Leszek Drogosz: Nie powinienem mieć takich wspomnień

    Leszek Drogosz: Nie powinienem mieć takich wspomnień

    Marek MACIĄGOWSKI maciagowski@echodnia.eu

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Leszek Drogosz do dziś dokładnie pamięta swoje dziecięce przeżycia z wojny

    Leszek Drogosz do dziś dokładnie pamięta swoje dziecięce przeżycia z wojny

    1 września minęło 70 lat od wybuchu II wojny światowej. Poprosiliśmy Państwa o wspomnienia z tamtych strasznych czasów - dziś słynny bokser z Kielc - Leszek Drogosz
    Leszek Drogosz do dziś dokładnie pamięta swoje dziecięce przeżycia z wojny

    Leszek Drogosz do dziś dokładnie pamięta swoje dziecięce przeżycia z wojny

    Swoimi wspomnieniami dziecka czasu wojny podzielił się z Państwem Leszek Drogosz, znany bokser, trzykrotny mistrz Europy, brązowy medalista olimpijski, potem trener i wzięty aktor.

    - Gdy wybuchła wojna miałem zaledwie 6 lat, ale do dziś mam w pamięci to, co widziałem oczami dziecka. Doskonale pamiętam jak z rozpaczą i płaczem żegnaliśmy ojca, który jak większość mężczyzn uciekł przed Niemcami na Wschód - mówi Leszek Drogosz.

    PAMIĘTAM GŁÓD

    Jego ojciec miał sklep z obuwiem niedaleko dworca na Żelaznej.
    Pierwsze bomby, jakie spadły na Kielce zniszczyły sklep. - Mama została sama z dwójką dzieci praktycznie bez środków do życia. Na szczęście wcześniej przenieśliśmy się do małego domku, który ojciec zaczął stawiać w 1937 roku na ulicy Krakowskiej, na przedmieściach Kielc. Pamiętam dwa worki suszonych kromek chleba, podwieszone na belce pod sufitem, żeby nie dostały się myszy, mieliśmy jarzyny i trochę kartofli ze swojej działki. Potem to się skończyło i panował głód, ale na szczęście wspomagała nas rodzina ze wsi przywożąc najczęściej kartofle. Z tego czasu pamiętam też wszy i nacieranie głowy naftą, bo to strasznie śmierdziało. Tego nie da się zapomnieć, chociaż minęło tyle lat - podkreśla Leszek Drogosz.

    PAJDA CHLEBA NA MIKOŁAJA

    Niedaleko domu biegły tory kolejowe, gdy pociągi stawały pod semaforem dzieci biegły do pociągu, wołały do żołnierzy prosząc o chleb. Czasem rzucali jedzenie, ale prawie wszystko zabierali starsi chłopcy, bo byli sprytniejsi. Wtedy pociągami jechało bardzo dużo wojska. Dzieci prosiły też kolejarzy o węgiel, często zrzucali go z węglarek, a dzieci zbierały kawałki na torach.

    - Mama znalazła gdzieś pracę, a ja wtedy musiałem zostawać z młodszym bratem Sergiuszem. Sprowadziła się też do nas siostra mamy z pięciorgiem dzieci. Potem została zabita, jej najstarszy syn został wzięty na roboty, troje dzieci do ochronek, a najmłodszy został u nas w domu - mówi Leszek Drogosz.

    Ojciec wrócił do domu dopiero wiosną 1940 roku. Rodzice sprzedali dom i wynajęli mieszkanie razem z warsztatem w Kielcach. - Żyło nam się już lepiej, ja poszedłem do szkoły, uczyłem się nawet gry na skrzypcach, co potem się przydało, bo zarabialiśmy grając trochę po szkole w lokalach, bez wiedzy rodziców oczywiście. Pamiętam Mikołaja z I klasy w 1940 roku. Pani zapytała dzieci, co kto dostał. Ja cały dumny podniosłem dwa palce i mówię: dostałem dwie pajdy chleba ze słoniną. Ale inni byli lepsi, bo powiedzieli, ze dostali bułki z masłem. A byli też tacy, którzy nic nie dostali.

    DLACZEGO CI LUDZI ZGINĘLI?

    W pamięci dziecka zostały okropne rzeczy. Takie, jakich dziecko nigdy mieć nie powinno - mówi Leszek Drogosz.

    - Jako dziecko widziałem rzeczy okropne: bicie ludzi, powieszonych na ulicy Młynarskiej, którzy wisieli długo, żeby ludzie musieli patrzeć czym grozi nieposłuszeństwo, widziałem rozstrzeliwania, łapanki. Podczas egzekucji na Placu Świętego Wojciecha rozstrzelali naszego sąsiada. Chłopak miał 18 lat. Takich widoków nie zapomina się całe życie. Mieszkaliśmy na Piotrkowskiej obok kościoła Świętego Krzyża. Pamiętam starego Żyda, chodził z wózkiem, zbierał starzyznę. Raz pobili go Niemcy, leżał na ziemi. Gdy trochę odeszli, ledwo wstał. Znów go pobili. Patrzyłem na to przez okno i zastanawiałem się, dlaczego on wstał?

    Naprzeciw naszego mieszkania po drugiej stronie ulicy było getto. Wszystkie bramy i okna były zabite deskami. Nie wolno było tam chodzić. Ale chodziliśmy. Żydzi wołali "synek, masz pieniądze, kup chleb" i dawali za to na cukierki. My ten chleb kupowaliśmy. Nie bali się dawać pieniędzy, bo nas poznali, a w końcu zostałem prawie stałym dostawcą.

    Zapamiętałem likwidację getta. Dla dziecka to był przerażający widok, szok, coś niewyobrażalnego. Byliśmy w domu u znajomej, jakieś czterdzieści metrów od rampy kolejowej. Nie mogliśmy stamtąd wyjść. Żydzi szli rzędami, malcy trzymali się za ręce, wszyscy mieli jakieś toboły, walizki. Obok szli Niemcy z psami, które cały czas szczekały. Słychać było krzyki, płacz i bicie szczególnie starszych ludzi, którzy nie mogli wchodzić do wagonów. Czasem ktoś siadał na ziemi, nie chciał iść dalej, modlił się. Do takich ludzi strzelano, a zabitych Niemcy kładli koło rampy. To było przerażające. W czasie wojny Niemcy oblepiali Kielce plakatami. Było na nich polskie dziecko, z którego Żydzi toczyli krew zamknięte w walcu z gwoździami, albo Żyd robiący kiełbasę ze szczurów z podpisem " Nie kupuj u Żyda". Wtedy zrozumiałem, że to wszystko kłamstwa.

    Później biegaliśmy po pustych mieszkaniach w getcie, szukaliśmy zabawek. Było tam wiele cennych rzeczy, książki, obrazy, ale nie zwracaliśmy na to uwagi. Ale pojawiały się też całe grupy handlarzy, "specjalistów" rabujących te dobra, zbierających je, pewnie też za zgodą Niemców. Z getta po dziś dzień mam skrzypce i niemiecką książkę "Prawda o Katyniu" ze zdjęciami ofiar pomordowanych przez NKWD.

    STARALIŚMY SIĘ ZARABIAĆ

    W czasie wojny często chodziłem do kościoła, byłem pilnym ministrantem i często służyłem do mszy. Ojciec był wychowankiem szkoły salezjanów i tradycje katolickie były w naszym domu bardzo silne, a salezjanie potrafili przyciągnąć dzieci i młodzież. Mieszkałem blisko kościoła i doszło do tego, że kościelny dawał mi nawet klucze do kościoła bym mógł służyć do mszy rannej o 6.30, jeszcze przed szkołą.

    My ciągle baliśmy się, że ojciec może zostać złapany i wywieziony na roboty. W domu była specjalna skrytka w ścianie pod starym dywanem. W czasie łapanek po domach, gdy Niemcy szukali mężczyzn, ta skrytka przydawała się. My wtedy smarowaliśmy pomieszczenia naftą lub jakim śmierdzącym płynem, żeby psy nie wyczuły człowieka i zdało to kilka razy egzamin.

    W 1943 roku jeździliśmy do Grabownicy kolo Łopuszna do rodziny ojca. W okolicy stacjonowały wtedy ugrupowania partyzanckie. Partyzanci chodzili wieczorami do wsi, kupowali jedzenie i papierosy. Namówiłem swojego 14 letniego ciotecznego brata, żebyśmy zarabiali na partyzantach. Pakowaliśmy w plecaki jedzenie i papierosy, chodziliśmy z prowiantem do lasu. Zawsze się trafił patrol, który od nas zaraz wszystko kupił za podwójną cenę i bez targowania. Zastanawiałem się skąd ci biedni partyzanci mają pieniądze i tak chętnie płacą więcej niż chcemy. Potem okazało się, że pieniądze były fałszywe. Ale my też już ich nie mieliśmy.

    TROCHĘ DZIECIŃSTWA

    - W 1941 roku dostałem na gwiazdkę prawdziwe przykręcane do butów łyżwy. To był mój pierwszy kontakt ze sportem. Całe godziny spędzałem na ślizganiu się. Najlepiej było w parku miejskim na stawie. Gdy spadł śnieg, każdy kto chciał się ślizgać musiał najpierw pół godziny ten śnieg odgarniać. Częściej ślizgaliśmy się po ulicach i chodnikach, których nikt nie posypywał piaskiem, albo czepiając się dorożek, za co dorożkarze okładali nas batami. To prawdziwe dziecięce wspomnienia, a wojna sprawiła, że w pamięci zostały także takie, których żadne dziecko nigdy nie powinno mieć - mówi Leszek Drogosz.

    Komentarze (1)

    Wszystkie komentarze (1) forum.echodnia.eu

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo