Jarocka: Miłość jest najważniejsza

    Jarocka: Miłość jest najważniejsza

    Artur Szczukiewicz

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Irena Jarocka wiele lat temu niespodziewanie wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Dziś zamierza wrócić do Polski na stałe.
    Na rynku właśnie ukazała się książka Ireny Jarockiej „Motylem jestem, czyli piosenka o mnie samej”.

    Na rynku właśnie ukazała się książka Ireny Jarockiej „Motylem jestem, czyli piosenka o mnie samej”. ©ZOOM

    * Kilkanaście lat temu podjęła pani decyzję o wyjeździe z Polski. Dlaczego zdecydowała się pani na emigrację?

    - Nie podjęłam tej decyzji tu, w Polsce. Wyjechałam do Ameryki właściwie na chwilę i dopiero na miejscu stanęłam przed wyborem - albo wracam do Polski, albo zostaję w Stanach z rodziną i przyzwyczajam się do nowej rzeczywistości. Wszystko było fantastyczne, dopóki trwały wakacje, ale wakacje się skończyły i zaczęło się normalne życie. Mąż, który widział moje rozterki, powiedział: "Wracaj i zostań w Polsce tak długo, jak będziesz chciała." Po rocznym pobycie w Ameryce spakowałam walizki, wsiadłam w samolot i przyleciałam do kraju z zamiarem zostania tu na pół roku, może rok. Miesiąc później tak bardzo tęskniłam za rodziną, za mężczyzną, którego kocham, że niewiele myśląc, znowu się spakowałam, wsiadłam w samolot i wróciłam do męża i córki.

    * Jednym słowem - zwyciężyła miłość?

    - Miłość zawsze była u mnie na pierwszym miejscu, bo uważam, że jest bazą, do której zawsze się wraca. Nie umiałabym żyć bez miłości.

    * W Polsce kochały panią tłumy fanów. Ta miłość pani nie wystarczała?

    - Publiczność potrafi wspaniale kochać, jest wierna i cudowna, ale to zupełnie inny świat. Nie można porównywać życia osobistego z życiem na scenie. Wchodząc na scenę, staję się zupełnie inną osobą. Prywatnie jestem wyciszona, zdystansowana do świata, nie lubię rzucać się w oczy ubiorem czy zachowaniem, a na scenie eksploduję kobiecością. Cenię uczucia, jakimi darzy mnie publiczność, ale na nich przecież nie kończy się miłość. Miłością jest piękno wokół nas, wszystko to, co nas cieszy i co daje nam radość. Miłość to dobra energia. Szukam jej we wszystkim, bo jest podstawą życia. Staram się ze wszystkiego czerpać miłość i piękno, by móc je potem rozdawać innym.

    * Miłość ponad wszystkim?

    - Tak. Nie można jej określić, wepchnąć w ramy, ograniczyć czymkolwiek, zdefiniować.

    * Co w miłości uważa pani za najważniejsze?

    - Bezinteresowność. W prawdziwej miłości nie ma "coś za coś". Miłość jest, jaka jest. Jeżeli kocha się kogoś za coś, to tak naprawdę nie kocha się w ogóle. Trzeba kochać bezwarunkowo. Inaczej dziecko, inaczej mężczyznę, inaczej rodziców, ale zawsze bezwarunkowo.

    * Nigdy nie żałowała pani przeprowadzki do Ameryki?

    - Dziś mogę powiedzieć z przekonaniem, że nie żałuję. Ameryka bardzo mnie zmieniła, sprawiła, że dojrzałam. Znalazłam sobie za oceanem miejsce do życia i pracy, stałam się częścią Polonii. Tej Polonii, która żyje Polską, należy do Polski i jest gotowa odpowiedzieć na każde zawołanie, jakie stąd dotrze do Stanów.

    * Wielu ludziom Ameryka kojarzy się z gangsterami, przemocą, miejscem, gdzie krew leje się strumieniami. Takie Stany znamy z filmów. Jaka jest pani Ameryka?

    - Stereotyp, o którym pan mówi, też na początku głęboko we mnie tkwił. Nie wyobrażałam sobie życia w Ameryce na dłużej. Kiedy jednak zamieszkałam w malutkim miasteczku uniwersyteckim w stanie West Virginia, słynącym z tego, że jest dziki i piękny, zaczęłam odkrywać zupełnie inną Amerykę. Amerykę prowincjonalną... To kraj pełen cudownych, życzliwych, otwartych ludzi, w którym nikt nie boi się zostawić na ulicy otwartego samochodu, gdzie ludzie ufają sobie nawzajem, uśmiechają się do siebie serdecznie. Ujęła mnie ta serdeczność i w pewnym momencie po prostu poczułam się w Ameryce bezpiecznie. A do tego okazało się, że mogę tam robić to, co kocham - mogę śpiewać.

    * Jak pani myśli, zrobiła pani w Stanach karierę?

    - Powiem tak: odnalazłam się tam jako piosenkarka.

    * Co to znaczy?

    - Moją "wizytówką" jest program złożony ze światowych szlagierów, które śpiewam w ośmiu językach. W Ameryce mieszkają ludzie z całego świata. Moje recitale są dla nich sentymentalnymi wycieczkami do ojczyzn. Dzięki temu, że daję im możliwość posłuchania największych przebojów pochodzących z ich krajów, zyskuję ich sympatię i przychylność. Występuję dla tej publiczności w bardzo ekskluzywnych salach i miejscach, w Dallas, w San Diego. Poza tym często śpiewam dla Polonii. Czy zrobiłam karierę w Ameryce? Mam tam swoje miejsce. To niewiele, ale jednocześnie bardzo dużo.

    * Kiedy jest pani w Polsce, tęskni pani...

    - ... za rodziną, za spokojem, za przyjaciółmi.

    * A tam, w Ameryce, czego pani najbardziej brakuje?

    - Polskich zapachów, smaków, języka. Brakuje mi wszystkiego, co... polskie. Czuję niemal biologiczną więź z Polską. Zawsze, kiedy wyjeżdżam z Warszawy do Ameryki, wydaje mi się, że zostawiam tu jakąś część swojego ciała, cząstkę siebie.

    * Jak wygląda pani zwykły, "amerykański" dzień, taki, gdy nie musi pani pracować?

    - Nie umiem nie pracować, więc zawsze znajduję sobie jakieś zajęcie. Gdy mąż wychodzi do pracy, dzwonię do przyjaciółek albo odbieram telefony od nich, idę na aerobik, na spacer. Pracuję nad nowym repertuarem, opracowuję piosenki, ustalam terminy koncertów. Poza tym wymyślam, co dobrego ugotować, jak mąż wróci z pracy. Bardzo lubię gotować... Poza tym mam, jak każda kobieta, dużo pracy w domu. Dbam o porządek, krzątam się w ogrodzie, gdzie zawsze znajdzie się coś do zrobienia. Koło mojego domu jest malutki las - obserwuję przyrodę, życie, jakie toczy się dookoła. Teraz, gdy córka studiuje i nie mieszka już z nami, mam więcej czasu dla siebie. A i tak nie starcza go na wszystko, co chciałabym zrobić.


    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo