajową numer 9.
    Przez ostatnie pięć lat nie opuściła ani jednego dnia w pracy. Odważyła się na szczerą rozmowę, bo uważa, że szkołą nie może rządzić kilka nauczycielek. - Są w dobrej komitywie z nowym wójtem, były za odwołaniem poprzedniego dyrektora - twierdzi Ewa Matuszewska. - Po konkursie grono podzieliło się. Kto był za starym dyrektorem, dziś jest wrogiem. Kto był jemu przeciwny, dziś zbiera laury.

    Z DRUGIEJ STRONY BARYKADY

    Jej problemy w pracy zaczęły się z chwilą, kiedy w szkole rozgorzał spór o wybór nowego dyrektora. Ona znalazła się w gronie tych, którzy stanęli po stronie byłego dyrektora Jerzego Pawia. - Od tego czasu czuję się zastraszana i szykanowana przez jedną z nauczycielek, która chciała zmiany dyrektora, jak również przez wójta Gorzyc, który wyjątkowo szybko reagował na donosy, jakie pisano pod moim adresem - przekonuje pani Ewa.

    - Wiem, kto pisał na mnie donosy, bo mam kopie tych dokumentów. Najpierw był donos, że zbyt późno zaczynam pracę, że o godzinie 7.10 nie było mnie przed szkołą. Potem był telefon od radnego, że koło południa nie było mnie na ulicy. Oczywiście wszystko było nieprawdą, bo pracę od dziesięciu lat zaczynam o godzinie 7.30, a w południe na skrzyżowaniu stałam. Moim pracodawcą jest dyrektor, a nie wójt, do którego szły skargi. Ekipa popierająca nową dyrekcję włącznie z wójtem chciała mi pokazać kto rządzi w szkole. Czułam się zastraszana w wyniku moich protestów za pozostawieniem w szkole byłego dyrektora. Mimo to, znosiłam to wszystko, bo lubię dzieci i swoją pracę.

    INCYDENT NA PASACH

    Czarę goryczy przelał incydent z 25 października, kiedy jedna z nauczycielek trześniowskiej podstawówki, koło godziny 14 nie udzieliła pierwszeństwa pieszym i w ostatniej chwili zatrzymała samochód na przejściu dla pieszych. - To był szok, szłam z grupą dzieci z klasy trzeciej i nagle poczułam za plecami samochód - wspomina pani Ewa. - Wycofałam się z dziećmi, a nauczycielka odjechała. Wystraszona poszłam do dyrekcji i zgłosiłam incydent, bo leży to w zakresie moich obowiązków, gdyż za te dzieci odpowiadam. Było to wykroczenie, które należało zgłosić na policję.

    Jak wynika z opowiadań pani Ewy, kilka minut później w sekretariacie szkoły pojawiła się nauczycielka - kierowca, której towarzyszył mąż. Świadkami tego, co się wydarzyło, były sekretarka szkoły Iwona Sąsiadek oraz Renata Tambor, następczyni Jerzego Pawia. - Nauczycielka wpadła razem z mężem do pomieszczenia i zaczęła krzyczeć, że jej specjalnie dzieci pod koła wprowadzam - wspomina pani Ewa. - Kiedy powiedziałam, że musi się zatrzymać, bo przepisy są jednakowe dla wszystkich, ona stwierdziła, że nie zatrzyma się, bo ja tak chcę. A jej mąż o mało mnie nie pobił. Krzyczał, że mnie załatwi, że mnie zastraszy, był strasznie agresywny. Po czym trzasnęli drzwiami i wyszli. A była to pani, która jest w gronie hołubionym przez wójta.

    Dzień później pani Ewa poszła do lekarza, który wysłał ją na zwolnienie lekarskie. - Taki stres ruszyłby słonia, a co dopiero człowieka, dlatego jestem na zwolnieniu - tłumaczy Ewa Matuszewska. - Nie wiem jak to dalej będzie.

    POLICJA I PROKURATURA

    Sprawą nauczycielki-kierowcy zajmuje się tarnobrzeska policja. Trwa przesłuchiwanie świadków. - Dzień po tym, jak otrzymaliśmy zawiadomienie o zajściu na przejściu dla pieszych przed szkołą w Trześni, wysłaliśmy samochód z wideoradarem i sprawdziliśmy, jak zachowują się inni kierowcy - mówi Ireneusz Fietko, zastępca komendanta policji w Tarnobrzegu.

    - Z naszych obserwacji wynika, że kierowcy dostosowują prędkość. W tej sprawie przesłuchujemy świadków.
    Dodatkowo pani Ewa złożyła doniesienie do prokuratury na męża nauczycielki za groźby. Świadkami w sprawie są pierwsza następczyni Jerzego Pawia, która w tamtym czasie pełniła obowiązki dyrektora, oraz sekretarka szkoły, która potwierdza, że mąż nauczycielki-kierowcy groził nie tylko Ewie Maruszewskiej, ale i jej. - Było strasznie głośno - wspomina sekretarka. - Mąż nauczycielki mówił, że sobie za dużo pozwalamy i że zrobi z nami porządek. Nie mówił w liczbie pojedynczej, tylko w mnogiej.

    TO PROWOKACJA

    Nauczycielką, która zdaniem pani Ewy nie dostosowała prędkości jazdy samochodem przed szkołą, jak również której mąż interweniował w sekretariacie szkoły, jest Krystyna Surma. Po namowie zgodziła się skomentować zaistniałą sytuację. - Jechałam ze szkoły od strony Gorzyc, bardzo powoli, ponieważ ta pani już wcześniej wyprowadzała dzieci przed moim samochodem - mówi nauczycielka. - To jest złośliwość z jej strony. Tego dnia pani stała na poboczu odwrócona tyłem do mnie, zbierała dzieci i nic nie wskazywało na to, że ma zamiar przeprowadzać je na jezdnię. Gdy zbliżyłam się do pasów, ona wypuściła bez asysty jedno dziecko. Wtedy zatrzymałam się bez problemu, bo jechałam powolutku, może 10, może 15 kilometrów na godzinę. To była prowokacja, bo gdyby doszło do nieszczęścia?
    Co zaś tyczy się awantury w sekretariacie szkoły, Krystyna Surma twierdzi, że idąc do sekretariatu szła z zamiarem poskarżenia się na Ewę Matuszewską.

    A sprowadzenie męża tłumaczy następująco: - Mój mąż żadnych gróźb karalnych nie wystosował, a przyszedł, bo pani dyrektor w ogóle nie chciała mnie wysłuchać, mówiła, że muszę zawsze zatrzymywać się przed pasami - dodaje Krystyna Surma. - Bez względu na to, czy pani Matuszewska będzie przeprowadzać dzieci czy nie, uważam, że jeżeli nie byłoby strażnika na drodze i byłyby same dzieci, wtedy zatrzymywałabym się zawsze. Ale jeżeli jest strażnik, to on sygnalizuje i dba o bezpieczeństwo dzieci na przejściu.

    Krystyna Surma zapewnia, że nie jest ani zwolenniczką, ani przeciwniczką odwołanego dyrektora. Zapewnia, że chce pracować w normalnej atmosferze. - Chcę swój czas poświęcić dzieciom, chcę, żeby w szkole było normalnie - kończy.

    WÓJT CZUWA

    Marian Grzegorzek, wójt Gorzyc, twierdzi, że atmosfera w Szkole Podstawowej w Trześni jest zdrowa i nie ma powodów do obaw. - Sytuacją nadzwyczajną jest to, że czterech pracowników szkoły przebywa na zwolnieniu chorobowym - mówi Marian Grzegorzek. - Myślę, że jest to przypadek. Ale przez to w szkole panuje dezorganizacja.

    Niepokojące, jak mówi wójt Gorzyc, jest to, że po odejściu na zwolnienie lekarskie pani Matuszewskiej, w szkole nie ma osób, uprawnionych do przeprowadzania dzieci. - Obecna dyrektor szkoły wysłała pismo do Komendy Wojewódzkiej Policji w sprawie przeszkolenia pracowników i czekamy na terminy - dodaje wójt. - Szkolenie jednej osoby kosztuje 1500 złotych. Zrefundujemy dyrektorce koszty.

    Marian Grzegorzek nie widzi powodów, aby odejście na zwolnienie Ewy Matuszewskiej łączyć z atmosferą w szkole, jak również z incydentem z 25 października. - Nie mogę zajmować stanowiska w sprawie, która jest mi obca - twierdzi wójt. - O incydencie na pasach wiem, ale o zastraszaniu w sekretariacie pani Matuszewskiej przez męża jednej z nauczycielek pierwszy raz słyszę, dlatego wyjaśnię tę sytuację - zapewnia Marian Grzegorzek, wójt Gorzyc.


    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo