Komorowska: W końcu ktoś dmucha w skrzydła

    Komorowska: W końcu ktoś dmucha w skrzydła

    Kuba Zajkowski

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Liliana Komorowska, Katarzyna Maciąg i Jerzy Zelnik na planie „Teraz albo nigdy!”

    Liliana Komorowska, Katarzyna Maciąg i Jerzy Zelnik na planie „Teraz albo nigdy!” ©K. Zajkowski

    Lilianna Komorowska po powrocie ze Stanów pracuje na planie serialu "Teraz albo nigdy!".
    Liliana Komorowska, Katarzyna Maciąg i Jerzy Zelnik na planie „Teraz albo nigdy!”

    Liliana Komorowska, Katarzyna Maciąg i Jerzy Zelnik na planie „Teraz albo nigdy!” ©K. Zajkowski

    Ponad 20 lat temu wyjechała do Stanów Zjednoczonych, by spróbować tam swoich sił jako aktorka. Zagrała w kilkudziesięciu filmach i serialach. Występowała między innymi u boku Wesleya Snipesa, Bena Kingsleya czy Telly Savalasa. Obecnie pracuje na planie serialu "Teraz albo nigdy!". Wciela się w Łucję, matkę Basi - w tej roli Katarzyna Maciąg.

    * Jak osiągnąć sukces w Stanach Zjednoczonych?

    - Czy mi się to udało?
    Pracuję całe życie w zawodzie, to wszystko. Przeszłam w tym czasie kilka etapów. Pierwszy to pobyt w Polsce, gdzie skończyłam szkołę teatralną. Moim profesorem był Gustaw Holoubek, którego spotkałam także w Teatrze Dramatycznym. Darzę go wielkim sentymentem, podobnie jak Tadeusza Łomnickiego. To wielcy tego świata. Oni dali mi rozpęd, namaścili mnie. Mam wobec nich dług wdzięczności i obowiązek, żeby być aktorką z korzeniami. Zrozumiałam to po latach. Gdy przeszło 20 lat temu wyjechałam do Ameryki, chciałam o tym zapomnieć. Rzuciłam się w wir robienia kariery za wszelką cenę. Jeszcze zanim do Polski zawitała moda na seriale i telenowele, zagrałam w trzech dużych produkcjach tego typu w największych stacjach telewizyjnych w USA. Z czasem trafiłam na półkę. Stałam się etatowym czarnym charakterem.

    * Ma pani teorię, dlaczego reżyserzy obsadzali panią w takich rolach?

    - Może chodzi o to, że mam wydatne kości policzkowe i nie wyglądam jak większość Amerykanek? Dla nich jestem egzotyczna. A że mówiłam z akcentem, mogłam wcielać się w kobiety z całego świata. Byłam Włoszką z egipskimi korzeniami, Rumunką z rodziny cyrkowej, kilka razy Polką, Czeszką i rosyjską agentką KGB.
    Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy przeżyłam swoją śmierć (śmiech). Wyrzucili mnie z okna, wysadzili w powietrze, zostałam ukąszona przez jadowitego węża i kilka razy zastrzelona.

    * Drugi etap pani kariery to Nowy Jork. Jak długo pani mieszkała w tym mieście?

    - Siedem lat. Poznałam tam Michała Urbaniaka, moją wielką miłość. Nowy Jork to idealne miejsce, żeby zakochać się w jazzmanie (śmiech). Rewelacyjne kluby, klimat. W pewnym momencie okazuje się jednak, że to ludzie, którzy żyją nocami i mają pewne przypadłości, dla normalnych ludzi trudne do przyswojenia. Na przykład lubią alkohol (śmiech). Poza tym trudno wytrzymać z geniuszem, bo na nim skupia się cała uwaga. Musiałam zacząć myśleć także o sobie. Nie było łatwo zrezygnować z tego związku, bo Michał był ucieleśnieniem romantycznego kochanka, rycerza na białym rumaku (śmiech).

    * Ostatecznie doszło jednak do rozwodu.

    - Najpierw uciekłam! Spakowałam się i w ciągu jednego dnia wylądowałam w Los Angeles. Inaczej nie mogłam. Rozwód był później, gdy opadły emocje i doszliśmy do porozumienia. Musiałam tak zrobić, bo bałam się, że wypalę się zawodowo.

    * Kalifornia okazała się dla pani przyjazna?

    - Los Angeles to piękne miasto, ale nie ma duszy. Wszystko tam jest iluzją. To pustynia emocjonalna. Blichtr, fałsz i obłuda. Ludzie poklepują po ramieniu, mówią, że jest dobrze, a w rzeczywistości kłamią. To mi nie odpowiadało. Czułam się osamotniona. Byłam wolnym elektronem, który nie znalazł swojego miejsca.

    * A czy ta przeprowadzka okazała się korzystna dla pani kariery?

    - Grywałam w serialach i filmach. Cały czas prześladowały mnie jednak role złych kobiet. Wystąpiłam nawet w horrorze, w którym moja bohaterka rzucała klątwy. Ni z tego, ni z owego dostałam główną rolę w filmie "Scanners III". Jeździłam też do Anglii, gdzie mój agent załatwił mi rolę w serialu "Mother Love".
    * "Scanners III" wyreżyserował Christian Duguay, pani drugi mąż. Czy ta miłość zrodziła się na planie?

    - Na castingu. To była niesamowita energia, jak z Michałem Urbaniakiem. Przeszedł przez nas prąd. Christian wziął mnie do "Scanners III", a ja go zeskanowałam, totalnie (śmiech). Byliśmy małżeństwem przez 15 lat. Mamy dwójkę dzieci: 16-letniego Sebastiana i 13-letnią Natalię.

    * Pani drugi mąż to bardzo przystojny mężczyzna…

    - Zostało mu to, tylko (śmiech). Mój syn jest do niego podobny. Czasami żartuję, że zrobiłam go sobie na wzór. Z kolei córka bardziej przypomina mnie. Ma nogi do samej szyi (śmiech).

    * Kolejny przystanek w pani życiu to Kanada. Co sprawiło, że się pani tam znalazła?

    - Decyzję o przeprowadzce do Montrealu podjęliśmy z Christianem w 1994 roku po trzęsieniu ziemi, które nawiedziło Kalifornię. Mieszkaliśmy wtedy w Santa Monica. Byłam w piątym miesiącu ciąży z Natalią. Nie mogłam żyć w ciągłym strachu i stąpać po niepewnej ziemi. Spakowaliśmy się i w ciągu tygodnia pojechaliśmy do Kanady. To była kolejna ucieczka.

    * Tam, po rozstaniu z Christianem Duguay'em, poznała pani swojego trzeciego męża. To także artysta?

    - Zawsze miałam pociąg do szalonych mężczyzn. Bernard to jednak zupełnie inna historia. Skończył Harvard, jest inżynierem i pracownikiem uniwersytetu. Ma firmę, która buduje tamy, mosty oraz działa w branży telekomunikacyjnej. Pochodzi z Kanady, ale 20 lat mieszkał na Florydzie. To spokojny, solidny mężczyzna. Dzięki niemu czuję, że odżyłam. W końcu ktoś dmucha w moje skrzydła. Mogę fruwać!
    Dzieci też się cieszą. Córka powiedziała, że jak nie wyjdę za niego za mąż, to będzie się na mnie gniewać, bo on mnie bardziej kocha niż jej tatuś. Miesiąc temu świętowaliśmy drugą rocznicę ślubu.

    * Niedawno przyfrunęła pani do Polski. Dlaczego zdecydowała się pani zagrać akurat w "Teraz albo nigdy!"?

    - Miałam bardzo dużo innych propozycji, ale przekonał mnie tylko Michał Kwieciński (producent "Teraz albo nigdy!" - przy. aut.). Bardzo podoba mi się ten człowiek, myśli i działa z rozmachem. Ma dobre podejście do kina. Poznałam go dzięki przyjacielowi z Montrealu. Długo nie mogliśmy się spotkać, aż w końcu udało nam się to dwa lata temu. Zdecydowałam się na rolę w "Teraz albo nigdy!", bo wierzę w tego człowieka. To bardzo ważne móc pracować z ludźmi, których się lubi.

    * A scenariusz się nie liczy?

    - Najpierw musi mi odpowiadać człowiek, a potem zabieram się za czytanie scenariusza. Jeśli mi się podoba, przyjmuję rolę. Niewiele brakowało, a zagrałabym w jednym z seriali telewizji Polsat, ale nie odpowiadała mi atmosfera. Bałam się wejść w ten projekt. Muszę się oszczędzać. Przyjmuję tylko takie propozycje, które mi w pełni odpowiadają.

    * A co panią urzekło w Łucji, którą pani gra w "Teraz albo nigdy!"?

    - To postać szalenie energiczna. Mimo że jest 27 lat po ślubie, chce walczyć o swoje życie i nie zamierza się zatrzymać. Na razie będzie pewnie postrzegana jako zła kobieta, bo niby rozbija swoje małżeństwo, ale to dopiero początek. Ta rola może zostać poprowadzona inaczej.

    * Ma pani jeszcze jakieś plany zawodowe związane z Polską?

    - Dzięki Michałowi Kwiecińskiemu odnowiłam kontakty z przyjaciółmi sprzed lat: Maćkiem Karpińskim i Januszem Głowackim, który był świadkiem na moim ślubie z Michałem Urbaniakiem. Spotkałam się też z Januszem Morgensternem. Zaproponował mi epizod w swoim najnowszym filmie "Mniejsze zło". Nie mogłam odmówić.

    * Zamierza pani wrócić na stałe do Polski?

    - Nie. Głównie ze względu na dzieci. One urodziły się w Ameryce. Tam jest ich dom, znajomi. Mimo że znają słabo język polski, wiedzą, gdzie są ich korzenie. Przyjeżdżają do Polski przynajmniej raz w roku. Pokazałam im Warszawę, Gdańsk, Kraków i Mazury. Widziały wszystko.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo