Krawczyk wszystko robi z… nudów

    Krawczyk wszystko robi z… nudów

    Piotr Piotrowski

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Krzysztof Krawczyk z żoną Ewą.

    Krzysztof Krawczyk z żoną Ewą. ©Oko Cyklopa

    Krzysztofa Krawczyka męczą gzbyt długie przerwy w pracy, a najlepiej czuje się po koncercie, kiedy wie, że dał z siebie wszystko.
    Krzysztof Krawczyk z żoną Ewą.

    Krzysztof Krawczyk z żoną Ewą. ©Oko Cyklopa

    * Niebawem czeka nas emisja tysięcznego odcinka "Na Wspólnej". Czy uświadamia pan sobie fakt, że w ostatnich latach jest to najczęściej odtwarzany utwór w pańskim wykonaniu?

    - Śpiewam też pod czołówkę programu "Europa da się lubić". I tak ostatnio skonstatowałem, że już dawno moje piosenki nie były w tak zacnym użyciu. Nigdy nie robiłem takich wyliczeń, ale dopiero pan mi uświadomił, że - z powtórkami "Na Wspólnej" - liczba odtworzeń mojej piosenki to kilka tysięcy!
    Jestem bardzo zajętym człowiekiem i przyznaję się bez bicia, że oglądałem tylko fragmenty poszczególnych odcinków. I muszę powiedzieć, że to, co widziałem, przypomina mi czasy mojej młodości, kiedy namiętnie słuchaliśmy w radiu "Matysiaków".

    Podoba mi się to ukazanie małej społeczności, takiej prawdziwej wspólnoty. Kiedyś mieszkałem w Poznaniu i było trochę jak na Wspólnej. Tam nikt nie brudził, nie dewastował. Sąsiedzi zachodzili po szklankę mąki czy cukru. Podobnie było w Łodzi. Mieszkałem w bloku postawionym na skraju sadu. Sąsiad miał telewizor i schodziliśmy się u niego, po kilkadziesiąt osób, żeby oglądać "Kobrę".

    * A pamięta pan, jakie były okoliczności powstania piosenki "Na Wspólnej"?

    - Dość ciekawe. Najpierw pojawiły się jakieś straszne problemy natury prawnej. BMG, firma, z którą jestem obecnie związany, w ogóle nie chciała tego robić. Początkowo miałem śpiewać w duecie z pewną bardzo znaną piosenkarką, ale jej menażer wycofał się z tego projektu. Później propozycję złożono innej znanej piosenkarce, ale z powodów prawnych, kontraktowych zobowiązań, ona też się do tego zniechęciła.

    Piosenkę napisał Krzesimir Dębski, którego znałem jeszcze z kabaretu TEY i zawsze marzyłem, żeby zaśpiewać kiedyś jego utwór. Dlatego było mi zupełnie obojętne, czy zrobię to w duecie, czy solo. Na szczęście piosenkarze mają jeszcze trochę praw i udało mi się postawić na swoim, mimo że, jak wspomniałem, były pewne przeszkody natury prawnej. Pamiętam, że jechałem na to nagranie pół nocy z Kołobrzegu do Warszawy. A później nikt mnie tak nie wymęczył, jak realizator dźwięku tej piosenki! Ten facet to jakiś mistrz świata. Gdybyśmy mieli więcej takich realizatorów, byłoby pięknie.

    * Mówi pan, że nie ma czasu na oglądanie telewizji, więc i nie może wyrazić swojej opinii na temat kolegów, którzy śpiewają w czołówkach innych seriali?

    - Bardzo fajną piosenkę śpiewa w "Samym życiu" Stachursky. Ona utkwiła mi w głowie. Można ją nucić przy goleniu.

    * We wszystkich plebiscytach do dziś wygrywa piosenka "Deszcze niespokojne" z serialu "Czterej pancerni i pies" w wykonaniu Edmunda Fettinga…

    - On był świetnym aktorem, a do tego potrafił tę piosenkę zaśpiewać bardzo ciepło. Wcale się nie dziwię, że to się podoba. Ludzie potrzebują takiego ciepła w piosenkach i serialach. Uważam, że "Na Wspólnej" cieszy się tak wielką popularnością, bo tam jest dużo ciepła. Fikcyjny świat filmów i seriali pozwala oderwać się od codziennego pędu, w jakim na co dzień żyjemy.

    Gdy mieszkałem w Stanach Zjednoczonych, miałem trochę więcej czasu na oglądanie telewizji. Wtedy namiętnie śledziłem losy bohaterów "The Honeymooners", który to serial realizowano w Polsce pod tytułem "Miodowe lata". W Ameryce emitowano go o 23, a my nie zasnęliśmy, zanim nie obejrzeliśmy kolejnego odcinka. Najbardziej jednak wspominam te godziny spędzone przy radiu, kiedy słuchało się sztuk w interpretacji znakomitych aktorów. Mówię do swojej dużo młodszej żony: "Ewa, ty jesteś pepsi generation, nie znasz tych klimatów". Żeby sobie przypomnieć tamte emocje, niedawno kupiłem nawet kilka płyt, na których nasi najlepsi aktorzy czytają znakomitą literaturę.

    * W ostatnich latach zaskakiwał nas pan ciekawymi artystycznymi aliansami. Szykuje pan kolejną niespodziankę?

    - Pół żartem, pół serio powiem, że wszystko, co robię, robię z nudów, wysoki sądzie. Stwierdziłem, że jak mam trochę wolnego czasu - tydzień, dwa - zaczynam wariować. Kiedyś lekarz powiedział Mieciowi Foggowi: "Przestaniesz śpiewać, umrzesz". I coś w tym naprawdę jest. Ja, kiedy jestem zmęczony po koncercie, czuję się dużo lepiej niż przed. Ale przetrwać w tej branży można tylko pod jednym warunkiem: jeśli nie zanudzi się publiczności. Bilety na moje koncerty kupuje około trzydziestu procent ludzi młodych. Nie przychodzą już tylko ci, którzy pamiętają Krawczyka z dawnych lat. Trzeba więc walczyć o publiczność.

    Co do przyszłości. Wspólnie z moim menażerem Andrzejem Kosmalą i firmą Sony BMG przymierzamy się do takiej płyty, która byłaby trochę inna. A bez tych aliansów, jak pan to ładnie nazwał, bez spotkania różnych temperamentów, trudno to zrobić. Przy takim spotkaniu zawsze jest dobry efekt i nawzajem się czegoś uczymy. Tak właśnie było w czasie nagrań ze Smolikiem. On rzucił prostą uwagę: "Krzysiek, może trochę ciszej?" Spróbowałem ciszej i efekt był rewelacyjny. Po doświadczeniach z młodymi ludźmi - z Raz, Dwa, Trzy, Smolikiem, Muńkiem Staszczykiem - sam byłem zaskoczony, że chociaż nie robiliśmy żadnych wokalno-muzycznych akrobacji, nagrania są świeże, nowe. Kończąc odpowiedź na pańskie pytanie: nikt nie zobaczy Krawczyka w roli emeryta, grającego w parku w szachy.


    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo