Marzy o wystawieniu sztuki na podstawie swojej bajki

    Marzy o wystawieniu sztuki na podstawie swojej bajki

    Klaudia TAJS

    Echo Dnia Podkarpackie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Podkarpackie

    Pani Aneta podczas malowania w swoim holenderskim mieszkaniu.

    Pani Aneta podczas malowania w swoim holenderskim mieszkaniu. ©Archiwum

    Młoda artystka marzy o wystawieniu w Tarnobrzegu sztuki na podstawie swojej książki dla dzieci, która robi coraz większą furorę.
    Pani Aneta podczas malowania w swoim holenderskim mieszkaniu.

    Pani Aneta podczas malowania w swoim holenderskim mieszkaniu. ©Archiwum

    Z nostalgią wraca do czasów, kiedy w tarnobrzeskim Koperniku dekorowała salę na bal studniówkowy. Wspomina nauczycieli i kolegów, z którymi spędziła w liceum cztery wspaniałe lata. Dziś pani Aneta Noworyta mieszka w Holandii.

    Jej obrazy zdobią ściany kościołów w Rotterdamie, a książka "Zosia i książę Elfόw" zdobywa coraz liczniejszą rzeszę najmłodszych czytelnikom w Polsce.

    Historia życia młodej tarnobrzeżanki mogłaby posłużyć za niezły scenariusz filmowy.
    Scenariusz, który przed ekrany telewizorów przyciągnąłby na pewno absolwentów i obecnych uczniów oraz nauczycieli Liceum Ogólnokształcącego imienia Mikołaja Kopernika w Tarnobrzegu. Także tych, którzy znają panią Anetę. Ale od początku….

    WRÓŻBA CYGANKI

    Po zdaniu matury w tarnobrzeskim Koperniku, pani Aneta ruszyła na podbój Krakowa. Jako studentka Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego realizowała swoje liczne pasje. Czytała, malowała i poznawała najskrytsze zakamarki Krakowa. Pewnego razu cyganka na Plantach Krakowskich przepowiedziała jej, że opuści Kraków i przeniesie się z miłości aż nad zimne morze. - Oczywiście uznałam to za bzdurę i powiedziałam jej, że już mieszkałam we Włoszech i w Bułgarii, więc teraz nie zamierzam się z Polski wyprowadzać - wspomina po latach pani Aneta.

    Jednak przepowiednia cyganki sprawdziła się. Rok później, w Zaułku Niewiernego Tomasza w Krakowie, pani Aneta spotkała swojego holenderskiego narzeczonego. Był nim fotograf, korespondent wojenny. - Kiedy zdecydowaliśmy, że przeniosę się do Holandii, cieszyłam się i jak każdy wyjeżdżający liczyłam na nową, wspaniałą przyszłość, na dodatek u boku kogoś, kogo kochałam - dodaje pani Aneta. - Załatwienie wizy poszło bardzo sprawnie. Holandia czekała na mnie z otwartymi rękami. W maju 2003 spakowałam walizki i dwie godziny później znalazłam się w Rotterdamie.

    HOLENDERSKA BIUROKRACJA

    Jadąc do Holandii, pani Aneta była zaopatrzona w niezbędne dokumenty, które miały jej zagwarantować szybkie podjęcie, wcześniej nagranej pracy. Jakież było jej zdziwienie, gdy w urzędzie poinformowano ją o tym, że załatwione w Polsce "papierki" to tylko początki biurokracji. Zamiast do upragnionej pracy, pani Aneta została wysłana na przymusowy kurs integracyjny. Jako legalny cudzoziemiec ze Wschodniej Europy musiała dowiedzieć się, co to jest karta bankomatowa, bilet na autobus i jak korzystać z linii metra.

    - Teraz się z tego śmieję, ale wtedy siedzenie na takich lekcjach było dla mnie totalnym absurdem - wspomina z uśmiechem. - Tak minęło następnych kilka tygodni i miesięcy, potem znów popełniono błąd w dokumentach, co zamknęło mnie w domu na następny rok.

    POWRÓT DO MALOWANIA

    I nagle stało się coś, czego od losu pani Aneta nie oczekiwała. Przypomniała sobie o tym, że kiedyś chodziła nad tarnobrzeskie planty nad Wisłę, gdzie malowała pasące się tam konie. Przypomniała sobie, ile radości sprawiało jej dekorowanie ścian tarnobrzeskiego liceum przed studniówką. Swoje artystyczne występy przed całą szkołą.

    - Miałam czas na to, by kupić sobie upragnione farby olejne i zacząć malować - dodaje artystka. - Miałam czas, by spędzać popołudnia w bibliotece miejskiej, gdzie natknęłam się na książki obrazkowe Elzy Beskow. To był pewnego rodzaju impuls. Jej ilustracje zachwyciły mnie. Dużo o nich myślałam, mimo tego, że dla dzisiejszych krytyków literatury dziecięcej to przestarzałe akwarelki. Dla mnie są prawdziwą sztuką.

    TRUDNE POCZĄTKI

    Wkrótce potem, w głowie panie Anety zaczęły układać się opowieści dla dzieci. Opowiadała je głównie znajomym. Napisała nawet książkę dla siostrzenicy Jerzego, swojego życiowego partnera. - Wtedy wszyscy zaczęli namawiać mnie do tego, bym wysłała moją bajkę do wydawnictw - przyznaje. - Pierwsze próby były tragiczne. Nikt nie odpowiedział, więc dałam sobie spokój. Bajki jednak nie dawały mi spokoju. Śniły mi się po nocach ilustracje. Szczerze mówiąc, myślałam, że wariuję. Na szczęście wśród naszych przyjaciół jest wielu artystów, którzy przekonali mnie, że to niekoniecznie obłęd. Poradzili mi, żeby poddać się temu, co chyba nazywa się weną twórczą.

    Pani Aneta przyznaje, że kolejne podejście do pokazania wydawnictwu swojej książki było trudne. - Jestem Polką, a w Polsce artystą zostaje się po skończeniu Akademii Sztuk Pięknych - mówi. - Holandia otwiera tę możliwość przez każdym, kto sprosta wyzwaniu. Podobnie jest z zostaniem pisarzem, dziennikarzem, czy fotografem. Musiałam więc dojrzeć do tego, by spróbować jeszcze raz pokazać moją książkę wydawcom, pomimo tego, że nie jestem ani pisarzem, ani ilustratorem.

    SZUKANIE WYDAWCY

    W międzyczasie młoda artystka uporządkowała swoje dokumenty, znalazła świetną pracę i stanęła na nogi finansowo. To pozwoliło jej, że na dobre ruszyła w poszukiwaniu wydawcy na polskim rynku. Jej bajka najpierw została zaproszona do Debiutów portalu www.KulturaOnline. - Mój następny krok to mozolne badania rynku wydawniczego - wspomina. - Pomogła mi w tym bardzo przyjaźń z wyszukiwarką internetową.

    W końcu poszła do wydawcy. Umówiła się na spotkanie z redaktorem naczelnym i pokazała materiały. - Wynegocjowałam warunki i w lipcu 2008 roku dostałam do ręki moje pierwsze literackie dziecię - mówi zadowolona. - Szkoda, że pani profesor Halina Szkwara, nasza polonistka w tarnobrzeskim liceum, nie doczekała tego dnia. Czytając moją bajkę, na pewno by mnie pochwaliła.

    "Zosia i książę Elfόw" została wydana przez krakowską Oficynę Wydawniczą, która w lutym wyda kolejną jej książkę. - Dużo się muszę jeszcze nauczyć, przede mną długa droga do tego, by coś osiągnąć, by przekonać do siebie czytelników - nie ukrywa artystka. - Marzę jednak o tym, by pisarstwo stało się moją pracą. Mam w głowie wiele historii, które kiedyś ujrzą światło dzienne. Podobnie jest z malarstwem. Moja pierwsza "Maryja z dzieciątkiem' już niedługo zawędruje do polskiego kościoła w Rotterdamie, a inne obrazy zdobią już domy przyjaciół. A może kiedyś wystawię moją pierwszą sztukę dla dzieci w Tarnobrzegu. Będzie opowiadała o Zosi i elfach z łąk pod Starym Lasem.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (1)

    Wszystkie komentarze (1) forum.echodnia.eu

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Sport

    Zobacz koniecznie:

    Ocena prezydentów, burmistrzów, wójtów. GŁOSOWANIE ZAKOŃCZONE

    Ocena prezydentów, burmistrzów, wójtów. GŁOSOWANIE ZAKOŃCZONE

    Szukasz taniego mieszkania na Podkarpaciu? Sprawdź najlepsze oferty

    Szukasz taniego mieszkania na Podkarpaciu? Sprawdź najlepsze oferty

    Oceń swojego radnego. Zagłosuj

    Oceń swojego radnego. Zagłosuj

    Nie przegap szansy wygrania pieniędzy i mieszkania z Echem Dnia!

    Nie przegap szansy wygrania pieniędzy i mieszkania z Echem Dnia!

    Wideo

    Galerie zdjęć