matura
    Z wizytą u królowej Zenobii

    Z wizytą u królowej Zenobii

    Piotr Kutkowski

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Amfiteatr w Palmyrze zachował się w doskonałym stanie.

    Amfiteatr w Palmyrze zachował się w doskonałym stanie. ©P. Kutkowski

    Palmyra zachwyca urodą antycznych ruin, Crac de Chewalier imponuje potęgą swoich murów, a Tartus zadziwia życiem w resztkach nadmorskiej warowni.
    Amfiteatr w Palmyrze zachował się w doskonałym stanie.

    Amfiteatr w Palmyrze zachował się w doskonałym stanie. ©P. Kutkowski

    Będąc w Syrii koniecznie trzeba zobaczyć te miejsca.
    Dworzec autobusowy w Syrii to państwo w państwie. Wjechać tam można po pokonaniu policyjnych posterunków, dalej znajdują się punkty obsługi różnych przewoźników, perony i mnóstwo sprzedawców rozmaitych towarów i usług. Zgiełk i harmider. Łatwo się pogubić w tym bałaganie, ale miejscowi zawsze służą pomocą. Wystarczy podać nazwę miejscowości, do której mamy się udać, a jeszcze lepiej, jeśli mamy ją napisaną arabskimi "robaczkami". Tyle tylko, że musi to być syryjska nazwa, która nie zawsze jest taka sama, jak jej angielskie wydanie.

    Z Palmyrą na szczęście nie ma takich problemów. To jeden z najcenniejszych skarbów Syrii i jedno z najbardziej znanych miast antycznych na świecie. Za cenę 2 dolarów wsiadamy do klimatyzowanego autobusu, by potem przez 200 kilometrów oglądać z jego okien pustynne krajobrazy. Podróż urozmaicają podawane przez pokładowego stewarda woda i cukierki, a "uprzyjemnia" rozpylany co pewien czas olejek zapachowy. Kierowca wie, że mamy wysiąść w Palmyrze, ale wcale nie musi nam mówić o tym, że jesteśmy na miejscu. Świadczą o tym położone na ogromnych przestrzeniach antyczne ruiny. Zatrzymujemy się przy małym hoteliku, którego właściciel od razu bierze nas pod swoje skrzydła. Uzgadniamy cenę, chwilę później pozostawiwszy plecaki w recepcji jedziemy już busikiem ku centrum dawnej metropolii.

    Jak głosi historia, ludzie osiedlili się w tej oazie już przed 4 tysiącami lat, ale największy rozkwit i upadek przypadł na II i III wiek naszej ery. Palmyra zyskała wtedy z rąk cesarza Hadriana niezależność, potem jej władca Odenatus otrzymał od cesarza Waleriana tytuł przyjaciela Rzymu. Zenobia, żona Odenatusa, po jego śmierci zapragnęła jeszcze większej niezależności swego państwa, jej wojska opanowały cały Bliski Wschód. Rebelię stłumiły dopiero rzymskie legiony, wygrywając bitwy, paląc miasto i biorąc Zenobię do niewoli. Potęga upadła, pamiątki po niej są widoczne do dzisiaj, a znaczny udział w ich odkrywaniu mają polscy archeolodzy. Wielkimi atrakcjami są świątynia Bela i Wielka Kolumnada, która ciągnie się na długości około kilometra. W znakomitym stanie są też Amfiteatr i granitowy Tetrapylon. Kamienie na jego budowę ściągano tu ponoć z odległego o 2 tysiące kilometrów Asuanu w Egipcie.

    Zwiedzając te wszystkie zabytki mamy szczęście i nieszczęście. Nieszczęście, bo dostęp ogranicza nam co chwila ekipa filmowców, która kręci jakieś monumentalne dzieło o królowej Zenobii. Szczęście, bo dekoracje i stroje kapitalnie przybliżają wspomnienie tamtej epoki i dają o niej wyobrażenie. Zresztą statyści po wykonaniu swoich obowiązków chętnie i z nami pozują do zdjęć, a nawet dzielą się swoim rekwizytami. A wszystko za jeden uśmiech…

    Pustynna jazda

    Obowiązkowym punktem zwiedzania Palmyry jest oglądanie grobowców wieżowych, z których najstarsze pochodzą z I wieku, jak również górującej nad miastem muzułmańskiej warowni. Podziwiać z niej można pustynny krajobraz, który o zachodzie słońca wygląda wręcz bajecznie. Nam dane było to tylko przez chwilę, bo nadeszła piaskowa burza i głównym naszym zajęciem stało się uciekanie do samochodu, a potem strzepywanie pasku z każdego zakamarka ubrania.

    O ile do Palmyry dostać się było bardzo łatwo, to wydostać z niej przyszło nam znacznie trudniej. Jeden busik nie miał wolnych miejsce, kurs drugiego został odwołany. Trzeci podjechał przed hotel zgodnie z umową i teoretycznie miał być pusty. Pusty, po syryjsku oznaczało, że mieliśmy jechać stłoczeni wraz z innymi podróżnymi na wąziutkich siedzeniach, z ciężkimi plecakami na kolanach. Ale dostaliśmy też bonusa - miejsca tuż za kierowcą. Nocna jazda pustą, biegnącą przez pustynię drogą widocznie bardzo go nużyła, bo jedną ręką pisał nieustannie SMS-y, a drugą odpalał co rusz papierosa. Gdy ręce pracowały, lewa noga wypoczywała spoczywając na desce rozdzielczej. Już baliśmy się, że zaśnie, gdy nagle w naszego kierowcę wstąpił duch rajdowca. Stało się to za przyczyną motocyklisty, który gonił przez pustynię bez kasku, za to owinięty długimi zwojami szala, którego końcówka powiewała niczym wstęga.

    Raz on nas wyprzedzał, to znowu my go wyprzedzaliśmy. I tak przez kilkadziesiąt kilometrów. Zabawa przednia, emocje duże. Zwłaszcza gdy już po wyjściu z busa mieliśmy chwilę na ocenę jego stanu technicznego. Rdza kontrastowała z dziurami w blacharce, a opony dawno przestały pamiętać, że miały coś takiego jak bieżnik. Hamulców nie sprawdzaliśmy, ale i tak za cudowne ocalenie dziękowaliśmy kierowcy i Bogu we wszystkich jego postaciach.

    W zamku krzyżowców

    Gadająca w języku angielskimi winda i telewizor o nazwie "Big bomba" były największymi atrakcjami hoteliku w Homs. Po noclegu w nim kolejnym wynajętym busikiem pojechaliśmy do Crac de Chewalier, zamku Zakonu Joannitow, słynnej twierdzy krzyżowców. Samochód był wytapetowany w naklejki popierające wojnę Libanu z najeźdźcami, kolejne kilometry odmierzał rytm puszczonej na całą moc muzyki typu arab-disco. Myśleliśmy, że po poprzedniej podróży nic nas nie jest już w stanie zdziwić.

    Myliliśmy się - najpierw zaszokował nas mijany po drodze motocykl bez kosza, którym jechała dwójka dorosłych i sześcioro dzieci, potem na stacji paliwowej nasz kierowca trzymając w ustach tlącego się papierosa spokojnie wlewał do baku paliwo. A najdziwniejsze było, że on się dziwił naszemu zdziwieniu. Widać tam było to normą. Crac de Chewalier dostrzec można już z daleka. Położony na ogromnej skale, został wzniesiony przez krzyżowców jako jeden z kilku zamków w paśmie fortec w Górach Liban. Miały one strzec te tereny przed inwazją muzułmanów. Crac de Chealier, najbardziej imponujący, zdobył sułtan Bajbarsa w 1271 roku. Zamek był dalej rozbudowywany, a jego potęga do dziś imponuje. Dość powiedzieć, że mieścił cztery tysiące żołnierzy, miał doskonale przemyślany system murów, baszt, fos i wież. Obrońcy dysponowali rozmaitą bronią i końmi.

    Zamek zwiedzamy z przewodnikiem, który krok po kroku odsłania nam jego tajemnice. Pokazuje między innymi jak działa system oświetlania mrocznych z pozoru sal - przenikające do wnętrza przez maleńkie otwory strumyki słońca były następnie rozprzestrzeniane za pomocą luster. Błądząc po zamkowych zakamarkach spotykamy w pewnym momencie grupę Syryjczyków, którzy tańczą w rytm granej na bębnach i fujarkach muzyki. Dowiadujemy się, że tak bawią się miejscowi, w zabawie uczestniczą jednak tylko mężczyźni. Dawniej też bawili się tu głównie mężczyźni, tyle że zupełnie inaczej.

    Nadmorska warownia

    Tartus to położony nad Morzem Śródziemnym port, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Libanu. Założone przez Fenicjan miasto, w 1099 roku zostało zdobyte przez wojska krzyżowców, przemianowane na Tortosa i silnie ufortyfikowane. Wcześniej, bo w X wielu arabski geograf Ibn Haukal tak je opisywał: "Było wielkie, odnowił je Al-Mamun, syn Ar-Raszida, dzięki czemu stało się ono prawdziwym miastem. Otoczył je dwoma kamiennymi murami. Znajdowały się w nim: konnica, wojsko, uzbrojenie, zapasy żywności, bydło, pieniądze. Żadne z nadgranicznych miast muzułmańskich nie było tak wielkie jak Tartus.

    Od granicy bizantyjskiej oddzielały miasto niedostępne góry Al-Likam podobne do przegrody między dwiema prowincjami. Na krótko przed moim pobytem mówiono mi, że w mieście przebywa sto tysięcy żołnierzy. (…) Bogaci ludzie w całym świecie islamu dbali o to miasto, przeznaczając wielkie pieniądze i zachęcając innych do datków".

    Perfumiarz

    W resztkach dawnej warowni życie nadal kwitnie, w grubych murach ludzie wybudowali małe mieszkania, w zaułkach poustawiali garkuchnie, założyli warsztaty. Naszymi przewodnikami po tym niesamowitym świecie są mali chłopcy. Krążymy zaułkami, napotykając wszędzie przepiękne, architektoniczne detale i szpecące je paskudne przejawy biednej, współczesnej cywilizacji. Kamieniarskie cacka przecinają blaszane rury piecyków, na koronkowej stolarce ktoś ponabijał odrapane deski. Cóż, to też koloryt tego miasta.

    W Tartus znajduje się kilka chrześcijańskich kościołów, a samo centrum przypomina już europejską metropolię. Znaleźć tu można mnóstwo sklepów, restauracji, także małych punktów oferujących różne usługi. Naszą uwagę przykuwa młody człowiek stojący na tle setek maleńkich flakoników z zapachowymi olejkami. Perfumy robi na miejscu i na oczach innych. Jakie się chce. Perfumy Chanel - nie ma problemu, Hugo Boss - również. Te najbardziej znane marki ma zresztą już przygotowane. Inne może wykonać w kilka minut.
    - No problem - śmieje się, wtłaczając powoli strzykawką zawartość butelki do firmowego flakonika znanych perfum.

    Wystrzałowy poranek

    Inny warsztat jest znacznie mniej ekskluzywny. Tu wyrabia się różne rzeczy z blachy. Na przykład konewki, wykorzystując do tego puszki po oleju. Tuż obok trwa naprawa starych lodówek, które ktoś, w bogatszym świecie, wyrzucił na śmietnik. Naprawia się zresztą każdy sprzęt i w każdym stanie. I tak będzie tańszy od tego, który można kupić w sklepie.

    Kolejna niespodzianka to sklep z alkoholem, w którym dominują libańskie wina. W muzułmańskim kraju to coś wyjątkowego, ale Tartus jest rzeczywiście wyjątkowy - tylko tu można spotkać tak wiele kobiet pozbawionych muzułmańskiego stroju okrywającego całe ciało, tylko tu młodzież zachowuje się niczym Europejczycy. Do szczęścia brakuje nam jeszcze tylko jednego - kąpieli w morzu. Jak się okazuje, miasto nie ma jednak kąpieliska, a całe nabrzeże jest od niedawna jednym wielkim placem budowy. Rząd planuje tam powstanie luksusowego kurortu z betonowymi hotelami i betonowym nabrzeżem. Czujemy, jak znad morza wieje bryza pomieszana ze zgrozą…

    Poranek witamy jednak w znakomitych nastrojach, zastanawiamy się nawet nad jednodniowym wypadem do pobliskiego Libanu. Rozmawiając o tym przy śniadaniu słyszymy najpierw jeden wystrzał artyleryjski, potem następne. Dobiegają one wyraźnie od strony Libanu. Nikt nie ucieka, nikt nie pada na ziemię, my też udajemy, że nic się nie dzieje. Ale potem pytamy, co to takiego. Kelnerka uspokaja: "To z okazji naszego lokalnego święta". Jakiego - już się nie dowiedzieliśmy… Liban - tak na wszelki wypadek - sobie odpuściliśmy. Będzie okazja, by przyjechać tutaj raz jeszcze…

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Polecamy

    Mała Miss i Mały Mister 2016. Zgłoś dziecko!

    Mała Miss i Mały Mister 2016. Zgłoś dziecko!

    Pierwszaki 2016 w Świętokrzyskiem. Zobacz wszystkie klasy i zagłosuj

    Pierwszaki 2016 w Świętokrzyskiem. Zobacz wszystkie klasy i zagłosuj

    Konkurs. Do wygrania gadżety do biegania

    Konkurs. Do wygrania gadżety do biegania

    Z Echem Dnia możesz wygrać pieniądze i fantastyczne mieszkanie!

    Z Echem Dnia możesz wygrać pieniądze i fantastyczne mieszkanie!

    Sonda

    1 grudnia jubileusz Echa Dnia. Sprawdzamy wiedzę czytelników i pytamy, od ilu lat dziennik jest wydawany?

    Jedzenie i zabawa

    Na językach

    Zdrowie i uroda

    Kultura