Lenartrowicz: Prawie jak w sądzie

    Lenartrowicz: Prawie jak w sądzie

    Krzysztof Ajgel

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Jacek Lenartowicz prowadził restaurację w dalekiej Australii. Teraz swoje doświadczenia wykorzystuje grając szefa klubu Oaza w "M jak miłość".
    Jacek Lenartowicz popularność u widzów zdobył sobie rolą w seerilau "M jak miłość", gdzie gra właściciela klubu Oaza.

    Jacek Lenartowicz popularność u widzów zdobył sobie rolą w seerilau "M jak miłość", gdzie gra właściciela klubu Oaza.

    * Wie pan, jak ma na imię pana bohater w "M jak miłość"?

    - Janek. Dowiedziałem się o tym niedawno, gdy obchodził imieniny. Chłopcy z Oazy zrobili mu niespodziankę i wtedy zwrócili się do niego po imieniu. To był jedyny taki przypadek przez kilka lat. Do mojego bohatera przylgnęło jednak, że jest szefem. Gdy ktoś tak mówi, wiadomo, że chodzi o niego (śmiech).

    * Zdaje się, że szef ma sporo problemów związanych z Oazą...

    - Rzeczywiście, wszystko zaczęło się, gdy zatrudniliśmy Majkę (Laura Samojłowicz). Okazało się, że jej tata jest bardzo wpływową osobą, a że zależy mu, żeby córka zrezygnowała z pracy i wróciła do domu, zaczął działać. Klub niespodziewanie zaczęli odwiedzać między innymi inspektorzy sanepidu i przedstawiciele Państwowej Inspekcji Pracy, którzy szukali nieprawidłowości w jego funkcjonowaniu.

    * Udało im się jakieś znaleźć?

    - Nie. Oaza jest bardzo dobrze prowadzona, można nawet powiedzieć: czysta jak łza. Z tego, co widzę, mój bohater będzie się także starał wyswatać Majkę ze Zduńskim (Rafał Mroczek). Chociaż - nie ukrywam - jemu też się ona podoba, ale bardziej jako zjawisko niż obiekt marzeń seksualnych.

    * Pracował pan kiedyś w branży gastronomicznej?

    - Tak, przez trzy lata miałem restaurację Bistro de Paris w budynku, w którym mieści się Teatr Wielki w Warszawie. Zrezygnowałem z prowadzenia tego lokalu w 2003 roku. Byłem też właścicielem knajpy w polskim klubie w Sydney. To ciężki kawałek chleba. Bóg kilka razy dał mi do zrozumienia, że nie nadaję się do takiego biznesu i już tego nie robię.

    Jeśli chodzi o Bistro de Paris, nie sprzyjał mi profil gastronomiczny. To była restauracja francuska, której menu jest bardzo drogie. W tej kuchni używa się dużo masła i śmietany. Takie jedzenie szybko się psuje. Nie można go zmagazynować, wszystkie dania robi na świeżo i - gdy się nie sprzedadzą - trzeba je wyrzucać. Mój serdeczny druh Marcin Kręglicki, który ma kilka lokali, powiedział mi kiedyś, że jego restauracja francuska zawsze przynosi straty.

    * A jakie jedzenie serwował pan w knajpie w Australii?

    - To była polska restauracja. Naszymi głównymi klientami byli oczywiście Polacy, szczególnie w niedzielę po mszy świętej. W ciągu tygodnia przychodziło też dużo obcokrajowców.

    * Co im najbardziej smakowało?

    - Podchodzili do polskich potraw z dużą dozą ostrożności, ale gdy już czegoś spróbowali, często wracali. Sporym powodzeniem cieszyły się tatar, zrazy, flaki i śledź w oleju z cebulą. Japończycy mają sushi, ale to coś innego (śmiech). Furorę robiły też pierogi. To był przebój!

    * Co pana skusiło, by przenieść się do Australii?

    - Wyjechałem w 1992 roku, zaraz po przemianach w Polsce. Pracowałem w Teatrze Roma, którego dyrektorem był wówczas Jan Szurmiej. Zastąpił go Bogusław Kaczyński i wymienił cały zespół. Coś musiałem zrobić, więc... złożyłem podanie o wizę emigracyjną. Szczerze mówiąc, zdecydowałem się na ten krok, bo byłem przekonany, że jej nie dostanę. Moje podanie zostało jednak rozpatrzone pozytywnie i wyjechałem z Polski na pięć lat. To była superprzygoda!

    * Ma pan wykształcenie prawnicze. Pracował pan kiedyś w zawodzie?

    - Gdy skończyłem studia, zdecydowałem się kontynuować naukę na aplikacji sędziowskiej. Zrezygnowałem po roku. Gdyby nie to, siedziałbym z łańcuchem na piersi i wydawał wyroki w imieniu wówczas jeszcze Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

    * Zna pan jakiegoś aktora prawnika?

    - Świętej pamięci Juliusz Berger też skończył prawo. Miał przepiękny głos. Pracował między innymi w Teatrze Muzycznym w Gdyni, gdzie z Jerzym Gruzą zrobili pierwszą wersję "Skrzypka na dachu". To było w 1984 roku. Wbrew pozorom aktorstwo i zawody związane z wymiarem sprawiedliwości mają ze sobą sporo wspólnego. Mowy obrończe to teatr. Swada, umiejętność wyrażania opinii, dobre operowanie słowem - to wszystko jest dla prokuratorów i adwokatów bardzo ważne.


    Komentarze (1)

    Wszystkie komentarze (1) forum.echodnia.eu

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo