Mamo, tato! My umieramy!

    Mamo, tato! My umieramy!

    Marcin Radzimowski

    Echo Dnia Podkarpackie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Podkarpackie

    O piątkowych wydarzeniach pani Katarzyna nie bała się rozmawiać z dziennikarzami. Czuje się winna za to, co się stało.

    O piątkowych wydarzeniach pani Katarzyna nie bała się rozmawiać z dziennikarzami. Czuje się winna za to, co się stało. ©M. Radzimowski

    O dramacie sióstr z Tarnobrzega mówi cała Polska. Dziewczynki nie jadły i nie piły przez kilka dni. Rodzice o nich zapomnieli, wybrali alkohol.
    O piątkowych wydarzeniach pani Katarzyna nie bała się rozmawiać z dziennikarzami. Czuje się winna za to, co się stało.

    O piątkowych wydarzeniach pani Katarzyna nie bała się rozmawiać z dziennikarzami. Czuje się winna za to, co się stało. ©M. Radzimowski

    Rodzicom grozi 10 lat

    Rodzicom grozi 10 lat


    Artykuł 207. § 2. kodeksu karnego: Kto znęca się fizycznie lub psychicznie nad osobą najbliższą lub nad inną osobą pozostającą w stałym lub przemijającym stosunku zależności od sprawcy albo nad małoletnim lub osobą nieporadną ze względu na jej stan psychiczny lub fizyczny (…), jeżeli czyn połączony jest ze stosowaniem szczególnego okrucieństwa, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.



    Łucja ma pięć latek, jej siostra Kinga - cztery.
    Obie są zdane na łaskę innych, obie cierpią na porażenie mózgowe. Teraz są w szpitalu. Trafiły tu, bo rodzice o nich zapomnieli. Wybrali alkohol. Przez kilka dni chore dzieci nie były karmione ani pojone.

    O dramacie sióstr z Tarnobrzega jest głośno w całym kraju. - Mam do siebie ogromny żal. No, ale do kogóż mam mieć? To moja wina, moja i męża - rozkłada ręce 33-letnia Katarzyna. - Pojawił się alkohol, wtedy był najważniejszy.
    Przekonuje, że bardzo kocha swoje dzieci. Nie tylko dwoje najstarszych - 11-letnią Julkę i 9-letniego Marcina. Równie mocno kocha dwie najmłodsze córki - Łucję i Kinię, które nigdy nie będą zdrowe. Dziewczynki cierpią na czterokończynowe porażenie mózgowe i wodogłowie. Są całkowicie zdane na łaskę innych. Kobieta mówi, że kocha je takie, jakie są. Ale czy tak jest naprawdę? Czy matka może zapomnieć o swoich dzieciach?
    NA JEDZENIE NIE BRAKUJE
    Środa, 9 stycznia. Przed południem do Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Tarnobrzegu dzwoni anonimowo kobieta. Prosi o interwencję u jednej z rodzin, mieszkających w bloku socjalnym przy ulicy Kochanowskiego. Kobieta wie, że są tam chore dzieci, wymagające nadzwyczajnej opieki. Dzwoni, bo od kilku dni widzi, że rodzice są pod działaniem alkoholu.

    - Doskonale znamy tę rodzinę, gdyż od wielu lat korzysta z naszej pomocy. Szczególnie troskliwą opieką socjalną otoczyliśmy tę rodzinę przed pięcioma laty, kiedy urodziła się starsza z chorych sióstr - mówi Wiesława Juda, dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie.
    Pracownica placówki w mieszkaniu Katarzyny i Marcina wyczuwa woń przetrawionego alkoholu. Starsze dzieci są w szkole, dwie chore dziewczynki leżą na łóżku. Na pozór wszystko gra. Ojciec tłumaczy, że odór alkoholu to "pozostałości po sylwestrze".

    - Pracownik przeprowadził rozmowę dyscyplinującą z obojgiem rodziców. Ten pan był już w przeszłości kierowany na leczenie odwykowe antyalkoholowe - dodaje Wiesława Juda. - Niestety, możliwości naszej ingerencji w życie rodziny też są ograniczone.

    Należy dodać, że żadne z rodziców nie pracuje. Na propozycje Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie odpowiadają, że mają zbyt dużo zajęć z chorymi dziećmi albo tłumaczą to złym stanem własnego zdrowia.

    W OSTATNIEJ CHWILI
    Piątek, 11 stycznia. Około południa dzwoni telefon w Podkarpackim Hospicjum dla Dzieci w Rzeszowie, które opiekuje się rodziną. Dwa razy w miesiącu przyjeżdża stamtąd lekarz, dwa razy w tygodniu pielęgniarka, tyle samo razy rehabilitantka. To ogromne wsparcie.

    - Zadzwoniła matka dziewczynek z prośbą o przyjazd, bo coś złego dzieje się z córkami - wspomina lekarz medycyny Jolanta Żółta, kierownik Podkarpackiego Hospicjum dla Dzieci w Rzeszowie. - We wtorek były tam pielęgniarka oraz rehabilitantka, wtedy jeszcze nie było żadnych niepokojących sygnałów.

    Kiedy lekarka zobaczyła dzieci, natychmiast wezwała karetkę pogotowia. Obie dziewczynki przewieziono do szpitala. Według oceny lekarzy, ich stan był krytyczny z powodu odwodnienia i niedożywienia. Ordynator oddziału wezwała do szpitala policję, bowiem od matki Łucji i Kingi wyczuła odór alkoholu…
    - To bardzo bulwersująca sprawa, wręcz koszmarna. Dzieci przez kilka dni nie były wcale albo prawie wcale karmione, nie podawano im także nic do picia - mówi prokurator doktor Leszek Kupiec z Prokuratury Rejonowej w Tarnobrzegu, prowadzący śledztwo.

    Zatrzymano oboje rodziców. Zostali przesłuchani w charakterze podejrzanych, potem matka i ojciec usłyszeli prokuratorski zarzut: znęcanie się psychiczne i fizyczne ze szczególnym okrucieństwem nad własnymi, chorymi dziećmi. Wobec 33-letniej matki zastosowano dozór policji i zakaz opuszczania kraju. Sąd z kolei przychylił się do wniosku prokuratury i ojciec dzieci trafił do aresztu.

    GŁUPOTA I ALKOHOL
    Decyzją tarnobrzeskiego sądu, dwójka zdrowych, najstarszych dzieci, trafiła czasowo pod opiekę do swoich dziadków - rodziców ojca. Opiekunowie, którzy już kilka lat wcześniej wnioskowali o ustanowienie ich rodziną zastępczą, nie chcą rozmawiać z dziennikarzami.
    O tym, co się wydarzyło, otwarcie mówi natomiast 33-letnia Katarzyna, to obok męża ona zafundowała swoim dzieciom cierpienie. Nie zrzuca winy na innych, twierdzi, że ona jest winna.

    - To wszystko nas przerosło, mnie i męża. Mój mąż jest alkoholikiem, po odwyku nie pił, ale alkoholikiem się jest do końca życia - zaznacza Katarzyna. - Tydzień przed tym, jak nam dzieci zabrano, odwiedził nas znajomy. Przyniósł flaszkę.

    Bez większego skrępowania, przed telewizyjnymi kamerami, kobieta opowiada, co działo się później. Po pierwszej butelce wódki była kolejna, potem jeszcze jedna. Na drugi dzień od rana poprawka. Mijały godziny, kolejne butelki robiły się puste.

    - Wpadliśmy w ciąg alkoholowy, który trwał tydzień. Mówię tak, jak było. Bo co tu ukrywać? Na początku wszystko było tak, jak zwykle. Ale z każdym dniem karmiliśmy je mniej, coraz mniej. Potem już wcale - mówi kobieta, opuszczając wzrok. - Alkohol był najważniejszy, o dzieciach zapomnieliśmy. W piątek zobaczyłam, że Kini tak dziwnie się oczka zamykają. Zadzwoniłam do hospicjum, do lekarza. Przyjechało pogotowie…

    Z DALA OD DZIECI
    Katarzyna przegląda album ze zdjęciami. - To mój synek, to Julka na zdjęciu klasowym. A to Łucja zaraz po urodzeniu - pokazuje fotografie. - Bardzo mi ich wszystkich brakuje. Łucja i Kinia są chore, ale my nauczyliśmy się rozpoznawać wydawane przez nie dźwięki. Wiemy, kiedy są głodne, kiedy chcą pić.
    Teraz chore dzieci nadal pozostają w szpitalu. Będą tam tak długo, aż odzyskają siły. Jedna z dziewczynek ważyła zaledwie pięć kilogramów, gdzie normalna waga przy tego rodzaju schorzeniu to dwa razy więcej.

    - Wystarczyły dwa, trzy dni bez należytej opieki, żeby doprowadzić do tak fatalnego stanu, w jakim zastałam te dzieci - wyjaśnia lekarz medycyny Jolanta Żółta z rzeszowskiego hospicjum.
    Decyzją sądu, 33-latka została odizolowana od kontaktu z dwójką najstarszych dzieci. Są pod opieką dziadków, matka nie może się do nich zbliżać, nawet na pięć minut.

    CO BĘDZIE DALEJ?
    Współsprawczyni dramatu dzieci próbuje szukać usprawiedliwienia za to, co się stało, w fakcie, że około rok temu sąd "zabrał" kuratora, ustanowionego w 2003 roku.

    - Kiedy była kuratorka, wiedzieliśmy, był to pewnego rodzaju bat, że mogą nam zabrać dzieci, dlatego wszystko było w porządku - mówi Katarzyna. - Nie wiadomo było, kiedy kurator przyjdzie, więc trzeba było cały czas mieć się na baczności.
    Nie wspomina jednak, że kuratora nie ma, bo wnioskowała o to wspólnie z mężem. - Kurator oceniał pozytywnie sytuację panującą w tej rodzinie. W mieszkaniu było posprzątane, rodzice dbali o dzieci. Wszystko było wystarczające do tego, aby przychylić się do wniosku rodziców i znieść kuratelę - wyjaśnia sędzia Józef Dyl, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Tarnobrzegu.

    W niedługim czasie sąd będzie musiał podjąć decyzję odnośnie dalszego losu dzieci. Czy chore dziewczynki wrócą pod opiekę matki? Najstarsza dwójka, póki co, zostanie u dziadków, być może aż do czasu sądowego rozstrzygnięcia sprawy karnej. Czy w ogóle rodzice, po tym, czego się dopuścili, mogą sprawować opiekę nad własnymi dziećmi? Sąd będzie się kierował wyłącznie ich dobrem.

    - Bardzo za nimi tęsknię i żałuję tego, co się stało. Mam do siebie ogromny żal - mówi przez łzy kobieta, która przez kilka dni nie dawała jeść i pić własnym dzieciom. - Mam nadzieję, że odzyskam dzieci. Gdybym tylko mogła cofnąć czas…

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo