Takiej tragedii jak w Mirosławcu, w Polsce nie było…

    Takiej tragedii jak w Mirosławcu, w Polsce nie było…

    Małgorzata Pawelec, Mariusz Parkitny

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Koledzy tych, którzy zginęli z trudem udzielali informacji.

    Koledzy tych, którzy zginęli z trudem udzielali informacji.

    Nie żyje 20 polskich oficerów. Samolot rozbił się w niewyjaśnionych okolicznościach.
    Koledzy tych, którzy zginęli z trudem udzielali informacji.

    Koledzy tych, którzy zginęli z trudem udzielali informacji.

    CASA - co to za samolot?

    CASA - co to za samolot?


    CASA C-295M to najnowszy z samolotów transportowych produkowanych przez hiszpańską firmę CASA, należącą do europejskiego koncernu EADS. Jest to dwusilnikowy górnopłat skonstruowany z myślą o krótkim starcie i lądowaniu. Dzięki niskiemu podwoziu może lądować także na słabo przygotowanych nawierzchniach. C-295 może przewieźć 9 ton ładunku na odległość ponad 1400 kilometrów. Samolot może zabrać około 70 osób, może przewozić palety, silniki lotnicze lub niewielkie pojazdy. Pierwszy lot C-295 odbył się w 1998 roku, rok później pierwsze zamówienie złożyło hiszpańskie ministerstwo obrony. Umowę o dostawie pierwszych ośmiu samolotów tego typu do Polski podpisano w 2001 roku. Do środy polskie wojsko miało 10 maszyn CASA C-295M. Zaopatrywały one głownie misje w Iraku i Afganistanie.



    Do miejsca tragedii nikt nie może się nawet zbliżyć. Prezydent ogłosił żałobę narodową.

    Dwudziestu oficerów zginęło przedwczoraj w katastrofie samolotu transportowego w Mirosławcu. To największa tragedia w historii powojennego lotnictwa wojskowego. Do sobotniego wieczoru potrwa ogłoszona wczoraj żałoba narodowa. Nasi reporterzy byli na miejscu tragedii.

    Środa, kilka minut po godzinie 19. Wojskowy samolot zbliża się do lotniska w Mirosławcu, niewielkiej miejscowości w pobliżu poligonu drawskiego na Pomorzu. Na pokładzie czteroosobowa doświadczona załoga z 13. Eskadry Lotnictwa Transportowego w Krakowie i 16 wysokich rangą oficerów polskich Sił Powietrznych. Samolot leciał z Warszawy, z międzylądowaniami w Powidzu i Krzesinach. Odwoził do macierzystych jednostek uczestników konferencji "Bezpieczeństwo lotów".

    Kontroler lotów w Mirosławcu przez cały czas utrzymywał kontakt z załogą. Nic nie zwiastowało nadchodzącej tragedii. Dokładnie o 19.07 obsługa lotniska zobaczyła, jak podchodząca do lądowania CASA nagle niebezpiecznie obniżyła lot, zahaczyła o korony drzew otaczających lotnisko i rozbiła się w odległości 800 metrów od pasa. Słychać było potworny huk, a po chwili nad lasem pojawiła się ognista łuna.

    RODZINY TO SŁYSZAŁA

    Jeszcze w tym momencie, kilka kilometrów dalej, na osiedlu wojskowym, w którym mieszkają rodziny pilotów, nikt nie zdawał sobie sprawy z rozmiaru tragedii. - Jadłam kolację, gdy zaniepokoił mnie dochodzący z dworu odgłos syren. Wyjrzałam przez okno i przeraziłam się. W stronę lotniska na sygnale jechały karetki pogotowia i straże pożarne - wspomina Małgorzata Pintowska. - Wybiegłam na dwór. Stało tam już sporo osób, które wskazywały na łunę nad lasem lasem. Zrozumiałam, że musiało stać się coś strasznego.

    POTWORNY WIDOK

    Nasi reporterzy dotarli na miejsce tragedii w godzinę po katastrofie. Rozmawiali z ludźmi, którzy brali udział w akcji ratowniczej.

    -Po katastrofie samolot wyglądał tak, jakby przeleciał przez maszynkę do mięsa. W promieniu 200 metrów od niego leżały ludzkie szczątki...Do końca życia nie zapomnę tego widoku - powiedział nam wstrząśnięty Zbigniew Magira, komendant Ochotniczej Straży Pożarnej w Kaliszu Pomorskim, który ze swoimi strażakami przez kilka godzin przebywał na miejscu katastrofy. - Przyjechaliśmy na miejsce o godzinie 20.30. Wojskowa straż pożarna i ochotnicy z Mirosławca już ugasili płonącą maszynę. Samolot był połamany w kilku miejscach. Najmniej zniszczona była kabina pilotów. Lekarze weszli do środka, ale nikt z członków załogi nie dawał znaku życia. Zaraz po wypadku żołnierze ogrodzili teren taśmami promieniu półtora kilometra. My wspólnie z innymi jednostkami straży oświetlaliśmy okolicę. Około dwustu żandarmów przeszukiwało cały teren wokół rozbitej maszyny. Do środka zmiażdżonego kadłuba nikt nie wchodził.

    MORZE ALUMINIUM

    - Wiele w życiu widziałem, ale tego co zobaczyłem nie da się opisać słowami. Morze pogniecionego aluminium zostało z czegoś, co przed chwilą było potężnym samolotem - mówił Henryk Basta z ochotniczej straży pożarnej w Mirosławcu. To jego grupa jako pierwsza jednostka cywilna przyjechała na miejsce tragedii. - Nie było nawet wiadomo, gdzie ten samolot się zaczyna, a gdzie kończy - dodaje Dariusz Kiciński, strażak z ochotniczej jednostki w Mirosławcu. Jedynym całym elementem był sterownik samolotu. Reszta części była rozrzucona w promieniu kilkudziesięciu metrów.

    - Nikt z członków załogi nie zgłosił nam, że jest jakiś problem z samolotem - tłumaczył major Bogdan Ziółkowski z 12 bazy lotniczej w Mirosławcu. Według wstępnych ustaleń samolot spadł i uderzył w konary drzew. Doszło do wybuchu. - Widziałem ten ogień z okna mojego mieszkania. Myślałem, że jakaś fabryka wybuchła - opowiadał mieszkaniec Mirosławca.

    CZEKALI NA DOWÓDCĘ

    W katastrofie zginął między innymi pułkownik Jerzy Piłat, dowódca 12 Bazy Lotniczej w Mirosławcu. - Na czwartek byłam umówiona na rozmowę z dowódcą w sprawie pracy. Boże, to straszne. To był taki dobry człowiek - kobieta, którą spotkaliśmy na osiedlu wojskowym przy lotnisku w Mirosławcu nie kryła łez. Podwładni nazywali pułkownika Piłata szefem-dżentelmenem. W środę czekali na niego na lotnisku. - Wspaniały człowiek i dowódca. Niezwykle utalentowany - mówi o nim ze łzami w oczach major Ziółkowski.

    46-letni Piłat całe życie związał z lotnictwem. Urodził się w Świdniku. Liceum lotnicze i wyższą szkołę lotnictwa skończył w Dęblinie. Osierocił dwie córki. Samolot którym leciał miał lądować w Mirosławcu tylko na chwilę. Piłat miał wysiąść z kilkoma oficerami ze swojej bazy. Dalszym punktem podróży CASY był Świdwin. Tam mieli wysiąść pozostali oficerowie. Nie dolecieli…

    To był ich ostatni lot

    To był ich ostatni lot


    W środowej katastrofie zginęli: generał brygady ANDRZEJ ANDRZEJEWSKI - dowódca Brygady Lotnictwa Taktycznego, pilot instruktor;
    pułkownik DARIUSZ MACIĄG - dowódca 21 Bazy Lotniczej;
    pułkownik JERZY PIŁAT - dowódca 12 Bazy Lotniczej;
    podpułkownik WOJCIECH MANIEWSKI - dowódca 40 eskadry lotnictwa taktycznego;
    podpułkownik ZBIGNIEW KSIĄŻEK - zastępca dowódcy 22 Bazy Lotniczej;
    podpułkownik DARIUSZ PAWLAK - dowódca dywizjonu 12 Bazy Lotniczej;
    podpułkownik ZDZISŁAW CIEŚLIK - szef Szkolenia Brygady Lotnictwa Taktycznego, pilot instruktor;
    major ROBERT MAJ - Brygada Lotnictwa Taktycznego, Szef Sekcji, pilot instruktor;
    major MIROSŁAW WILCZYŃSKI - 1 Brygada Lotnictwa Taktycznego, Szef Sekcji;
    major GRZEGORZ JUŁGA - dowódca Klucza Technicznego, 8 eskadra lotnictwa taktycznego;
    major JAROSŁAW HAŁADUS - szef Techniki Lotniczej - 13 eskadra lotnictwa transportowego;
    major PIOTR FIRLINGER - Szef Sekcji Techniki Lotniczej, 21 Baza Lotnicza;
    major KRZYSZTOF SMOŁUCHA - Specjalista - Oddział Operacyjny A3 Dowództwa Sił Powietrznych;
    kapitan KAROL SZMIGIEL - Dowódca Klucza Technicznego, 8 eskadra lotnictwa taktycznego;
    kapitan PAWEŁ ZDUNEK - Dowódca Klucza Lotniczego, 8 eskadra lotnictwa taktycznego;
    kapitan LESZEK ZIEMSKI - Inspektor Bezpieczeństwa Lotów - Szef Sekcji - 40 eskadry lotnictwa taktycznego; kapitan GRZEGORZ STEPANIUK - szef Techniki Lotniczej - 40 eskadra lotnictwa taktycznego;
    porucznik ROBERT KUŹMA - starszy Instruktor - 13 eskadra lotnictwa transportowego;
    porucznik MICHAŁ SMYCZYŃSKI - starszy pilot - 13 eskadra lotnictwa transportowego;
    sierżant JANUSZ ADAMCZYK, starszy technik samolotu - 13 eskadra lotnictwa transportowego;



    MELDUJĘ SIĘ…

    Wczoraj cały Świdwin wstrząśnięty był katastrofą lotniczą w Mirosławcu. Aż 15 z oficerów służyło w jednostkach podległych 1 Brygadzie Lotnictwa Taktycznego, która swą siedzibę ma właśnie w Świdwinie. W katastrofie zginął miedzy innymi jej dowódca, generał brygady pilot Andrzej Andrzejewski i dowódcy stacjonującej tu bazy i eskadry. Świdwin został bez dowódców.

    - Dokładnie pamiętam, jak tydzień temu, w czwartek, na pogrzebie byłego świdwińskiego starosty, generał Andrzejewski mówił "melduję się panie starosto". A dziś to brzmi tak jakby spełnił obietnicę. To straszne - mówiła nam wczoraj Alicja Tudrujek, sekretarz w świdwińskim starostwie, która nie czekała na ogłoszenie żałoby narodowej. Flaga na budynku urzędu została do połowy opuszczona kilka godzin wcześniej.

    DZIECI UWIELBIAŁY GENERAŁA

    W świdwińskich szkołach lekcje rozpoczęły się krótkim apelem, podczas którego uczczona została pamięć ofiar katastrofy. Najtrudniejsze zadanie miała dyrektor Szkoły Podstawowej numer 3 w Świdwinie Anna Masłowska. To tu na osiedlu wojskowym uczą się przede wszystkim dzieci żołnierzy miejscowej jednostki. - Trudno mi było mówić o tej strasznej tragedii, ale nie mogłam tego ukryć, przemilczeć. Musiałam spotkać się z nauczycielami, z dziećmi - mówiła nam wczoraj dyrektorka. - Choć trudno mi uwierzyć w to, co się stało. Jeszcze tak niedawno, bo w październiku ubiegłego roku większość z tych oficerów odebrało u nas statuetki "Przyjaciel Szkoły". Przychodzili do nas na różne uroczystości. Dzieci uwielbiały generała Andrzejewskiego. Zresztą uczą się u nas dzieci zmarłych oficerów - dodaje dyrektorka nie mogąc powstrzymać łez. - Oczywiście dziś ich z nami nie ma. Nie przyszły do szkoły, to zrozumiałe. Ale przyjdą i zrobimy wszystko, by ten powrót im ułatwić.

    A w samym świdwińskim garnizonie niesamowity smutek. - Jak możemy się czuć? To co się stało, to ogromna tragedia. Byliśmy wczoraj z rodzinami ofiar, jesteśmy z nimi dziś i będziemy zawsze - mówił major Wiesław Gasek, oficer prasowy świdwińskiego garnizonu.

    Już oddaliśmy wojsku do dyspozycji psychologów z podległych nam instytucji. Będziemy pomagać w miarę naszych możliwości. Zresztą to dla mnie i osobista tragedia, wielu z tych żołnierzy znałem. To byli moi koledzy. Z podpułkownikiem Zbigniewem Książkiem pracowałem. Był radnym minionej i obecnej kadencji w Radzie Miasta. Jego żona jest moją pracownicą - mówił burmistrz Świdwina, Jan Owsiak.

    NOWOCZESNY SAMOLOT

    Przyczyny tragedii będzie wyjaśniać specjalna komisja. Wnioski mogą się pojawić dopiero za kilka miesięcy. Ludzie związani z lotnictwem nie mogą nadziwić się rozmiarowi tej tragedii. Mówią, że CASA to dobry samolot. - Leciałem nim kilkakrotnie - wspomina pułkownik rezerwy Andrzej Stobiecki, który służył w 60 Lotniczym Pułku w Radomiu przekształconym obecnie w Ośrodek Szkolnictwa Lotniczego. - CASA to typowy wojskowy samolot desantowy z odpowiednim wyposażeniem. Nie ma wyciszenia tak jak samoloty pasażerskie, panują w nim można powiedzieć spartańskie warunki, ale to nowoczesna maszyna. Najstarsze używane u nas CASY mają może pięć lat. Dlatego jestem zszokowany tym, co się stało. Nigdy bym nawet nie przypuszczał że dojdzie do takiej tragedii. W samolocie jest mnóstwo nowoczesnej elektroniki służącej miedzy innymi bezpieczeństwu i przyrządów ułatwiających latanie i lądowanie. Osobiście denerwuję się, gdy słyszę dywagacje na temat tego, że samolot zahaczył o drzewo. Ktoś kto trochę zna się na lotnictwie wie, że doświadczony pilot w nowoczesnej maszynie do tego nie dopuści. W takich samolotach są nawet urządzenia korygujące błędy. Denerwują mnie również pytania o to czy nie można było znaleźć innego środka transportu. Wojsko zawsze korzystało ze swojego sprzętu transportując ludzi, a takiej tragedii nie da się przewidzieć. Nikt nie wsiada do samolotu z myśląc o tym że może do niej dojść.
    - Kilku z tych oficerów, którzy zginęli, szkoliło się w Radomiu. Uważam, że polskie lotnictwo poniosło ogromną stratę. Teraz na pewno zbadane zostaną wszystkie nawet najdrobniejsze elementy zniszczonego samolotu. To bardzo żmudna praca, która trwa miesiącami. Dopiero wtedy będzie można powiedzieć, jak do tego doszło - mówił .

    DO IRAKU I AFGANISTANU

    Żołnierze służący w kieleckiej jednostce na Bukówce, którzy biorą udział w międzynarodowych misjach wielokrotnie podróżowali samolotami typu CASA do Iraku czy Afganistanu. - Nigdy nawet przez myśl by mi nie przeszło, że taka maszyna się rozbije - mówi major Adam Włoczewski z Grupy Wsparcia Współpracy Cywilno-Wojskowej CIMIC w Kielcach - CASĄ leciałem do Afganistanu razem z dwudziestoma innymi osobami i ładunkiem. Podróż trwała 15 godzin, bo to kilka tysięcy kilometrów, ale leciało się dobrze. Lecieliśmy na wysokości 6 tysięcy metrów, czyli na niższym pułapie niż samoloty pasażerskie. Nie było żadnych niespodzianek, nie rzucało, nawet podziwialiśmy góry. Łatałem innymi samolotami transportowymi typu Herkules czy C17 więc mam porównanie. CASA jest ogromna, ale zwinna, szybko się wznosi. Uchodzi za bezpieczną. Tym bardziej dziwię się tragedii. Byłem dwa razy na misji w Iraku, ale tam lecieliśmy normalnymi samolotami pasażerskimi, bo podróżowała ponad setka żołnierzy. CASA wykorzystywana jest raczej w doraźnych przelotach, bo zabiera o połowę mniej ludzi.

    OSTATNIA ROZMOWA

    Dla pułkownika Bogdana Tworkowskiego komendanta Centrum Szkolenia na Potrzeby Sił Pokojowych na kieleckiej Bukówce tragedia ma szczególny wymiar. - Kilkakrotnie latałem CASĄ do Iraku i samolot zrobił na mnie dobre wrażenie - mówi pułkownik Tworkowski - Zresztą znam wielu pilotów, którzy opowiadali mi o maszynie. Porównywali ją ze starym AN 26. Chwalili nowoczesne systemy bezpieczeństwa, nawigację, wskaźniki pogodowe radary czy gps. Dlatego w środę przeżyłem szok. Tym większy, kiedy dowiedziałem się, że zginął generał Andrzej Andrzejewski, dowódca brygady w Świdwinie. To mój kolega ze studiów. Półtora roku temu kończyliśmy razem Akademię Obrony Narodowej. On pierwszy z całej grupy został generałem. Ceniłem go bardzo jako człowieka. Szczery, z poczuciem humoru i z zasadami. Ostatni raz rozmawiałem z nim w ubiegły piątek. Miałem wysłać do jego jednostki wykładowców z naszego centrum, którzy mieli szkolić pilotów do zadań na zagranicznych misjach z zasad prawa międzynarodowego. Nie przypuszczałem, że jest to nasza ostania rozmowa.

    ZALEGŁA CISZA

    O tym do czego służy samolot CASA przekonali się naocznie Kielczanie we wrześniu ubiegłego roku. Pokaz desantu powietrznego z udziałem tej maszyny na lotnisku w Masłowie otworzył Międzynarodowy Salon Przemysłu Obronnego. Pokaz i minuta ciszy, bo dzień wcześniej podczas radomskiego Air Show doszło do tragedii. Teraz na wojskowych lotniskach znów zaległa cisza, a flagi w całej Polsce zostały opuszczone do polowy masztów. Wczoraj w Kościele Garnizonowym w Kielcach odbyła się msza w intencji tych, dla których środowy lot był ostatni.

    Komentarze (3)

    Wszystkie komentarze (3) forum.echodnia.eu

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo