Spółdzielnia Mieszkaniowa w Stalowej Woli budowała domy...

    Spółdzielnia Mieszkaniowa w Stalowej Woli budowała domy najtaniej w Polsce

    Zdzisław SUROWANIEC

    Echo Dnia Podkarpackie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Podkarpackie

    Jeden z ładniejszych budynków spółdzielni na osiedlu Skarpa.

    Jeden z ładniejszych budynków spółdzielni na osiedlu Skarpa. ©archiwum

    Nazwali ją najprościej jak tylko można było - Spółdzielnia Mieszkaniowa. Szczęśliwie dla Stalowej Woli ta spółdzielnia należała do średnich w Polsce, ale była uznawana za najlepszą. Budowała na potęgę. Jednego roku oddała 1035 mieszkań! Dziś obchodzi półwiecze powstania.
    Jeden z ładniejszych budynków spółdzielni na osiedlu Skarpa.

    Jeden z ładniejszych budynków spółdzielni na osiedlu Skarpa. ©archiwum

    Przed pięćdziesięcioma laty dwudziestu ludzi w Stalowej Woli zebrało się na odwagę, założyli spółdzielnię mieszkaniową i stali się jej członkami. Od ich spotkania 10 marca upłynęło właśnie 50 lat. Pierwszym przewodniczącym Rady Nadzorczej został Mieczysław Rajkowski, a społecznym przewodniczącym Zarządu - Władysław Płonka.

    PRACOWALI SPOŁECZNIE

    Zofia Tokarska pamięta spółdzielnię od początku jej istnienia.
    Podkreśla bardzo mocno element społecznego działania. - Wszyscy pracowaliśmy społecznie. Jak żywa staje mi dziś przed oczami aktywność, chęć działania i nieprawdopodobna, w zderzeniu z dniem dzisiejszym, atmosfera. Ludzie byli serdeczni, życzliwi, chcieli służyć wiedzą, działali spontanicznie, widzieli sens i perspektywy - wspomina.
    - Pamiętam pierwszych 66 zbudowanych mieszkań, działałam wtedy w Komisji Rewizyjnej.

    Najważniejsza dla ludzi była świadomość, że spółdzielnia może dać nowe, lepsze warunki życia. Spółdzielcy garnęli się do wspólnoty mieszkaniowej, dając wyraz w społecznej pracy i całkowitym oddaniu sprawie. A spółdzielnia działała prężnie. Tamten okres wspominam bardzo dobrze. Dziś spółdzielnia musi się borykać z jeszcze innymi sprawami, a z mieszkańcami jest niełatwo. Każdy by tylko chciał coś dostać, mieć podane na tacy. Ale dać z siebie coś - o to już trudniej - uważa Zofia Tokarska, była główna księgowa spółdzielni.

    Pierwsze pionierskie lata budowania bloków i tworzenia środowiska spółdzielczego z rozrzewnieniem wspomina Irena Krynicka, która, jako bezpartyjny inżynier w Hucie Stalowa Wola, nie mogła liczyć na pomoc zakładu pracy w uzyskaniu mieszkania. Związała się więc z grupą ludzi, którzy postanowili stworzyć spółdzielnię mieszkaniową.

    OFIARNI MIESZKAŃCY

    We wspomnieniach pani Ireny można odnaleźć atmosferę entuzjazmu i ofiarności wielu mieszkańców w nowych osiedlach. Członkowie pierwszej Rady Nadzorczej pracowali społecznie, załatwiając mnóstwo spraw w urzędach, u władz, wśród mieszkańców. Nie było wtedy pracowników etatowych spółdzielni. Trudno było o pieniądze na budowę bloków, na prace projektowe i działalność administracyjną. Nie było w okolicy żadnych wzorców działania spółdzielni, dlatego przedstawiciele rady jeździli po naukę i na wymianę doświadczeń do innych spółdzielni - do Lublina, do Jarosławia.

    Do legendarnych postaci w dziejach stalowowolskiej spółdzielni należy były prezes Józef Kupiec. - To ja zorganizowałem służbę inwestycyjną w spółdzielni - przypomina historię z lat sześćdziesiątych. - Przyszedłem na zastępcę kierownika do spraw techniczno-inwestycyjnych zorganizować służbę u Waldemara Talipskiego, który był społecznym prezesem. Budowaliśmy wtedy budynki od Pława, od ulicy Krzywej, po centrum i dalej do obecnej ulicy Siedlanowskiego - wylicza.

    Posiadanie służby inwestycyjnej przez spółdzielnię było wówczas niezwykłym wydarzeniem. A to z tego powodu, że spółdzielnie nie mogły prowadzić obsługi inwestycyjnej. Mogli to robić tylko inwestorzy. - Miałem tereny przygotowane pod budowę, miałem dokumentację, a pieniądze załatwiałem na bieżąco. Dlatego w jednym roku wybudowaliśmy 1035 mieszkań na osiedlu Centralnym. To powstało małe miasto! W mieście stało wówczas czternaście dźwigów. Jak postawili dźwig i tor, to z jednego torowiska dźwig stawiał dwa bloki - wspomina Józef Kupiec.

    FATALNA JAKOŚĆ

    - Oczywiście, można dziś mówić, jaka była jakość tych mieszkań, ale wtedy nie mogła być lepsza. Ludzie dostawali mieszkania i do dziś w nich żyją. Co by dziś było, gdybyśmy wtedy tak nie działali? - pyta.
    Spółdzielnia Mieszkaniowa w Stalowej Woli należała do grupy średnich spółdzielni w Polsce, ale była uznawana za najlepszą. Miała najlepsze wyniki, uzależnione od liczby oddawanych mieszkań i ceny. Cena mieszkań w Stalowej Woli była najniższa w Polsce! - Jak jeździłem do Warszawy i oddawałem sprawozdawczość, to mi nie wierzyli, śmiali się początkowo. Co roku było to samo - stwierdza z satysfakcją Kupiec.

    Skąd się to wzięło? W pierwszym rzędzie ze sprzyjających warunków geologicznych. Tu był piasek, łatwo dający się kopać. Kolejną przyczyną były dyscyplina inwestycyjna i płacenie za robotę.

    Według Andrzeja Chmielewskiego, prowadzącego kronikę, największy rozwój spółdzielni przypada na lata 1978-1984. Powstały wówczas cztery duże osiedla - Centralne, Młodynie, Poręby i Skarpa I. Był to czas sprzyjający budownictwu, państwo scedowało obowiązek budowania mieszkań na spółdzielnie, wspierając jednocześnie finansowanie przez kredyty bankowe, częściowo umarzalne.
    W Stalowej Woli na rozkwit budownictwa miała wpływ dobra sytuacja ekonomiczna huty, bo zakład zwiększał zatrudnienie. Ludzie potrzebowali mieszkań. Władze miasta udostępniły tereny pod nowe osiedla, a Spółdzielnia Mieszkaniowa budowała bloki i obiekty towarzyszące.

    Z wielkim rozmachem powstawały mieszkania i obiekty potrzebne do wygodnego życia. Powstały tereny rekreacyjne, place zabaw, tereny zielone, mała architektura, a przede wszystkim obiekty oświatowe i placówki handlowo-usługowe.

    BABSKIE RZĄDY

    Marcela Bednarczyk, która została prezesem w latach 90., zapoczątkowała w Spółdzielni Mieszkaniowej trwające kilkanaście lat "babskie rządy". Nie była ani "żelazną damą", ani "naiwną kobietką". Konkretna, z wykształcenia inżynier budowlany, przeprowadziła w spółdzielni ważne zmiany. Zaczęło się od uszczelniania dziurawych dachów. W tym czasie Spółdzielnia Mieszkaniowa była w grupie ośmiu największych spółdzielni w Polsce.

    Miała blisko 11 tysięcy mieszkań. Największym problemem dla kobiecego zarządu, bo zastępcą była Teresa Kaczmarczyk, były dwie sprawy, które wymagały natychmiastowego załatwienia. Po pierwsze - fatalny stan istniejących budynków. Na potęgę przeciekały dachy, często występowały awarie wewnętrznych instalacji wodnych, podłoża pod podłogami wymagały wymiany, a budynki ocieplenia.
    - W pierwszym roku naszego "panowania" był deszczowy lipiec i w tym lipcu na prawie 200 budynków, jakie mieliśmy, w około stu sześćdziesięciu były przecieki w dachach. Nagle rozdzwoniły się telefony.

    Dzwonili ludzie z ostatnich pięter i żądali natychmiastowej reakcji. Trzeba było zaklejać dziury, ile się tylko dało. Mieliśmy swoje ekipy, angażowaliśmy firmy z zewnątrz, specjalizujące się w dachach - mówi o gorącym, a raczej "mokrym" początku prezesowania. Po roku było tylko osiem przecieków. Efekty były więc od razu.

    Dziś spółdzielnia przeżywa ciężkie dni. Nie buduje już nowych bloków, bo kredyty stały się wręcz nieosiągalne, a nowe mieszkania z trudem znajdują nabywców. Przed dwoma laty spółdzielnia została zmuszona do przekształcania za przysłowiową złotówkę prawa lokatorskiego we własnościowe. Szacują, że stracili na tym 22,5 miliona złotych.

    SPÓŁDZIELNIA ZAGROŻONA

    - Cały czas mam wrażenie, że będę tą, która ostatnia zgasi światło, mimo że nie chcę, aby tak się stało. To, co próbuje się robić, może w efekcie doprowadzić do tego, że spółdzielnia zniknie, że zniknie spółdzielcza forma zarządzania - obawia się obecna prezes Halina Czubak.

    - Nigdy nie uważałam, że spółdzielcza forma jest zła. Nie wszystkie spółdzielnie w Polsce źle działały. Taka wielka spółdzielnia, jaką jest Spółdzielnia Mieszkaniowa w Stalowej Woli, działa na tyle dobrze, na ile jest to możliwe - prezes stawia diagnozę.
    I podsumowuje: - Jestem optymistką w życiu i chciałabym, żeby to pięćdziesięciolecie to nie był ostatni jubileusz spółdzielni, żeby mogła ona funkcjonować następne pięćdziesiąt lat. Jako spółdzielnia, a nie zarządca. Bo nie wszystkich stać czy nie wszyscy chcą mieszkać w domkach poza granicami miasta - uważa.

    W artykule zostały wykorzystane informacje z przygotowanego do druku okolicznościowego wydawnictwa "Dach nad głową… - 50 lat Spółdzielni Mieszkaniowej w Stalowej Woli".

    Komentarze (2)

    Wszystkie komentarze (2) forum.echodnia.eu

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Sport

    Zobacz koniecznie:

    Ocena prezydentów, burmistrzów, wójtów. GŁOSOWANIE ZAKOŃCZONE

    Ocena prezydentów, burmistrzów, wójtów. GŁOSOWANIE ZAKOŃCZONE

    Szukasz taniego mieszkania na Podkarpaciu? Sprawdź najlepsze oferty

    Szukasz taniego mieszkania na Podkarpaciu? Sprawdź najlepsze oferty

    Oceń swojego radnego. Zagłosuj

    Oceń swojego radnego. Zagłosuj

    Nie przegap szansy wygrania pieniędzy i mieszkania z Echem Dnia!

    Nie przegap szansy wygrania pieniędzy i mieszkania z Echem Dnia!

    Wideo

    Galerie zdjęć