Remont według blondynki (II)

    Remont według blondynki (II)

    Anna NIEDZIELSKA

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Krzesło przed i po renowacji

    Krzesło przed i po renowacji

    Czyli ile czasu, wysiłku i pieniędzy można poświęcić na efektowne odnowienie starych krzeseł.
    Krzesło przed i po renowacji

    Krzesło przed i po renowacji

    Dwa okrągłe kuchenne krzesła z giętymi oparciami należały do mojej ciotecznej babki. Przeszły niejedno, co niestety, było po nich widać. Ale równocześnie zachwycały wykonaniem i wytrzymałością, postanowiłam więc przywrócić im świetność. Oczywiście własnoręcznie…

    Niegdyś krzesła pokrywała warstwa lakieru, który miejscami oblazł, a właściwie na całości znikł. Na szczęście przez kilkadziesiąt lat nikt nie wpadł na pomysł pomalowania ich olejną farbą, więc doradzoną przez fachowców opalarkę do usuwania starych powłok mogłam omijać z daleka. Raz że urządzenie sporo kosztuje, dwa: użycie go do drewna, mającego kilkadziesiąt lat, w kuchni wyłożonej boazerią, mogłoby być ryzykowne.

    NIEZBĘDNE ZAKUPY

    Zdałam się na ręczne czyszczenie krzeseł papierem ściernym, ale samodzielny wybór odpowiedniego okazał się trudny. Ziarnistość powinno się dobrać do rodzaju powłoki i rodzaju drewna, a o tym do dziś nie mam pojęcia. Za radą sprzedawcy z supermarketu kupiłam kilkanaście arkuszy - od bardzo grubej 40. do drobniutkiej 220. Cena za papier ścierny na płótnie to około 5 złotych za arkusz, na papierze - około 1 złoty. Najgrubszy miał służyć do ścierania warstwy lakieru, najdrobniejszy do wygładzania drewna. Wydałam około 50 złotych, z czego przynajmniej 7 na płótno ścierne, przypominające z wyglądu zielony drapak do naczyń, zupełnie niepotrzebnie.
    ŁATWIEJ W KAWAŁKACH

    Zaczęłam czyścić krzesełko w całości, ale bardzo szybko okazało się, że nie był to dobry pomysł. Na szczęście stara stolarska robota dała się rozłożyć na części, po rozkręceniu kilkunastu śrub. Klej mocujący nogi do oparć i siedziska już dawno nie trzymał, więc problemów z tym nie było. Dobrą radą dla osób, które w ten sposób będą chciały rozkładać stare meble, jest aby opisały elementy w niewidocznych miejscach ołówkiem. Ponieważ ja tego nie zrobiłam, niechcący zamieniłam przednie nogi, które na oko były identyczne, i krzesła nie dało się skręcić.
    Każdy element z osobna czyściło się łatwiej, choć i tak przeklęłam je po dwóch popołudniach roboty. Ręce bolały, papier trzeba było dociskać palcami, w niektórych miejscach pomagałam sobie precyzyjną szlifierką modelarską, kupioną za niecałe 70 złotych, ale nadającą się tylko do czyszczenia bardzo drobnych fragmentów mebla.

    POTRÓJNE MALOWANIE

    Po tej pracy malowanie drewna było już tylko czystą przyjemnością. Ponieważ, jak łatwo było przewidzieć, nie wszystkie zadrapania i wytarcia udało się idealnie oczyścić, meble trzeba było najpierw zabejcować, nadając im lekki kolorek. Wybrałam - oczywiście nie sama, tylko z prawdziwym fachowcem z działu farb i lakierów z supermarketu budowlanego - lakierobejcę na bazie żywicy o kolorze drewna wiśni. Mała puszka, wystarczająca na pomalowanie trzech metrów kwadratowych powierzchni, kosztuje około 18 złotych. Preparat ma kilka plusów: konsystencję galaretki, przez co nie chlapie i nie ścieka, ładnie pokrywa zabrudzenia i łatwo daje się zmyć zanim zaschnie. Nakłada się go wygodnie specjalnym pędzlem - okrągłym z włosia naturalnego przemieszanego ze sztucznym, kosztuje około 6 złotych.

    Jednak, aby bejca trzymała się porządnie na często wycieranych siedzeniem krzesłach, trzeba pokryć ją dodatkową warstwą lakieru. Tych do wyboru jest bardzo wiele, więc wybór może być nie lada kłopotem. Znów zdałam się na pomoc specjalisty i posłuchałam konkretnej rady: jeśli się wyciera, lepiej kupić drogi lakier do parkietów, bo ten jest odporny na ścieranie. Litrowa - najmniejsza - puszka kosztuje około 50 złotych. Krzesełka zostały pokryte dwa razy, na jedwabisto, żeby nie bić po oczach wysokim połyskiem.

    JUŻ NIE TRZESZCZĄ

    Właściwie krzesełkom należało dać jeszcze tylko 48 godzin na porządne wyschniecie. Zapobiegawczo zamknęłam je w pokoju przed kotem, który lubi na nich leżeć. Ostatnią rzeczą było doklejenie pod nogi filcowych podkładek i przeniesienie krzeseł z powrotem do kuchni. Wszystkie prace zajęły mi bity tydzień, po kilka godzin każdego popołudnia.

    Niestety, muszę przyznać, że jedno przy naprawianiu swoich starych krzeseł zepsułam. Wcześniej przy każdym ruchu uroczo trzeszczały. Teraz nie wydają żadnych dźwięków i trochę mi tego brakuje. Winą obarczam klej szybkoschnący do powierzchni drewnianych - czyli dawny wikol, sprzedawany po niecałe 13 złotych za ćwierć litra - którym smarowałam obficie składane elementy krzeseł. Teraz trochę tego żałuję.

    Po remontowych sukcesach w kuchni mam zamiar zaprzyjaźnić się z zżeraczem farb, a na celownik biorę stary kuchenny stół, który jedną wojnę już przetrwał. Roboty i wydatków będzie więcej - oprócz czyszczenia i lakierowana potrzebna jest wymiana blatu. O zupełnie niestandardowych wymiarach. Ale na to blondynka też już ma pomysł…

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo