Marieta Żukowska: - Spotkałam wspaniałych reżyserów

    Marieta Żukowska: - Spotkałam wspaniałych reżyserów

    Piotr Kutkowski

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Marieta Żukowska jest aktorką Teatru imienia Stefana Jaracza w Łodzi. Zagrała role w serialach "M jak miłość" i "Pierwsza

    Marieta Żukowska jest aktorką Teatru imienia Stefana Jaracza w Łodzi. Zagrała role w serialach "M jak miłość" i "Pierwsza miłość". ©P. Kutkowski

    Marieta Żukowska opowiada o Bizionie, którego ma, a także czy przypadkiem zagrała w filmach z Janem Fryczem.
    Marieta Żukowska jest aktorką Teatru imienia Stefana Jaracza w Łodzi. Zagrała role w serialach "M jak miłość" i "Pierwsza

    Marieta Żukowska jest aktorką Teatru imienia Stefana Jaracza w Łodzi. Zagrała role w serialach "M jak miłość" i "Pierwsza miłość". ©P. Kutkowski

    * Czy to prawda, że ma pani w domu Bizona?

    - Tak, tylko że tak naprawdę jest to kot, a tylko nazywa się Bizon. Jest wielkim indywidualistą.

    * Dlaczego kot, a nie pies?

    - Psa mam w domu rodzinnym.

    * Coraz więcej pani na scenie, na planie filmowym, a to oznacza, że coraz mniej pani w domu. Kto wtedy karmi Bizona?

    - Dzielimy się obowiązkami z moim życiowym partnerem Wojtkiem Kasperskim już od pięciu lat.

    * Teatr, film, serial. Która z tych gałęzi aktorstwa jest pani najbliższa?

    - Teatr jest dla mnie pierwszą aktorską matką. Wyznacznikiem tego, kim ja jestem. Daje mi też nagrody i dzięki niemu czuję się doceniana. Serialowi zawdzięczam natomiast 8-milionową publiczność, za co tej publiczności dziękuję. To jest chyba najważniejsze, czego aktor może chcieć i o czym może marzyć. W kinie wystąpiłam do tej pory w dwóch filmach. Najpierw w "Bezmiarze sprawiedliwości", a teraz w głównej roli w "Nieruchomym poruszycielu". Myślę, że było to dla mnie bardzo ważne wyzwanie i doświadczenie.

    * Dwa filmy i dwukrotnie udział z Janem Fryczem. Przypadek?

    - W "Bezmiarze sprawiedliwości" bezpośrednio na planie się nie spotkaliśmy, ale w "Nieruchomym poruszycielu" graliśmy już razem. O obsadzie decydował reżyser, który zresztą bardzo autorsko potraktował ten film. Sam go produkował, sam szukał osób, które w jego głowie wpisywały się w scenariusz. Mnie wypatrzył w teatrze i zaproponował mi współpracę. A to, że spotkałam się na planie z Janem Fryczem, bardzo mnie ucieszyło. Niebywale cenię go jako aktora, jest ponadto człowiekiem delikatnym, wrażliwym, oddającym się roli całym sobą. Tak jak i on, myślę, że nie można robić rzeczy na niby, trzeba robić je na maksa, całym sobą, bez żadnej taryfy ulgowej. Każda rola powinna być grana z pełnym przekonaniem i warto dla niej wiele poświęcić.

    * Nawet występując w odważnych scenach, jak to ma miejsce w "Nieruchomym poruszycielu"?

    - Te sceny w filmie są bardzo potrzebne, bo dotykają bardzo ważnego dla mnie problemu nadużyć i gwałtów na kobietach. W naszym kraju jest to temat tabu, bardzo wstydliwy, który najlepiej zamieść pod dywan i o tym nie mówić. Kobiety, które doznały na sobie takiego aktu brutalizmu, w 90 procentach przypadków nie przyznają się do tego, boją się konfrontacji z opinią publiczną, nie mają wsparcia i zrozumienia za strony otoczenia i są skazane na życie w mentalnym, osobistym piekle, bojąc się później jakiegokolwiek kontaktu z drugim człowiekiem. Tym filmem łączę się z wszystkimi kobietami, które to przeszły, i manifestuję wobec innych, że swoją rolą jestem z nimi. Mnie też bardzo bolało, gdy kręciliśmy ten film, ale dla tej sprawy było warto. To mocne, uderzeniowe kino, które można rozumieć albo się od niego odciąć. Na pewno nie jest to thriller erotyczny, tak jak go zapowiadają. Trzeba brać ten film z całym bagażem, jaki on z sobą niesie.

    * Ufa pani bez końca reżyserom?

    - Miałam szczęście spotkać na razie kilku wspaniałych reżyserów. Osoby, na które patrzę jak na bohaterów i o których wiem, że poprowadzą mnie we właściwym kierunku. Nie sposób im nie zaufać. Ale oczywiście zdarzają się i osoby, które pracują, nie do końca imponując wrażliwością.

    * A pani zdarzało się już buntować na planie?

    - Jeśli coś jest niezgodne z moim przekonaniem, wtedy buntuję się, ale w sposób bardzo łagodny. Zawsze to jest bardzo trudne i często nic nie daje, bo jestem tylko aktorką. Ważniejsze zdanie ma reżyser czy producent.

    * Czyli brzydkie słowa nie padają?

    - Nie, absolutnie. Nie jestem takim typem człowieka.

    * Nawet za kierownicą?

    - Za kierownicą tym bardziej, bo nie mam prawa jazdy. Zrobiłam już kurs, ale czekam jeszcze na egzamin.
    * Spotyka się pani na planie ze znakomitymi aktorami, występuje pani pod okiem znakomitych reżyserów. Świetny początek kariery. Co jeszcze przed panią?

    - Nie wiem, co mi los przyniesie. Aktor to taki człowiek, który nie za bardzo decyduje o sobie. To reżyserzy i producenci wybierają go do kolejnych produkcji. Nie może spoczywać na laurach, do przodu pchają go kolejne role. Właśnie skończyłam zdjęcia do filmu "Generał" w reżyserii Ani Jadowskiej i Lidki Kazen. To też bardzo ciekawy temat, bo stanowi próbę wyjaśnienia tajemniczych okoliczności śmierci generała Sikorskiego. Moim marzeniem jest po prostu robić ciekawe rzeczy z ciekawymi ludźmi i jak się tylko da, poruszać ważne tematy. Czasami bardzo kontrowersyjne, ale jakże prawdziwe.

    * Czy gdzieś tam w dalekim tle nie pojawia się cel z napisem "Hollywood"?

    - Nie wiem, chociaż świat się bardzo skurczył i z zaangażowaniem się do różnych zagranicznych filmów nie ma obecnie już takich problemów, jak dawniej. Z drugiej strony, przecież dopiero dwa lata temu skończyłam szkołę aktorską, więc i tak dostanie przeze mnie głównej roli w filmie było czymś niezwykłym i do tej pory mam z tego powodu zamęt w głowie. A rola w serialu, który ogląda tak wielu widzów, to też przecież ogromne przeżycie i odpowiedzialność. Nie ma ról ważnych i mniej ważnych. Taką dewizą kierował się już Leon Niemczyk.

    * Czy na ulicy ludzie rozpoznają panią jako Marzenę z "M jak miłość"? Czy dają wskazówki, co ma robić grana przez panią postać?

    - Tak, zdarza się, że niektórzy ludzie chwalą mnie, inni karcą za złe zachowanie mojej bohaterki, a przecież to nie ja, tylko moja postać, tak napisana przez scenarzystów.

    * Imię Marieta to część aktorskiego image, imię wymyślone na potrzeby kariery?

    - Nie - dali mi je moi rodzice i nie wiąże się z tym jakaś niesamowita historia. Tyle że w PRL urzędnicy mieli z pisaniem tego imienia problem, dlatego zniknęła jedna literka "t" i z Marietty stałam się Marietą.

    * Dziękuję za rozmowę.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo