Marka Cecuły opowieści o życiu część druga

    Marka Cecuły opowieści o życiu część druga

    Iza Bednarz

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Świętokrzyskie

    Marek Cecuła ma 64 lata, studiował ceramikę w Izraelu, artysta ceramik, projektant, nauczyciel, kurator wystaw, szef firmy projektowej Modus Design.

    Marek Cecuła ma 64 lata, studiował ceramikę w Izraelu, artysta ceramik, projektant, nauczyciel, kurator wystaw, szef firmy projektowej Modus Design.

    Jeden z najbardziej znanych na świecie kielczan po raz pierwszy zdecydował się powiedzieć wszystko o swym niezwykłym życiu. Dziś część druga.
    Marek Cecuła ma 64 lata, studiował ceramikę w Izraelu, artysta ceramik, projektant, nauczyciel, kurator wystaw, szef firmy projektowej Modus Design.

    Marek Cecuła ma 64 lata, studiował ceramikę w Izraelu, artysta ceramik, projektant, nauczyciel, kurator wystaw, szef firmy projektowej Modus Design.

    DRUŻYNA

    Rozkaz był taki: każdy z zastępu ma sprawdzić zakłady pracy w okolicach Kielc, należy rozpoznać, jak nazywa się dyrektor i przewodniczący Rady Zakładowej, kiedy obchodzą imieniny. W dniu imienin do solenizanta pierwsza wchodziła delegacja harcerzy z kwiatami i miniaturką krzyża harcerskiego, za nią harcerki z chustą.

    Chłopcy składali życzenia, przypinali krzyż i wręczali harcerski patent honorowy, dziewczyny rzucały się na szyję, obcałowywały i wiązały chustę.
    Osłupiałego urzędnika zostawiało się w tym błogostanie, a na początku lata meldowała się u niego delegacja drużyny i prosiła swojego honorowego członka o dofinansowanie wyjazdu młodszych kolegów na obóz. - Wymyślił to Marek Cecuła, bardzo barwna i ważna postać w historii "Czarnej Ósemki" - Ósmego Szczepu Harcerskiego imienia Zawiszy Czarnego - mówi Maciej Demidow, szczepowy "Czarnej Ósemki" w latach 1950-1960 - były prezes Centrali Promocji Handlu Zagranicznego, obecnie właściciel firmy windykacyjnej ściągającej wierzytelności od kontrahentów zagranicznych Polski.

    - Był jednym z moich najzdolniejszych drużynowych, prowadził drużynę w latach 1958-1960. Obdarzony niesamowitym zmysłem organizacyjnym, bardzo przedsiębiorczy. To był talent: umiał błyskawicznie przeanalizować każde zadanie i podjąć właściwą decyzję. Mimo, że był dość wątłej postury i prawie każdy z jego drużyny mógł go położyć na rękę, miał największy posłuch. Chłopaki skoczyliby za nim w ogień, bo miał pomysły i niezrównaną smykałkę do biznesu. Potrafił wycisnąć pieniądze z kamienia.

    - Przed Wszystkimi Świętymi Marek zorganizował stoisko, na którym sprzedawaliśmy wieńce, wiązanki i znicze nagrobkowe. Rozbiliśmy namiot w okolicach Wojewódzkiego Domu Kultury, jako, że prezentowaliśmy się w naszych mundurach, ludzie bardzo chętnie u nas kupowali. Za zarobione pieniądze sprawiliśmy sobie brezentowe płachty, z których robiło się peleryny - opowiada Jacek Dybała - dziś właściciel firmy Lumen Complex i hotelu Kameralnego w Kielcach - który trafił w 1958 roku do harcerskiej drużyny podwórkowej organizowanej przez Marka Cecułę. Drużyna była ewenementem na tamte czasy: działała w strukturach "Czarnej Ósemki", ale była całkowicie samodzielna. Składała się z dwóch zastępów: "Maurów" i "Derwiszy". Chłopcy spotykali się na podwórku Cecułów, przy Rynku.

    Marek Cecuła

    Marek Cecuła


    Ma 64 lata, studiował ceramikę w Izraelu, artysta ceramik, projektant, nauczyciel, kurator wystaw, szef firmy projektowej Modus Design. Miał ponad 30 wystaw indywidualnych i zbiorowych w prestiżowych galeriach na świecie. W latach 1985-2004 kierował Wydziałem Ceramiki w słynnej Parsons School of Design w Nowym Jorku, obecnie wykłada projektowanie w Bergen National Academy of the Arts w Norwegii. Od 2004 roku mieszka w Kielcach. Ma córkę Idę, która jest impresariem i mieszka w Izraelu. Jego brat Adam jest właścicielem sklepu z artykułami domowymi Adamar w Kielcach i administratorem nieruchomości, siostra Iwona jest żoną kapitana żeglugi i mieszka w Gdyni.



    - Było w tym coś z klimatu "Chłopców z Placu Broni" i "Robinsona Cruzoe". Marek uczył nas, że trzeba umieć radzić sobie samemu w każdej sytuacji. Ponieważ nie mieliśmy lokalu, wynalazł zrujnowaną oficynę, którą wyremontowaliśmy i przystosowaliśmy na harcówkę. Prowadziliśmy sklepik w szkole przy ulicy Wspólnej, gdzie sprzedawaliśmy pączki. Za zarobione pieniądze kupowaliśmy sprzęt biwakowy. Harcerski biznes szedł jak złoto. I nagle latem 1960 roku Marek, nie żegnając się z nikim, wyjechał do Izraela.

    - Marek zawiódł się na harcerstwie - Maciej Demidow ma na ten temat własną teorię. Podczas ostatniego obozu harcerz z zastępu Cecuły zachował się nieodpowiedzialnie, narażając zdrowie innego kolegi. Marek nie chciał wskazać winnego, więc kazano mu opuścić obóz. Wszyscy chłopcy z jego drużyny solidarnie poszli za nim. - Marek zrobiłby dla harcerstwa wszystko, nieraz z własnej kieszeni dokładał chłopakom do wyjazdu na obóz. Ten incydent odebrał jako utratę zaufania do siebie. Nie mógł się z tym pogodzić - mówi dawny szczepowy. - Nie musiał emigrować z powodu antysemityzmu. Zdarzali się wprawdzie złośliwcy, którzy krzyknęli zza węgła: "Żyd!", bo zazdrościli mu umiejętności i podejścia do życia. Ale przecież Żydem jest się po matce, a matka Marka była Polką.

    - Nie musiałem wyjeżdżać, miałem kolegów, swoją drużynę, zapisałem się do szkoły plastycznej - przyznaje Marek. - Ale od śmierci ojca była we mnie nigdy nie zrealizowana myśl o wyjeździe. Czułem, że świat jest gdzieś indziej. Zawsze starałem się wiedzieć, co dzieje się gdzieś indziej.

    KONTEKST

    - Zobacz, to słowo "dod", po hebrajsku może znaczyć wujek, Dawid, albo dudy, wszystko zależy od kontekstu i miejsca, w którym postawisz te kropeczki (znak diakrytyczny) - tłumaczy Marek trzymając w dłoni fragment potłuczonego talerza pokrytego hebrajskim tekstem. Nauczył się biegle hebrajskiego w niecałe pół roku po przyjeździe do Tel Awivu do swojego wuja Izaaka. Dopiero tam dowiedział się, że zwyczaj dzielenia się jabłkiem maczanym w miodzie, który zachował jego ojciec, to Rosz Haszana, żydowski Nowy Rok. - Krok po kroku docierała do mnie przeszłość, historia mojej rodziny, moich rodziców, odbierana skądinąd, opowiadana przez innych ludzi. Dla mnie to był szok, dlaczego rodzice to wszystko przed nami ukrywali? Nagle znalazłem siebie w zupełnie innym kontekście - mówi.

    W latach 60 przyjeżdżało do Izraela wielu młodych Żydów z Europy, żeby poczuć klimat własnego kraju, doświadczyć czegoś, czego nie zaspokajała diaspora. Marek dojrzewał w tej atmosferze, w niespełna dwa lata po przyjeździe wstąpił do wojska. - Wówczas było to bardzo ideologiczne, ludzie ochotniczo się zgłaszali nie czekając na powołanie. Wybrałem spadochroniarzy, podobały mi się czerwone berety, skrzydełka na mundurze. Myślałem, że to dorosła kontynuacja harcerstwa - uśmiecha się nad własną naiwnością. Po miesiącu miał dość dyscypliny, łamania osobowości. - Ale przeżyłem, uczestniczyłem we wszystkich kursach, skakałem ze spadochronem, byłem fighter ze wszystkimi - czasem brakuje mu polskich słów. Po roku zgłosił się do Nahal - wewnętrznej organizacji wojskowej, na wzór obrony cywilnej, w której można odsłużyć resztę wojska pracując przez półtora roku w kibucu, na pograniczu kraju.

    Kibuc Ha-Sollim był położony w górach, niedaleko Nazaretu, w Galilei południowej. Mieszkało w nim około 120 osób, głównie młodych. - Spodobała mi się idea komunalnego życia, które było prawdziwsze od komunistycznej ideologii narzuconej nam w Polsce - mówi z entuzjazmem. - Też były zasady równego podziału, równouprawnienia, odpowiedzialności, ale realizowane w większej demokracji: ludzie z pozycją zmywali garnki, bo każdy musiał odpracować jeden dzień w kuchni, wszystkie decyzje były podejmowane przez całą społeczność. Żyło się w dużej wspólnocie, była wspólna jadalnia, wspólne posiłki, wspólna świetlica, programy, wspólna pralnia. Wszystko było bardzo komunalne. Dzieci nie mieszkały z rodzicami. Zostawały w żłobku pod opieką pielęgniarki, razem spały, bawiły się, rosły. Po pracy zabierało się je do siebie i do wieczora miało dla nich czas. O ósmej odprowadzało się z powrotem, kąpało, układało do snu.

    Marek, który kontynuował rozpoczęte przed wojskiem studia ceramiczne pod kierunkiem Gduli Ogen, wybitnej izraelskiej artystki, poprosił kibuc, aby pozwolono mu otworzyć własną pracownię, gdzie tworzył przedmioty codziennego użytku i rzeźby.

    Gospodarstwo Ha-Sollim tętniło jak wieża Babel, przewijali się przez nie ludzie z Anglii, Ameryki, Belgii, Francji, Argentyny, Brazylii, Rumunii każdy z własną kulturą i dynamiką, ktoś grał, ktoś medytował, inny zajmował się psychoterapią metodą Wilhelma Reicha, ucznia Freuda. Psychoterapia pomagała w odreagowaniu traumy Holocaustu. Po wojnie powstała cała gałąź psychiatrii zajmująca się leczeniem piętna Zagłady u tych, którzy przeżyli ją jako dzieci, nosząc głęboko w sobie obowiązek strzeżenia tajemnicy i poczucie bycia obcym wśród Żydów i wśród tych, którzy Żydami nie są. - Żyjąc w tym klimacie samodoskonalenia się, uświadomiłem sobie, że ja sam też jestem materiałem, który mogę traktować twórczo, ulepszać - mówi. Wtedy powstały jego prace o wolności osobistej, duchowej, seksualnej.
    Bardzo szybko dostrzeżono w nim organizatora, dostał przydział specjalisty od kultury. Organizował piątkowe wieczory kulturalne, sprowadzał do kibucu teatr, film, założył piwnicę jazzową w bunkrze, który nazwali "Car Nikołaj".

    Jednocześnie śledził z uwagą, co dzieje się w kulturze polskiej, dostawał od rodziny polskie książki i magazyny "Przekrój", "Świat", fascynował się polskim teatrem współczesnym i awangardowym, Grotowskim, Szajną. Zachwycił go fenomen kabaretów studenckich - "Hybryd", "STS", "Stodoły" - Kapitalna próba robienia demokracji przez używanie słów, których rząd nie rozumie, a ludzie tak - przymruża porozumiewawczo oko. - Idea użytkowania przekazu, który jest atrakcyjny, bo zakodowany. Zacząłem to wykorzystywać w swojej twórczości, mimo, że mogłem wyrażać myśli wprost, ale tamten przekaz, wciągający odbiorcę w intelektualną grę, wydał mi się ciekawszy.

    Pod koniec lat 60 do Izraela dotarło zjawisko określane terminem on the road - być w drodze. Młodzi ludzie, porwani falą rewolucji New Age, wędrowali z plecakami od Kanady i Stany Zjednoczone po Indie, Chiny, żeby poszerzać świadomość, wyjść poza ramy przykładnego obywatela pochłoniętego zarabianiem pieniędzy i zdobywaniem pozycji. Przystankiem w podróży był Izrael, bo tu można było pomieszkać, popracować w kibucu, tydzień, miesiąc, ile kto chciał. - Przyjeżdżali ludzie zafascynowani kulturą i duchowością hinduską, przesiąknięci rebelią hipisowską. Jako główny eksperymentalista zacząłem się temu przyglądać, aż z grupą przyjaciół stworzyliśmy kibuc w kibucu. Mieliśmy swojego guru, byliśmy wegetarianami, pojawiła się medytacja jako dalszy ciąg doskonalenia się. Jednego dnia zdecydowaliśmy: "Wychodzimy z kibucu i zakładamy komunę". Mimo, że kibuc sam w sobie był progresywny, z całą ideologią i fantazją, czuliśmy, że musimy być w opozycji. Jeszcze bardziej progresywni - śmieje się.

    Z pomocą posażniejszych przyjaciół kupili kamienny dom, kryty spadzistą, czerwoną dachówką i ogród w Beniaminie, miejscu z charakterem, stworzonym w latach 20 ubiegłego wieku przez barona Rothschilda, potentata win. W siedem osób zamieszkali w komunie artystycznej. Hodowali drób, uprawiali warzywa i owoce, produkowali ceramikę, biżuterię artystyczną i na sprzedaż. Samowystarczalni, oderwani od systemu. Mieszkańcy Beniaminy, twardzi rolnicy, przyglądali się im z niechęcią: "Wszyscy młodzi stąd uciekają, a ci się przypętali i siedzą. Co za dziwolągi z długimi włosami?!"

    - My nie tylko sprzedawaliśmy swoje pomidory, ale aktywnie działaliśmy - tłumaczy Marek. Mieszkańcy komuny związali się z ruchem pacyfistycznym, który tworzył się w Izraelu, protestowali przeciwko obowiązującym wówczas ćwiczeniom rezerwistów. Państwo, znajdujące się w stanie permanentnego konfliktu terytorialnego, potrzebowało wyszkolonej dobrze armii, ale ludzie zmęczeni nieustannym pasmem wojen i kruchych rozejmów, mieli już dość corocznych manewrów, które wyrywały wszystkim mężczyznom kilka tygodni z życia. 5 czerwca 1967 roku wybuchła wojna sześciodniowa, trzecia w niespełna 20-letniej historii istnienia państwa Izrael.

    Wojska izraelskie rozbiły główne siły arabskie odbierając Egiptowi półwysep Synaj, Jordanii Zachodni brzeg Jordanu, zachodnią część Jerozolimy, Samarię i Judeę, Syrii - Wzgórza Golan. Pacyfistów z Beniaminy wcielono do armii. Marek trafił na półwysep Synaj. - Przeżycia okropne. Na wojnie nikt nie jest bohaterem - ucina krótko.

    Po powrocie do komuny jeszcze aktywniej włączył się w medytację transcendentalną, która pomagała wytłumić wojenne obrazy, pochłonięty utopią zbudowania cywilizacji bez przemocy, jeździł z przyjaciółmi na zloty do Europy, protestowali ze studentami na ulicach Paryża podczas paryskiej wiosny. W 1969 roku zrodziła się koncepcja wyjazdu z Izraela, ustabilizowania prawdziwej twórczej komuny w jakimś innym, spokojniejszym miejscu.

    SKRZYDŁA

    Zagłębie ceramiczne niedaleko Maua, w stanie Parana w Brazylii, gdzie działała założona przez Niemców fabryka Porcelany Schmidt wydawało się idealnym miejscem. Marek otworzył kolejną pracownię, nawiązał współpracę z fabryką, projektował wzory ceramiki użytkowej. Zaczął postrzegać ceramikę nie tylko jako rzemiosło artystyczne, ale jako produkt, w którym łączy się kreacja i przemysł. Wyszedł z ceramiką na zewnątrz, zaczął tworzyć prace w przestrzeni wykorzystując ją jako naturalne tło. Z tego okresu pochodzi instalacja Art Project 79, wykonana z 1140 cegieł, opatrzonych logiem, datą, wbudowanych w jamę, powstałą po wybraniu złoża gliny w okolicach Kurytyby. Ale twórcza komuna miała się coraz gorzej. Pokolenie hipisów dorosło, założyło własne rodziny, zasady komunalnego życia zaczęły krępować, jak za ciasne ubranie, każdy chciał iść własną drogą. Marka ciągnęło do Nowego Jorku.

    Soho, nowojorska dzielnica artystów, zachwyciła go od pierwszego dnia. Był rok 1976, miasto przyciągało twórców z całego świata, można było za małe pieniądze żyć i działać. - Zobaczyłem ruch, kolor, potok ludzi przemieszczających się w różnych kierunkach, dźwigających jakieś belki, budujących lofty. Tu restauracja dla artystów, podają zupę z pajdą chleba, tu otwierają malutką galerię. Ha! Tu, zostajemy! - otwiera szeroko oczy, bierze oddech pełną piersią. W ten sam dzień wynajął od starego Włocha sklepik z mieszkaniem na tyłach przy Sullivan Street. W sklepiku urządził studio.

    Wtedy jego prace były już bardzo oszczędne w formie, surowe, prawie higieniczne. - Nie spodobałem się - przyznaje. - W Ameryce dominował pogląd, że jak coś jest rzemiosłem, musi być widać na tym wszystkie odciski palców, żeby było wiadomo, że jest ręcznie zrobione. W sklepach, którym proponowałem sprzedaż mojej ceramiki, w ogóle nie wiedzieli co z nią zrobić. "Twoje prace są takie europejskie, takie trochę design…" - krzywi się naśladując pełne dezaprobaty komentarze. - Ale ja czułem, że to, co robię, jest ważne, tylko muszę znaleźć odpowiedni przekaz. Wyczyściłem formę, podniosłem estetykę i… dalej nikt nie chciał moich rzeczy pokazywać, ani sprzedawać. Mogłem robić coś innego, ale dla mnie było ważne, żeby nie tylko dawać ludziom to, czego chcą, ale dyktować im pewne wartości.

    Pomógł przypadek - ponieważ studio mieściło się w sklepiku od ulicy, w witrynie urządził małą galerię. Ludzie zaczęli oglądać z zaciekawieniem coś innego, czego jeszcze nikt do tej pory nie proponował. Przychodzili architekci, artyści, wokół ceramika Cecuły robiło się coraz więcej zamieszania.

    - Nowy Jork był wtedy trampoliną, na której można było się wybić, jeśli zostałeś zauważony w Nowym Jorku, zobaczył cię cały świat - tłumaczy. Zależało mu na uwadze świata: jego studio było zawsze otwarte, każdy mógł wejść, zobaczyć jak się robi ceramikę, kupić nowe prace, mieszkanie znalazło się na rozkładówce włoskiego prestiżowego magazynu architektonicznego "Mia Casa".

    Utrzymywał bliskie kontakty z polskimi artystami, uznanymi już w Nowym Jorku: Danielem Wnukiem, rodziną Młodożeńców. Bywali na swoich imprezach, polecali się nawzajem znajomym krytykom sztuki. - Był w tym element współzawodnictwa, żeby być zauważonym. To buduje w człowieku ambicję, bo Nowy Jork to nie małe miasteczko, gdzie cokolwiek zrobisz, będzie dostrzeżone. Tu jak chcesz być inny, naprawdę musisz być inny, żeby się przebić przez setki innych, którzy też chcą być inni - podaje formułę na sukces. - To wymaga wielkiego wyostrzenia uwagi i intuicji, żeby wiedzieć dokąd się zmierza. Duży wysiłek trzeba włożyć w to, żeby twórczość została dostrzeżona.

    Przydało się doświadczenie organizacyjno - biznesowe z harcerstwa i kibucu, łatwość nawiązywania kontaktów. Pracownia we włoskim sklepiku, aspirująca do promocji współczesnej ceramiki, rozrosła się do galerii Contemporary Porcelan, w której Marek prezentował innych artystów ze Stanów Zjednoczonych, Holandii, Niemiec, Austrii. To dało i miejscu, i jego autorowi pozycję. Łatwiej było starać się o granty, pieniądze na kolejne wystawy i projekty. Contemporary Porcelan pojawiało się w gazetach i magazynach poświęconych sztuce. Posypały się zamówienia na ceramikę Cecuły, surowe, niemal architektoniczne rzeźby odtwarzające grę świateł i cieni, dynamizm pionowych i poziomych kształtów Nowego Jorku.

    - Musimy patrzeć dalej, dostrzegać nie to, co jest, ale to, co mogłoby być, obudzić i wyzwolić w sobie twórczość, mieć skrzydła. Musimy fruwać - tłumaczył studentom Parsons Schooll of Design w Nowym Jorku, gdzie zaproponowano mu prowadzenie departamentu ceramiki i projektowania. Prowadził go przez dwadzieścia lat. - Moim zadaniem jest wzbudzanie twórczości. Ja nie uczę studentów, którzy chcą studiować ceramikę, tylko studentów, którzy chcą studiować projektowanie, biorą ceramikę jako materiał i nagle odnajdują w nim tyle możliwości twórczych, że przekształcają się i zostają ceramikarzami. To niesamowite patrzeć jak materiał i sposób jego użytkowania wpływa na świadomość ludzi, którzy jeszcze do niedawna nie wiedzieli co chcą robić w życiu - mówi.

    W nowym, większym studiu przy Sullivan Street, przekształcającym się stopniowo w manufakturę artystyczną pod marką Modus Design, powstawały również kolekcje innych artystów, na zamówienie galerii i sklepów. - Zacząłem szukać większych możliwości produkcyjnych, bo własnymi siłami nie dawaliśmy rady - wyjaśnia. - W Ameryce praktycznie nie istniał już przemysł ceramiczny, fabryki porcelany były pozamykane, cała produkcja odbywała się Chinach. Najbliżej było mi do Polski.

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Wszystkie komentarze (1) forum.echodnia.eu

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Miss Ziemi Świętokrzyskiej

      Miss Ziemi Świętokrzyskiej 2017. Poznaj zdobywczynie tytułów

      Miss Ziemi Świętokrzyskiej 2017. Poznaj zdobywczynie tytułów

      Miss Nastolatek Ziemi Świętokrzyskiej 2017. Poznaj laureatki

      Miss Nastolatek Ziemi Świętokrzyskiej 2017. Poznaj laureatki

      Zapomnij o portfelu – płać wygodnie telefonem z Orange Finanse!

      Zapomnij o portfelu – płać wygodnie telefonem z Orange Finanse!

      Scyzoryki Festiwal 2017. Poznaj laureatów

      Scyzoryki Festiwal 2017. Poznaj laureatów

      Gry