Pazura: Zawsze byłam liderką

    Pazura: Zawsze byłam liderką

    Magdalena Adamska

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Weronika Pazura w Buenos Aires.

    Weronika Pazura w Buenos Aires. ©Oko Cyklopa

    Weronika Pazura postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i pracuje teraz wyłącznie na swoje konto, jako jurorka w programie "You Can Dance".
    Weronika Pazura w Buenos Aires.

    Weronika Pazura w Buenos Aires. ©Oko Cyklopa

    * Jak się czułaś w Buenos Aires, gdzie odbywał się obóz kandydatów do programu?

    - Spodziewałam się czegoś więcej, ale moje pierwsze wrażenie wynikało prawdopodobnie z tego, że nie miałam zbyt wiele czasu na to, by poszwendać się po uliczkach i poczuć tę specyficzną atmosferę miasta. Mogę jednak powiedzieć, że jestem zachwycona klimatem Argentyny.

    * A co w niej takiego niezwykłego?

    - Nie wiem, kojarzy mi się z dzieciństwem: upał zmieszany z przyjemnym wiatrem.
    Nigdy w Polsce nie czułam czegoś takiego - z jednej strony temperatura jak na patelni, z drugiej - wiatr od rzeki, który chłodzi ciało. Tak było w Kijowie. Poza tym tam też było zielono, monumentalnie, z charakterystycznymi szerokimi alejami…

    * Argentyńczycy też cię urzekli?

    - Tak, są uśmiechnięci, kontaktowi, otwarci. Mimo brudu i biedy, mieszkańcy Buenos Aires wyróżniają się tym, że rozmawiają z sobą; na ulicach nie słychać tylko hałasu samochodów, ale przede wszystkim gwar, i to nie ten, który pochodzi z rozmów przez telefony komórkowe. Nawet ta ich skromność czy niedbałość w wyglądzie są na luzie. Nikt nie zwraca uwagi na to, jakie masz sandały.

    * Rozumiem, że w Polsce czujesz spojrzenie na swoje obuwie…

    - (śmiech) Wydaje mi się, że my, Europejczycy, jesteśmy większymi snobami. W Argentynie, gdy ładnie się ubierzesz, ludzie ci o tym powiedzą, gdy założysz na siebie coś okropnego, ale się uśmiechasz, też się do ciebie uśmiechają. I to jest fajne. Nie spotkałam tam żadnej osoby, która "obcięłaby" mnie wzrokiem od stóp do głów i skwitowała: "ale się wypindrzyła".

    * Ale za to zostałaś okradziona…

    - Rzeczywiście, chwila nieuwagi i moja torebka - z dokumentami, pieniędzmi, kartami kredytowymi - zdematerializowała się. Ale mogło mnie to spotkać wszędzie. Najgorsze jest to, że teraz będę musiała się nachodzić, by wyrobić wszystko od nowa.

    * W Buenos Aires trwały warsztaty z uczestnikami drugiej edycji "You Can Dance". Chyba trudno Ci było łamać życie i rozwiewać złudzenia młodych tancerzy?

    - Nie było łatwo. Jednak już w Buenos Aires zauważyłam, że kilka osób się podkładało i podpadało nam, jurorom, na własne życzenie.


    * To znaczy…

    - Że sami sobie kopali grób. W grupie, którą raz oceniałam, były na przykład dwie osoby, które nieco odstawały. Co gorsza - miały tego świadomość i zamiast gonić resztę, wykazywały się skrajną abnegacją.

    * W tej edycji rozdaliście tylko 36 biletów na warsztaty do Buenos Aires. Tymczasem w Paryżu było aż 50 uczestników. Odczułaś tę różnicę?

    - Tak, mniejsza grupa oznacza lepsze poznanie jej.

    * Masz już swoich faworytów?

    - Tak, zwróciłam szczególną uwagę na jednego chłopaka z grupy hip-hopu. Mogę śmiało powiedzieć, że reprezentował prawie taki sam poziom, jak jego instruktor Viet Dang. Dobra była także grupa salsy - choć daleko im jeszcze do osiągnięcia perfekcji, bardzo się starali. Było też kilku liderów u Piotra Jagielskiego na jazzie. W porównaniu z Paryżem myślę, że na szkoleniach w Argentynie tancerze znacznie szybciej chwytali techniki i z lekkością przychodziła im nauka.

    * Nie masz poczucia, że uczestnicy drugiej edycji są nieco mniej spontaniczni niż ci z pierwszej? W końcu wiedzą już, jaka jest stawka i przez to mogą być bardziej wyrachowani…

    - Trochę tak. Pierwsza edycja była absolutną "świeżyzną". Ani my, jurorzy, nie wiedzieliśmy, co to będzie, ani tancerze. Teraz wszyscy jesteśmy bogatsi o doświadczenia, lepiej przygotowani. Już na castingach zauważyłam, że ludzie są świetnie ubrani, bardziej otwarci i medialni.

    * Teraz poziom będzie wyższy?

    - Na pierwszy rzut oka tak, ale powtarzam, że to, iż ktoś opanuje bezbłędnie choreografię, nie oznacza jeszcze tego, że zostanie finalistą programu.

    * Spodziewałaś się takiego sukcesu "You Can Dance"?

    - Tak. Powiem nieskromnie, bo sama jestem producentką, że od początku wiedziałam, iż ten program będzie strzałem w dziesiątkę. Przy okazji spełniło się też moje wielkie marzenie - szansa, by zainteresować młodzież czymś twórczym, aktywnym spędzaniem czasu. Do tej pory nie było tego w Polsce. Kultura fizyczna jest u nas na bardzo niskim poziomie. A szkoda. Pamiętam swoje dzieciństwo w Kijowie - miałam bodajże pięć lat, a już byłam po kilku przeglądach i przesłuchaniach. W przedszkolu zaczęłam trenować jazdę figurową na łyżwach, potem byłam w szkole muzycznej. Do dzisiaj na Ukrainie to nie rodzice wysyłają dzieci na jakieś zajęcia według własnego widzimisię, tylko są specjaliści od łowienia talentów.

    * To nie zabiera maluchom dzieciństwa?

    - Wręcz przeciwnie. Czas spędzany przed telewizorem, na kłótniach z rodzicami czy na klatce schodowej okradają je z tego dzieciństwa. Czyż nie lepiej zainteresować dziecko czymś naprawdę fajnym, zarazić je pasją i pokazać, jakie ma możliwości?

    * "You Can Dance" odmienił życie wielu osób. Także twoje?

    - Ten program pojawił się w specyficznym momencie mojego życia, gdy wszystko to, w co wierzyłam, zawisło na włosku. Dlatego myślę, że bardzo na mnie wpłynął. Do tej pory, choć miałam swoje studia, pracę, zajęcia, rodzinę i przyjaciół, nigdy nie skupiałam się wyłącznie na sobie. Program upewnił mnie w tym, że muszę myśleć o sobie, że jeśli żyję w harmonii, mogę być źródłem szczęścia.

    * Jakoś nie wydajesz się skoncentrowaną na sobie i nadąsaną gwiazdą…

    - Zawsze byłam liderem, ale nigdy nie zadzierałam nosa. Tak mnie wychowano. Poza tym tkwi we mnie głębokie poczucie sprawiedliwości i tego, że najważniejszy jest człowiek. To, kim się stajemy, to tylko etykietki, które nigdy nie zdominują naszego człowieczeństwa.

    * A jaka jest twoja etykietka?

    - Większość moich koleżanek na pytanie, kim jesteś, odpowiada: prawniczką, matką, żoną. Ale to nie to stanowi o ich osobowości. Po moim rozwodzie (z Cezarym Pazurą - przyp. aut.) wpadłam w panikę, że nie wiem, kim jestem. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że kobietą, która wciąż szuka wewnętrznej harmonii i zgody z ludźmi. Nie lubię zgrzytów, dlatego poszukuję złotych środków. Na castingu Agustin krzyknął na jakąś dziewczynę, a ta się rozpłakała. Wywiązała się między nami dyskusja. Equrrola stwierdził, że nie chciałby żyć z beksą, która co chwilę wybucha płaczem. Powiedział: "Przecież gdy są emocje i nerwy w związku, to dobrze, bo krew wtedy lepiej krąży" (śmiech). Odpowiedziałam mu, że nie można krzyczeć na kobietę, którą się kocha.

    Komentarze (1)

    Wszystkie komentarze (1) forum.echodnia.eu

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo