Alfabet pekiński

    Z Pekinu Paweł Kotwica

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Od alkoholowych wyczynów naszego działacza, do naszych "złotek", które w Pekinie grały jakby były z tombaku.
    Każde igrzyska olimpijskie mają swoje wydarzenia, anegdoty, legendy, obfitują w wydarzenia śmieszne i tragiczne. Podsumowując te pekińskie, przypomnijmy sobie najciekawsze z nich.

    A - jak alkohol. Wypłynął strumieniami z polskiej reprezentacji szermierczej i działacza Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Po meczu z Islandią trener naszej reprezentacji piłkarzy ręcznych Bogdan Wenta stwierdził, że najchętniej by się upił z rozpaczy i pojechał do domu.

    B - jak Beijing, czyli Pekin. Olbrzymie 17-milionowe miasto. Gubią się tu taksówkarze, mieszkańcy nie znają dzielnic z drugiego końca stolicy, więc co się dziwić obcokrajowcom.

    C - jak czwórki wioślarskie. Zdobyły "złoto" i "srebro". To pierwsze było planowane, drugie absolutnie nie. Tym bardziej było się z czego radować.

    D - jak "dałem(am) z siebie wszystko" - to zdanie można było usłyszeć w Pekinie od wielu polskich sportowców. Zwykle to "wszystko" nie wystarczało do wygrania choćby jednej walki.

    E - jak emerytura dla medalisty olimpijskiego. To, o czym wielu naszych sportowców myślało przed wyjazdem do Pekinu. Niestety, najwyraźniej myślało głównie o tym również podczas startu. Po starcie można było przestać o tym myśleć.

    F - jak fani. Chińczycy wypełnili praktycznie wszystkie hale i stadiony. Ale nic dziwnego. Po pierwsze jest ich bardzo dużo, po drugie na czas igrzysk zamknięto w Pekinie 150 zakładów, żeby nie dymiły. Pracownicy mieli więc mnóstwo czasu.

    G - jak grad medali chińskich zawodników. Gospodarze już w Atenach zapowiadali, że zdominują klasyfikację medalową.

    I - jak Idem, Josefa. 22 września włoska kajakarka pochodząca z Niemiec skończy 44 lata. W Pekinie zdobyła srebrny medal w jedynce, będąc blisko mistrzostwa olimpijskiego. Idem swój pierwszy olimpijski medal zdobyła w Los Angeles... w 1984 roku, gdy wielu ze sportowców startujących w Pekinie nie było na świecie.

    J - jak Jelena Isinbajewa. "Caryca tyczki", a przy tym ładna dziewczyna. Pobiła rekord świata, popłakała się, kiedy wręczali jej medal.

    K - jak kierownik. W Chinach każdy ma kierownika. On decyduje, bez niego nie można nic zmienić, niczego skorygować. A jak nie ma kierownika? Trudno, wszystko pozostaje po staremu.

    L - jak lekka atletyka. Cieszyła się w Pekinie ogromnym zainteresowaniem. Codziennie stadion Ptasie Gniazdo, liczący 91 tysięcy miejsc, był pełny. Jeśli dodać do tego, że był również prawie pełny na porannych konkurencjach, to można śmiało liczyć, że codziennie "królową sportu" oglądało około 170 tysięcy kibiców!
    Ł - jak łut szczęścia polskich łuczników, którego zabrakło. Osiągnęli największy sukces w historii męskich łuków (piąte miejsce w drużynie, dwóch zawodników - Rafał Dobrowolski ze Stelli Kielce i Jacek Proć ze Strzelca Legnica - w czołowej "16", ale w turniejowej drabince trafiali wyjątkowo pechowo - drużyna na południowych Koreańczyków (późniejszych złotych medalistów), Dobrowolski na późniejszego wicemistrza olimpijskiego (też Koreańczyka), a Proć na mistrza z Ukrainy.

    M - jak "Mamy finał!!!" - tak chórem krzyczały polskie sprinterki, które awansowały do finału sztafety 4x100 metrów. Niestety, w finale ich trener przedobrzył, wymienił jedną z zawodniczek, która w decydującym biegu zgubiła pałeczkę.

    N - jak "nihao", czyli dzień dobry po chińsku (fonetycznie słyszy się jak "micha").

    O - jak "Olbrzym z Polski". Tak nazwały naszego złotego kulomiota Tomasza Majewskiego chińskie gazety. Szkoda, że mieliśmy tu tak mało olbrzymów!

    P - jak Phelps. Michael z Baltimore zdobył w Pekinie osiem złotych medali i pobił siedem rekordów świata, zostając najbardziej utytułowanym olimpijczykiem w historii. Po prostu maszyna do pływania.

    R - ręczni piłkarze. Miało być pięknie, było tak sobie. O wszystkim zadecydował mecz z Islandią, z którą podopieczni trenera Bogdana Wenty ostatnio wygrywali. Ale nie w najważniejszym meczu.

    S - jak smog. Chyba wyczuł, że nie wypada tak bezczelnie wisieć nad miastem, po kilku dniach opuścił je i zniknął.

    T - jak trawnik. W Pekinie niektórzy grali na nim w hokeja. Zasnął na nim w wiosce olimpijskiej pijany wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki Jerzy Sudoł. Jak mówi klasyk: Bo czasem jest tak, że nie wypić po prostu nie sposób...

    U - jak Ursain Bolt. Człowiek, który nie biegnie, a frunie nad torem. Showman, wesoły facet z plecaczkiem. Wielka gwiazda lekkiej atletyki. Trzy nieprawdopodobne rekordy (w tym jeden w sztafecie). To było piękne!

    W - jak wolontariusze. Było ich w Pekinie 70 tysięcy. Fajni młodzi ludzie, przejęci tym, co robią, zawsze uśmiechnięci i bardzo sympatyczni. Na nich zawsze można było liczyć.

    X - jak Xingxing, jeden ze słynnych koni z czwartej konkurencji pięcioboju - jeździectwa. On, a także Bubu, Gege czy Chuchu po prostu nie chciały skakać.

    Y - jak "yes". To chyba jedyne angielskie słowo znane tutejszym taksówkarzom. A obiecali, że do igrzysk opanują choćby podstawy tego języka. Nie dotrzymali słowa.

    Z - jak "Złotka". Niestety, już tombak. To, co grały nasze siatkarki, to była tragedia. Skłócona z trenerem ekipa, dużo gwiazdorstwa, brak woli walki. Czy taki zespół może odnieść sukces?

    Komentarze (2)

    Wszystkie komentarze (2) forum.echodnia.eu

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo