Rozbiłem numer siódmy

    Krzysztof URBAŃSKI <a href="mailto:urbanski@echodnia.eu" target="_blank" class=menu>urbanski@echodnia.eu</a>

    Echo Dnia Podkarpackie

    Aktualizacja:

    Echo Dnia Podkarpackie

    - Melex to teraz praktycznie użytkowe autko, a kiedyś to był typowy wózek golfowy - mówi Stanisław Ziemba.

    - Melex to teraz praktycznie użytkowe autko, a kiedyś to był typowy wózek golfowy - mówi Stanisław Ziemba. ©K. Urbański

    W sierpniu 1971 roku, czyli 35 lat temu, na jednym z wydziałów ówczesnej Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego rozpoczęła się praca nad elektrycznym pojazdem, który - choć wtedy nikt o tym nawet nie marzył - miał wkrótce podbić świat.

    Wielu podchodziło do pomysłu sceptycznie, bo jak twierdzi Stanisław Ziemba, pierwszy pracownik firmy, konkurencja była olbrzymia. Pomysł produkowania niewielkich wózków elektrycznych przywiózł do Mielca ze Stanów Zjednoczonych jeden z dyrektorów Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. Kupił tam jeden egzemplarz wózka golfowego, przywiózł do Polski i ekipie powiedział, że trzeba zrobić taki sam. W tak prozaiczny sposób zaczęła się historia legendarnego pojazdu, którego produkcja miała być jedynie kaprysem jednego z notabli. Niewiele osób wówczas wierzyło, że Melex, którego nazwa powstała w skojarzeniu z "Mielec", podbije niemal cały świat.



    POLACY POTRAFIĄ

    Jedną z osób, która pracowała przy powstaniu pierwszych wózków, jest Stanisław Ziemba, który w tej firmie pracuje od jej samego początku. - Wtedy w WSK produkowane były różne typy samolotów i pomysł robienia elektrycznych wózków wydał się wielu nie do końca logiczny - wspomina Stanisław Ziemba. Najpierw miało powstać tylko 10 wózków na podstawie amerykańskiej konstrukcji EASY GO. Miał to być test, czy Polacy, mielczanie potrafią zrobić równie ciekawy produkt. - Wtedy grupka pracowników była nieduża, bo było nas może z sześćdziesięciu, może siedemdziesięciu. Ale już w ciągu trzech miesięcy konstrukcja była rozpracowana.

    Jak mówi najstarszy pracownik Meleksu, wózek powstawał w Mielcu niemal bez dokumentacji technicznej. - Tworzyli ją w trakcie produkcji sami inżynierowie. To było bardzo trudne, bo każdą część trzeba było projektować na "czuja". Wówczas mówiliśmy jednak "Co? My nie potrafimy? No to wam pokażemy!" - wspomina.



    ZAŁOGA ZADZIWIŁA AMERYKANÓW

    No i pokazali. Załoga mieleckiej WSK zadziwiła nawet samych Amerykanów. Jak wspomina pan Stanisław, goście zza oceanu uznali, że wózek z Mielca jest ładniejszy i lepiej wykonany niż oryginał.

    - Mimo to wielu z nas traktowało to jako pewnego rodzaju wybryk dyrekcji. Przecież pracowaliśmy w fabryce, która robiła samoloty z napędem odrzutowym. Taka praca była dla nas pewną odskocznią. Choć przykładaliśmy się, by wykonać ją jak najsolidniej, to nie sądziliśmy, że będzie to wózek, który będzie znany w całym świecie - przyznaje Stanisław Ziemba.



    MELEX NA BRAMIE

    Wśród pierwszej dziesiątki meleksów był egzemplarz, który Stanisław Ziemba będzie długo pamiętał. - Wózki były już prawie przygotowane do odbioru. Pracowałem jeszcze przy jednym z nich i właśnie tam zastała mnie przerwa. Siedziałem w środku, a nie wiedziałem, że włączony jest główny włącznik. To był "numer siódmy", czyli siódmy z serii pierwszych dziesięciu. Nacisnąłem przypadkiem pedał gazu i nagle wózek ruszył. Uderzyłem przodem w bramę - wspomina. Cały przód był powyginany. Stanisław Ziemba bardzo się wystraszył. - Nogi się pode mną ugięły. Pomyślałem, pewnie mnie wyrzucą. Moim kierownikiem był wtedy pan Szybalski z wydziału doświadczalnego, porządny człowiek. Oczywiście się zdenerwował, ale szybko mu przeszło - wspomina.

    Kierownik powiedział Ziembie, że jeśli naprawi szybko szkodę, to nie będzie robił problemów. - Zostałem po godzinach. Pomogli koledzy. Klepaliśmy, wymienialiśmy uszkodzone elementy. Na rano wózek był gotowy. Trzeba przyznać nieźle nam wyszło, nie było znać, że wózek był uszkodzony. Kierownik poklepał mnie po ramieniu i stwierdził, że to był kawał dobrej roboty - dziś pan Stanisław śmieje się z dawnej przygody.



    TREMA PRZED PAPIEŻEM

    Innym egzemplarzem, który Stanisław Ziemba zapamięta do końca życia, jest wózek, który w 2002 roku mielecka spółka wykonała specjalnie dla Papieża Jana Pawła II. Specjalna, przedłużona konstrukcja z dużym, białym, obrotowym fotelem ze skóry miała służyć Ojcu Świętemu podczas przejazdu po lotnisku i na Wawelu. - To było zadanie, do którego każdy, kto przy nim pracował, podszedł z dużym skupieniem i szacunkiem - opowiada pracownik.

    Na początku załoga Meleksu nie mogła uwierzyć, że będzie budować wózek dla Jana Pawła II. - Miałem coś w rodzaju tremy, tak jak wielu kolegów. Przecież robiliśmy coś, czym będzie jeździł, gdzie będzie siedział nasz Papież - wspomina.

    Gdy papieski melex stał już przygotowany do wyjazdu, chyba wszyscy pracownicy spółki przyszli go nie tylko podziwiać, ale także pożegnać. - Potem chwile wzruszenia, gdy widzieliśmy Ojca Świętego, jak jechał naszym "melerem" po lotnisku. Do dziś w zakładzie wiszą zdjęcia z tej wizyty - dodaje wzruszony.



    BARDZIEJ SAMOCHÓD NIŻ WÓZEK

    W ciągu 35 lat melex zmienił się diametralnie. Na początku powstawał z blachy i był pozbawiony elektroniki. Teraz jego nadwozie zbudowane jest z tworzywa sztucznego, a wyposażeniem przypomina bardziej samochód niż wózek z tamtych lat. - Teraz to praktycznie użytkowe autko, a kiedyś to był typowy wózek golfowy - podsumowuje Ziemba.

    Stanisław Ziemba nie ukrywa, że żył razem z meleksem. - Czy jestem z nim zżyty? Na pewno. Przecież 35 lat życia w jednej firmie, przy produkcji tego samego pojazdu, to jakby małżeństwo albo drugi dom - śmieje się. Zaznacza też, że nigdy nie myślał o zmianie pracy. - A po co? Fakt, że czasem było różnie. Szczególnie wtedy, gdy firmie groziła upadłość. Wtedy baliśmy się o zakład, o naszą pracę, ale chyba wielu cały czas wierzyło, ze melex to taki wózek, który zawsze sobie da radę - dodaje.



    Stanisław Ziemba, jeden z pierwszych pracowników

    - Wózek powstawał w Mielcu niemal bez dokumentacji technicznej. Tworzyli ją w trakcie produkcji sami inżynierowie. To było bardzo trudne, bo każdą część trzeba było projektować na "czuja". Wówczas mówiliśmy jednak "Co? My nie potrafimy? No to wam pokażemy!" - wspomina Stanisław Zięba.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Zobacz koniecznie:

    Wideo